2009/07/19

twilight





Dawno temu za ciężko wyjęte od rodziców kieszonkowe kupiłem gazetę Practical Photography w Empiku na Kościuszki. Albo nie. Dawno temu za ciężko wyjęte od rodziców kieszonkowe kupiłem sobie paczkę niebieskich elendemów i piwo piast. A gazetę pożyczyłem od mojego ówczesnego mentora fotograficznego i przyjaciela, Kuby. Kuba był (dalej jest) starszy ode mnie o 8 lat, nie musiał brać od nikogo kieszonkowego bo sam zarabiał i miał na gazety z Empiku. Ja je od niego pożyczałem i czciłem piękne reprodukcje, rozmowy z fotografami itp.

Elendemy spożywałem na "górce kowala" przy tychże gazetach. Na nich nauczyłem się angielskiego (jeszcze gdy nie spożywałem elendemów) i dzięki nim poznałem takie postacie jak Gary Knight, Mell Killpatrick, Arnold Odermatt, Lord Snowdon, Charlie White, Eric Kroll, Roy Stuart, Annie Leibovitz. Tam zobaczyłem po raz pierwszy, czym jest fotografia uliczna i zobaczyłem zdjęcie, którego potem nigdzie nie znalazłem a ten numer gazety zjadł pies. Fotografia przestawiała zwykły szary dżdżysty dzień, nad kamienistym brzegiem rzeki małe dziecko biegło z latawcem, po obu stronach wody widać miejskie zabudowania. Ale najdziwniejsza była ta cisza od rzeki i dziecka, jakby były zupełnie innym światem wewnątrz owego miasta.

W tych gazetach też zobaczyłem duże artykuły dla fotografów ślubnych, podczas gdy u nas (w Oławie) było ich może dwóch na 40 tyś mieszkańców, tam to był zawód o bardzo wysokich wymaganiach. Śluby tłukli Pentaxami 67 i Hasellbladami z podpiętymi "młotkami" metza.

Był też bogato ilustrowany (jak wszystko zresztą w tych publikacjach) artykuł zatytułowany właśnie Twilight. Tytułowa fotografia przestawiała jakaś zatokę (to był numer chyba ze stycznia 1998 roku) spowitą niebieskim światłem granatowego nieba, gdzieś w oddali purpurowe chmury odbijały się w tafli wody a samo miasto mieniło się setkami małych świetlnych punktów. Podpisano, że nikon F3 z jakimś obiektywem, ale nie pamiętam jakim, że zarejestrowano na Velvia 50.

Strasznie mi się to podobało i chciałem zrobić takie fotografie u siebie. Ale nie miałem zatoki, a w nocy ze statywem i aparatem można było dostać wpierdol i wyskoczyć z aparatu.

W tą noc masakrę zrobiły ze mnie za to komary. I jak tu nie tyć?

Mniej więcej koło roku 1996-1997 powstał pomysł na cykl: 24 godziny. Może uda się go niebawem zacząć robić.


2009/07/17

tramwajowe kres(z)y


Dojazdy autem izolowały mnie od świata, jednocześnie pozwalały mi na myślenie o nim w rytmie muzyki płynącej z głośników. Ale myślenie o świecie, ludziach na niewiele się zdaje, gdy nie ma się z nimi kontaktu. Teraz mam muzykę z iPoda, książki i ludzi na raz. Wolę środku komunikacji publicznej. Przynajmniej do pierwszego śniegu.

Teraz czasami spotykam "żywe skanseny", jak np ten załączony powyżej, w kreszowych dresach i zielonych plastikowych sandałach. Lata osiemdziesiąte.

2009/07/15

sms

Ważny sms. Wystarczy przeczytać. Interpretacji mam tyle, że aż nie wiem, którą napisać, więc napiszę nic dalej, niż kropka zaraz za tym słowem.

dwie książki...

zdarzają się przypadki, że ktoś przeczyta jedną książkę na jeden, konkretny temat. Taki pojedynczy - specyficzny czytelnik buduje swój światopogląd na tej jednej publikacji. Idzie nawet dalej, tworząc własne interpretacje obserwowanych zjawisk poprzez pryzmat wiedzy, którą posiadł z tej jednej książki.

Gdybym ja był takim człowiekiem, to po zakończonej dzisiaj lekturze Autobiografii Helmuta Newtona i zakończonej tydzień wcześniej biografii Roberta Capy mógłbym odnieść takie wrażenia:
1. urodzeni w okresie międzywojennym środkowo - europejscy Żydzi to maniacy seksualni
2. 50% z nich było uzależnionych od adrenaliny
3. 50% z nich było uzależnionych od robienia niczego
4. Byli egoistami.
5. Piękne kobiety wszystkie prowadziły się bardzo swobodnie.
6. Wszyscy fotografowie żydowskiego pochodzenia byli ateistami.
7. Wszyscy byli ambitni.

Jeszcze kilka innych mógłbym znaleźć.

Oczywiście nie jestem typem czytelnika, którego obraz przytoczyłem na wstępie, ale bardzo często spotykam się z ludźmi, którzy swój światopogląd opierają na nie swoich doświadczeniach. Dotyczy to ludzi-ludzi i ludzi-artystów. Znam fotografów, którzy chcą być jak ich nauczyciele czy mentorzy. Znam wielu z nich, którzy w swojej kopii przeskoczyli swoje ideały, jednak nie wiedzą tego i ogranicza ich własne oślepienie, bo to wciąż nie to i nie tak.

Duża część znanych mi osób deklaruje, że wolą nie mieć żadnych mentorów, żadnych szkół, żadnych ideałów. To wydaje mi się najgorszą możliwą drogą myślenia, bo często tacy ludzie stają się ofiarami swoich pomysłów wywarzając dawno otwarte drzwi.

W 2005 roku siedząc w małej knajpie z Pawłem Supernakiem i Marcinem Liberskim wymyśliliśmy coś, co do dzisiaj jest dla mnie aktualne i co mogło by być mottem moich działań. Piszę z pamięci:

Jeśli czerpiesz informacje do mielenia swoich wizji od ideałów, to znaczy że wybierasz drogę na skróty i popełniasz kanibalizm.

Swoją drogą owy kanibalizm - to po prostu idiotyzm, kretynizm, nic dobrego. Wartością jest umiejętność wyboru tej wiedzy, która jest potrzebna. Dystans jest wartością samą w sobie. Do siebie i do ideałów.

2009/07/12

koment urósł do rangi postu




Chciałem napisać o tym, że w piątek byłem z Gosią i Mikim na urodzinach u córki mojego Kuzyna Olka. Nie napiszę o tym. Miałem napisać też o tym, że wczoraj cały dzień robiłem nic i że pierwszy raz od 6 miesięcy byliśmy w kinie i łaziliśmy po wrocławskim rynku w nocy bez wyraźnego celu. O tym też nie napiszę. W końcu chciałem napisać o dzisiejszym dniu, bo ze szwagrem Marcinem zrobiliśmy małą trasę rowerową szlakiem pod oławskich pałaców i młynów. A i o tym, że w końcu jest weekend i ładna pogoda, a ja jestem zdrowy. Miałem napisać, że na koniec dnia suczka mojego ojca mnie zajebiście mocno ugryzła w udo i że z wielkim poświęcenie zasłoniłem własnym ciałem mojego Synka, który wywołał agresję opiekującego się dwoma szczeniakami pięciokilogramowego psa (suczki). Nie napiszę o tym. Także nie o tym, że boli mnie noga i nie o tym, że zaraz na plfoto umieszczę prowokacyjny z mojej strony bubel, który aparat zrobił za mnie sam, a jest tak śliczny, że aż nie mieści się w głowie.

Nic nie napiszę. Za dzisiejszy wpis, wkleję komentarz piątkowego wpisu o spotkanej w tramwaju Romskiej dziewczynie grającej na akordeonie. Wydarzyło się pod tym wpisem coś ważnego. O tym niżej.

Tłem jest obrazowym niech będą te foty zdekonstuktuowanego przystanku (wiaty) w Kurowie, na granicy powiatu Oławskiego i Strzelińskiego.

pacjent said...

Dając tym dzieciom pieniądze na pewno im nie pomagasz, przyczyniasz się zazwyczaj do ich żebractwa. A ksenofobia to duże uproszczenie



camelek said...

W rzeczy samej ksenofobia z żebractwem nie ma nic wspólnego.
Tak samo nie daje się Romowi złociaka jak nie daje się go polskiemu żulowi na wino czy Niemcowi na porschaka. A poza tym, dziecko miało na pewno mniej niż 18 lat i pracować ciężko nie powinno zwłaszcza w cywilizowanym kraju (podobno). A noszenie akordeonu to ciężka praca – wiem coś o tym bo jak miałem naście lat to się takiego kloca dość na nosiłem z koncertu na koncert.


Lokalny Artysta said...

wiecie co. mam to w dupie. nie powinno się jeździć autem w terenie zabudowanym więcej niż 50km/h. Drogi Pacjencie - nigdy nie jechałeś 55km/h?

Ksenofobia nie jest uproszczeniem, jest stanem faktycznym. Polacy są ksenofobicznym społeczeństwem. Jesteśmy tak samo ksenofobiczni jak każde inne społeczeństwo, bo ksenofobia jest naturalna dla naszego wychowania. Zaczyna się od dzieciństwa. Białe - dobro. Czerń - zło. Jak nie będziesz grzeczny to Cyganka Cię ukradnie. Dodaj to tego kawały o Żydach, Murzynach, Polaku, Tusku i Niemcu... masz arsenał pogłębiania ksenofobii. jeśli chodzi o użycie słowa ksenofobia to tak, to jest uproszczenie. Tak samo jak znak leżącej ósemki jest uproszczonym zapisem nieskonczoności.

2009/07/11

wyższe wykształcenie średnie

Wczoraj odebrałem swój dyplom zalegający w sekretariacie szkoły od trzech lat z małą górką. Tytuł dzisiejszego wpisu można rozszyfrować czytając prawą stronę. Fakt faktem jestem z tego dumny. Albo dummy.

2009/07/10



Dzisiaj w tramwaju jechałem w ścisku. Linia 22. Na przystanku na dawnym placu Pierwszego Maja (obecnie plac JP2) zrobiło się luźniej. W pewnym momencie usłyszałem akordeon. Jakaś melodia, taka niby poważna, ale zagrana po pijacku. Wydawało mi się, że tylko ja to usłyszałem, bo nikt jakoś nie reagował i każdy miał dokładnie ten sam - żaden, obojętny - wyraz twarzy. Pomyślałem, że może ktoś ma taki dzwonek w telefonie, bo akordeon mały nie jest i można go dostrzec. Gdzieś w zakamarku przy wyjściu za "dużą" panią zobaczyłem fragment instrumentu. Brak reakcji u ludzi stał się jasny. Młoda romska dziewczyna, jakoś na oko szesnastoletnia grała nieporadnie na instrumencie, ale jej uroda spokojnie nadrabiała brak talentu. Do akordeonu przyczepiony na druciku kubek z tworzywa sztucznego. Pusty. W kieszeni mam 5 zł i 1 zł. Na czuja wyłapałem zeta i trzymam go kurczowo. Nikt jej nie wrzucił pół blachy nawet. Nie wiem czym się kierowałem, ale coś mnie hamowało przed wrzuceniem jej tej złotówki. Ona już wiedziała, że mam dla niej jakieś pieniądze i przystanęła i widziałem, że nie odpuści. Wyszarpałem - niby zaskoczony - z kieszeni rękę ze złotówką i wrzuciłem ją do kubka. Akurat tramwaj zatrzymał się na Młodych Techników. Ludzie patrzyli na mnie jakoś tak wrogo, że chciałem wysiąść. Chwilę wcześniej czytałem Autobiografię Helmuta Newtona właśnie w momencie, gdy wspominał czas Kryształowej Nocy i nienawiść, jaką Naziści darzyli Niemców pomagającym Żydom.

Równie dobrze może być tak, że ta żenada w oczach pasażerów to tylko projekcja mojej wyobraźni. Ale dlaczego nikt nie wrzucił ślicznej dziewczynie - może w łachmanach, ale ślicznej - reszty z biletu z automatu? Albo żółtych choć? Bp będzie ich potem więcej? Bo brudna? Bo za ładna? I dlaczego dusiłem tego zeta, mimo chęci oddania go żebrzącej (no grała, więc wykonywała pracę, ale nie była to "dobra robota").

Mógłbym pokusić się o twierdzenie, że każdy może mówić o tolerancji, wartościach chrześcijańskich itp. Ale jako tłum, grupa - jesteśmy uprzedzonymi ksenofobami. Ale nie chcę w to wierzyć i nie zgadzam się na to.

Video niezwiązane z porankiem. Po prostu znalazłem je, a grupę COIL lubię na równi z Neubauten.

2009/07/09

od 17.00 ósmego dnia lipca do 9.20 dziewiątego dnia lipca

Minimalistyczna forma ściany trafo między ulicami Braniborską a Legnicką. Jestem ciekaw, czy projektujący budynek trafo miał świadomość tego, co robi.

Przystanek tramwajowy przy ulicy Legnickiej/Młodych techników, ten sam co we wczorajszym wpisie. Dziewczyna z rozwianym włosem wbiega na peron by w ostatniej chwili wskoczyć do tramwaju linii numer 20. Wszystko rozegrało się błyskawicznie, ale raczej zdążyła, bo na przystanku pozostała jedna kobieta lat około 65 i mężczyzna w średnim wieku.

Pociąg spółki PKP Przewozy Regionalne relacji Wrocław - Gliwice, odjazd 17.48, tor IV, peron 3 na dworcu PKP Wrocław Główny. Portret tyłu głowy chrapiącego mężczyzny w średnim wieku. Nie przestawał chrapać nawet podczas odbierania połączenia przychodzącego na telefon komórkowy...

...w tym samym czasie mężczyzna z nad naturalnie wielkim plecakiem studiuje rozkład jazdy pociągów, który stał się nieaktualny w związku z podmyciem nasypu pod torami niedaleko miejscowości Lipki między Oławą a Brzegiem...

...co chcieli na własne oczy zobaczyć Marcin K (27l.), jego siostra Małgorzata S. (28l.) i jej syn Mikołaj S. (5m.) stojąc na peronie stacji w Lipkach. Nic nie zobaczą, bo patrzą w kierunku Oławy dziwiąc się, dlaczego słuchać gong na przejeździe kolejowym, skoro żaden pociąg nie przejedzie. A prace przy naprawie nasypu prowadzone są 200 metrów za ich plecami. Możliwe, że ich uwagę przyciągnęła również wielka burza nadchodząca z tamtego kierunku i widowiskowe wyładowania atmosferyczne. Zasłoniłem twarze, bo chcieliśmy incognito zdementować informacje z Gazeta.pl, jakoby na tory obsunęła się skarpa. Tam nie ma skarpy. Uszkodzony został nasyp. Nie skarpa. To idealny przykład braku rzetelności ze strony portalu.

Na odcinku Brzeg - Oława uruchomiono komunikację zastępczą. Trzy autobusy kursują non stop między tymi miastami i dowożą podróżnych.

Tu moja rodzina obserwuje mnie w pociągu, który ma za chwilę odjechać o 7.50 z Oławy. Rodzina poszła o 7.48, bo Mikołajowi zaczęło się ulewać. Pociąg odjechał o 8.25, bo komunikacja zastępcza dla oszczędności musiała przewieźć pasażerów pociągu pospiesznego, który normalnie przybywa około 8.03 na stację do Oławy. Oczywiście spóźniłem się na tramwaj i do pracy.

Ale to na prawdę nic złego, bo kilka rzeczy napadło mnie w:

a) kiosku z prasą, gdzie kupowałem bilety: Kasia Cichopek (wg. Faktu to "piękna polska aktorka", same oksymorony) urodziła syna.

b) przy zachodnim wyjściu z Dworca Wrocław Główny: ruszyła kapania społeczna o bezpieczeństwie pracy na wysokościach. Nie wiedziałem, że Polacy jak Szerpowie, w większości pracują na wysokościach, że potrzebna jest kampania społeczna w tym temacie. Nie słyszałem o żadnym wypadku w tej grupie zawodowej od dawna. Szkoda, że nie ma kampanii o tym, jak w kopalniach oszukiwane są czujniki metanu. Ale tam ciężej o dobre hasło.

c) w tramwaju: żul puszkowy i człowiek guma w jednym. momentami wciąż siedząc przytrzymywał własną głowę między kostkami (w stawach skokowych). Miał torbę pełną puszek. Będzie na fajki i wino.

2009/07/08

filozofoplotki


Od wczoraj coś we mnie pęka. Od momentu, w którym wyszedłem z pracy na przystanek na Legnicką/Młodych Techników, gdzie zrobiłem telefonem pierwszą fotografię (sic!) z dzisiaj tutaj wklejonych. Pomyślałem sobie, że już dekadę ponad trwa mój kierat dojazdowy, bo jestem typem wioskowym i nie lubię być "nie-w-pracy" w dużym mieście. Przez ostatnie 8 lat dojazdy wyłącznie autem. Albo swoim albo z kolegami, zanim kupili mieszkania we Wrocławiu i z podobnych do mnie wioskowych chłopków stali się Wrocławianami. W każdym razie w czasie dojazdów często myślałem, ile razy ocieram się o idiotów, którzy na trasie mojego przejazdu generują wypadki. Na pewno o wielu. Na pewno prawdopodobieństwo jest wyższe niż trafienie na "kanara" w tramwaju, co i tak mnie nie przeraża, bo jako uczciwy obywatel posiadam bilet na przejazd. Dojazdy środkami komunikacji publicznej miały ryzyko to zmniejszyć. Nie wiem, co dokładnie wydarzyło się na owym przystanku, ale ślad hamowania i rozwalona barierka to znak, że gdyby ktoś tam stał, kto chciał uniknąć drogowego idioty, właśnie by takiego jednego spotkał i rozkwasił np głową jego szybę czołową.

A gdybym to był ja?

Z tą myślą jadąc w pociągu zbliżałem się ku końcowi książki: "Capa - szampan i krew" Alexa Kershaw'a, gdy okazało się, że w Oławie pociągi stoją na stacji. Nie wiedziałem czemu, ale dzisiaj rano jak wszedłem na peron, pociąg czekał na podróżnych już przynajmniej od czasu, gdy przyszedłem, czyli siedmiu minut przed czasem odjazdu. Ciekawość. Gosia zadzwoniła, że między Oławą a Brzegiem podmyło tory - dowiedziała się od pani w kasie, bo ciekawość zjadała. Wszystkie pociągi, które korzystają z tej głównej na południu Polski magistrali jadą przez Jelcz-Laskowice do Opola, a te do Warszawy przez Łódź Kaliską. Na dworcu Wrocław Główny pandemonium. Ale jakoś kolejna fota tego nie oddaje. Choć to bardzo jakoś blisko mnie, bo nie wiem, czy wrócę dzisiaj normalnie pociągiem.

Co do bliskości tematów ważne się okazało, że to co na prawdę ważne w twórczości jest do ogarnięcia w przypadku, gdy jest po prostu bardzo blisko. Nie są to tylko moje słowa, ale choćby Sally Mann, która jak mam być szczery wydaje mi się lekko odjechana od realności i jej mówienie o rodzinie rozumiem niemal wyłącznie w kontekście rodzina - matówka - ona. No cóż, brak umiaru może zabić wszystko. Robiła tak dobre fotografie własnego otoczenia, że finalnie poznała ją na obrazach, a nie w rzeczywistości.

Dzisiaj rano potwierdzenie tezy o poszukiwaniach w jak najbliższym otoczeniu doszukałem się w słowach Duncana, kolegi "po fachu" Capy: [Fotografia wojenna] to najłatwiejszy rodzaj fotografii na świecie: strzelić fotkę komuś, kto został właśnie zastrzelony. Do tego nie trzeba geniusza. Łatwizna." Temat aktualny do dzisiaj. W każdej kompetycji fotograficznej. Podobnie jest z każdym tematem, który jest miałki i nośny tylko dlatego, że pokazuje coś egzotycznego i niespotkanego TU. Stąd dla mas fotografia to np. National Geographic. Fotografii bliskiej sobie się nie robi, bo to przecież mało popularne, bo swoje. A skoro tak, to po co robić coś, za co nie będzie się chwalonym? Czy trzeba czekać latami? Jak Stefania Gurdowa? Jak Gustav Aulechla? Aż zmieni się kontekst i sens? Czy trzeba wpaść na skraj szaleństwa jak Sally Mann i podejść do tematu tak blisko, że przekroczysz granicę i fotografie staną się bliższe niż otoczenie?

I na koniec o wspomnianej książce. Dobrze się ją czyta, ale chyba korektorzy się nie przyłożyli i jest więcej błędów stylistycznych niż u mnie na blogu.

2009/07/03

człowiek po przejściu










Właśnie wylicytowałem ładny aparat, Pentaxa Super A w niemal fabrycznym stanie. Ślicznotka. Dodatkowo dzisiaj przeprowadziliśmy biuro w miejsce, gdzie nie śmierdzi wykładzina. Jestem chory i czuję się źle, co nie przeszkodziło mi w dokonaniu spaceru z pracy na dworzec PKP Wrocław Główny przez Włodkowica, Świdnicką i Czystą. Ciepło było i dziwnie. Pierwszy raz widziałem szczura we Wrocławiu, martwego, tuż pod firmą na Braniborskiej. Widziałem kilka innych rzeczy, które fotografowałem. Jestem dumny z tego, jak wygląda Hotel Monopol i Renoma. Nie jestem dumny z martwego szczura, podobnie jak nie napawa mnie radością martwy jeż czy kot.

Sprzątałem dzisiaj z przymusu dom. Gosia powiedziała, że jak dalej tak będzie w kieracie, to padnie z wycięczenia. Po 4 minutach sprzątania naszych 30 metrów kwadratowych i orzekłem: Wiesz, mam jakieś dojmujące wrażenie, że już wykonałem z wyjątkiem odkurzania wszystkiego, czego mogłabyś oczekiwać ode mnie w temacie sprzątania. Oczywiście wybuchła śmiechem i sprzątałem jeszcze godzinę.

Teraz szukam dla niej jakiegoś roweru i piszę ten wpis, a ona ogląda film na HBO, w którym przed chwilą główny bohater prowadził taki dialog z podwożoną kobietą z dzieckiem:
- Czy normalnie też tak pomagasz obcym?
- Nie, gdy z nimi kończę nie potrzebują już pomocy.
- Jak to?
- Najpierw, zanim cię zabiję, wyrzucę twoje dziecko przez okno...
- Aaaaaaa!!!...


2009/07/02

głód oddechu












Zaczynam się poważnie zmieniać, skoro co raz częściej używam do robienia zdjęć telefonu komórkowego. Mam takie coś, że chciałbym mieć aparat o dużym formacie, ale nie lubię nosić toreb, klamotów na paskach itp. Nie lubię nosić takich rzeczy do tego stopnia, że nie noszę więcej ponad to, co zmieści się w jednej dłoni (dzisiaj to książka Alexa Kershaw'a: Capa. Szampan i krew), do tego karta od bankomatu, dowód osobisty i bilet miesięczny jako zakładka do książki. Fajnie jak telefon będzie grubości zakładki do książki lub jak książka będzie sama jak zakładka. Albo jak nie trzeba będzie nosić nic, bo wszystko będzie wszędzie.

Wczoraj, podobnie jak dzień wcześniej i dzisiaj - było duszno. Po pracy postanowiłem iść na wernisaż dyplomów do Domku Romańskim. Burza kotłowała się od wschodu i powietrze było tak ciężkie, że nie mogłem wejść do środka. Ale oglądałem z zewnątrz. Zapytałem kolegę, czy jest sens wchodzić do środka. Nie powiedział, że tak. Ale ja chciałem wejść, zobaczyć dawnych wykładowców, przyjaciół czy nawet kilku nie lubianych idiotów (no maksymalnie dwóch). Finalnie nie wszedłem, bo zaczął ktoś tam jazzowo przygrywać, a ja mam alergie na jazz. Nie wszedłem.

Z alergią na jazz jest tak, że ilu znam lansjerów, głupków bez talentu czy po prostu wernisażowych hien, tyle razy w rozmowach słyszę, jak jeden przez drugiego przekrzykują się znajomością bardziej lub mniej znanych czy andergrandowych jazzowych kolektywów. Słuchanie jazzu - tej ekspresyjnej muzyki - ma być nobilitacja, wejściem na salony, obliczem inteligenci i dobrym opisem na facebook'a. Nie cierpię jazzu.

Ciekawe, jaka była by reakcja, gdybym powiedział na głos w galerii, że ja lubię Underwold, Fluke, DJ Shadow, Davida Bowie, Cinematic Orchestra, Coco Rosie, Antonego, Pink Floydów. Boże, ile ludzi by wyszło mając do czynienia z takim prostym organizmem. Kocham się za tę prostotę.

Uskuteczniam dojazdy pociągami. Wychodzi na zdrowie mnie, światu, lasom i autu, które nie musi forsować codziennej trasy. Mogę w końcu swobodnie połazić po mieście. Burza dorwała mnie dopiero w pociągu. Od dworca w Oławie już jazda autem. W aucie czekanie pod marketem i próba opanowania zmęczonego dniem Synka w szumie deszczu, łomocie piorunów i odgłosami konsumowanej przez Sunię kości dochodzące z bagażnika. W końcu dni są fajne.

2009/06/30

załamanie pogody wieszczem kryzysu






- Pada jeszcze?
- Nieeee, nie pada... w ogóle świeci już Słońce i nie wieje.
- O, internet już jest, a mówiliście, że nie ma.
- No jest właśnie jest. Już działa.
- Kurwa się korki już robią. Popada tylko chwilę i ludzie kociokwiku dostają.
- Tomek, włącz jakąś muzykę jeszcze, jeszcze mamy chwilę siedzenia.
- A co to leci co włączyłeś?
- Tortut... ut... utut... tut... usy... y.
- Co?
- Tort-i-ise... tak jakoś
- A to nie Polsku, w sensie nie jest angielski?
- To Roberta jest?
- Nie, to z Soma.fm, Groove Salaad. A tego Coila to ja mam od Ciebie? I Antonego?
- Tak, ode mnie masz. Dobry co?
- No no, ale te Coil to mi zrył łeb. Masakra.
- No ryje po głowie.

16.33 - biuro w centrum Wrocławia, ostatni dzień czerwca. Ostatnia burza w pierwszej połowie roku. O północy ktoś odwróci roczną klepsydrę i piach poleci znowu do drugiej bańki. Do 31 grudnia pół roku.

atak



Wczoraj seria niezwykłych wypadków. Znalazłem ładną płytkę na drugim peronie dworca kolejowego Wrocław Główny, na granicy sektora B i C. Miałem czas na ich analizę, gdyż z powodu burzy pociągi były opóźnione. Wszystkie. Potem pod domem wypadek. Na koniec zamiast zabawy był szpital.

2009/06/29

koniec epoki



Potopy Odry na drodze z Opavy do Příboru (gdzie urodził się Zygmunt Freud) spowodowały objazd i zakup małej mapy Republiki Czeskiej. Aktywność na zjeździe doprowadziła do tego, że ten wpis robią moje ręce samotnie, a nie jako przedłużenie mojego mózgu. Mózg wraca piechotą z Beskidów i właśnie wg mnie powinien być już na obrzeżach Ostravy. Jeśli nie zwolni tempa, to od czwartku będę się cieszyć lepszym czasem reakcji i wyższym komfortem życia (ogólnym).




Ciężka impreza i trudne decyzje. Co zrobić po 3 roku studiów? Zmiana imidżu? Może, dla mnie to znaczy tyle, że mam rocznik 3b, czyli czas na napisanie pracy. O pornografii nie napiszę, bo temat okazał się wyjątkowo mało wdzięczny. Za to polubiłem kilka osób, które podejrzewałem o to, że niem rady ich polubić.




To była ostatnia bakalarska beczwa Katki. Wracając do domu zahaczyliśmy o kilka miejsc, w których chcieliśmy zatrzymać się od jakichś 3 lat. Jedno to pałac w Krzyżanowicach, drugi w Polskiej Cerekwi. Pewnie za dwa lata znowu będziemy razem jeździć na magisterskie studia. Ale przez rok nie.

W piątek rano w szkole dowiedziałem się, że nie żyje król popu lat 80-tych. Wizyta w Tesco we Frydku potwierdziła, że król nie żyje.


Pozostaje pytanie, czy on kiedykolwiek żył.

2009/06/22

hibernacja na nadaktywność



Straszny rozgardiasz. Ostry wir pracy przed sesją na ITF. Ostrzejszy, bo w piątek uświadomiłem sobie, że wyjazd do szkoły za 3 dni, a nie za 10. To znaczy, że ktoś ukradł mi jedną niedzielę.

Na załączonym obrazku bakstejdż z niedzielnej sesji. Więcej informacji dopiszę jutro. Dziękuję Katce, Dominice i Zuzi za pomoc.

Strój konkursowy OMC EUROPE CUP 2009

projekt i wykonanie: Dominika Gembiak;
fotograf: Wojtek Sienkiewicz;
asystent fotografa: Katka Szmorąg;
fryzura: Marta Robak

2009/06/19

w snopie światła, a nie glorii chwały

Portale plotkarskie zakipiały, gdy wyszło na jaw, że biznesmen z Oławy (mieszkający w Warszawie) ma syna, który w przedszkolu ociera się z synem piosenkarki mieszkającej w Warszawie. Zawrzało tym bardziej, że piosenkarski synek pochodzi w połowie genomu od aktualnego męża artystki, ale przez te dzieci aktualność związku piosenkarki stała się nieaktualna, choć wciąż istniejąca w świetle prawa. Najwspanialsze były wywody w prasie o synach. Obaj mają tak samo brzmiące imię. Różnica w ilości literek "L". Znając bohatera tych wieści, pewnie w wersji z pojedynczym "L", właśnie owe "L" miało się zamienić z "N". Mamy z tego wielki ubaw, bo wiemy, jak biznesmen z Oławy parł na szkło. Widać, morda się cieszy. Tak rodzi się Jola Rutowicz na sezon 2009/2010.

Myślałem, że moje zwolnienie się z firmy prowadzonej przez bohatera plotek, pozwoli mi odpocząć od jego kolorowego świata. Przypomniał mi jednak o sobie rok temu przez kontrolę z urzędu. Minęła i znowu miałem nadzieję na spokój. Rok minął i atakują mnie wyskakujące bannery w każdym niemal portalu. Pierwszy raz w życiu zainstalowałem blokera tych śmieci. A od wczoraj gapi się na mnie z sitilajtów z okładki Wprostu. Na to nie mam co uczynić. Ale dobrze, że nie lubię Wprostu. I dobrze, że nie w każdy czwartek.

2009/06/17

znak czasu


Co za czasy. Kompletne znieczulenie. Jak można dziwić się reakcjom ludzi lub ich brakiem wobec takich symboli. Kiedyś nikt by nie przeszedł obojętnie obok bezwładnie leżącego na chodniku roweru. Widać przecież po nim, że nie jest najmłodszy, nie jest najsilniejszy, a przecież ciężko pracujący. Ten przeciążony bagażnik, nowy, pojemny koszyk. To wszystko przecież trzeba oprzeć na tej skromnej ramie, która nie wytrzyma tyle, co nowe aluminiowe czy kompozytowe ramy. I tak pewnie zostanie, trącany przez przechodniów, zakurzony przez autobusy, sam na środku Placu Orląt Lwowskich. Jakże wymowna jest ta symbolika leżącego starego roweru, ciężkich betonowych płyt i nazwy miejsca.

* * *

Zaaresztowali Maleńczuka za to, że - jak powiedział - dorożkarskim językiem opierdolił stróżów prawa za brak reakcji na leżącego nieprzytomnego człowieka. A że był po imprezie (wypił wg dziennikarzy 250ml wódki), to go stróże prawa wrzucili na dołek.

2009/06/12

dobra strona kryzysu

...a przynajmniej tak to można sobie wytłumaczyć. Dzisiejszy dzień w całości spędziłem w domu walcząc z panoszącym się we mnie zapaleniem górnych dróg oddechowych. Pogadałem z Bartem, trochę z Rzepką, trochę z Tomkiem Liboską. Koledzy z pracy zadzwonili... Ot, same plusy ze Skypa płyną. Każdy daleko, a ja go widzieć mogę i usłyszeć. Czad. Aż się śmiać chce, gdy przypomnę sobie drugą część trylogii Powrót do przyszłości, w której była symulacja naszych czasów (miej więcej). Podsumowując nikt nie wpadł wtedy na to, że będzie internet, ale za to w każdym pokoju były faxy. Małe, maleńkie, wszędzie. Czyli w końcu lat osiemdziesiątych fax był czad. Teraz nie jest czad. Teraz czadem były by deskorolki bez kółek, takie antygrawitacyjne, a miniaturowymi silnikami odrzutowymi. Co też trąciło technologicznym mezaliansem, bo jak łączyć antygrawitację z prymitywnym odrzutem? To jak do pięknego bolidu dajmy na to Bugatti EB 110 wsadzić kocioł parowy... 

Pieprzyć Powrót do przyszłości. Chodzi z tymi dzisiejszymi rozmowami, że zadzwonił do mnie Marek - kolega z pracy - ale już na normalny telefon. To człowiek, który prawdopodobnie ma każdą wydaną na świecie płytę CD z muzyką. Marek od kilku tygodni buszuje po Media Markt w Dominikańskiej, bo co rusz przeceniają tam płyty. I dzwoni do mnie, że właśnie dzisiaj przecenili te na literę E. I powiedział, że jest dużo Einstuerzenden Neubauten. Czad. Ale ja jestem chory. W domu sam. Wszędzie sam. I co? Co mi po wideo rozmowach? Nic. Ale mam sposób. Telefon, tym razem ja dzwonię łamiąc się co chwilę w secie kaszlu.
- Halo, cześć Kotku, buehe, buehe, buehe, buehe... hmmmhmmm! No to ja, co robisz?
- Jestem na budowie, a co?
- Słuchaj, nie chcesz pojechać sobie po te buty do Dominikańskiej?
- Nie mam jak, bo mama nie może, a nie mam z kim zostawić Mikołaja...
- buehe, buehe, buehe, buehe, buehe, buehe! HmhmmmmmmgfffgghhhmmM! Ja! Ja z nim zostanę!
- Daj spokój, zacznie Ci płakać, nic nie poradzisz...
- Dam sobie radę, pojedź, ruch mały, obrócisz raz dwa i będziesz w domu, a przynajmniej na spokojnie sobie pochodzisz po sklepach. 
- No skoro tak, to dobrze. Zaraz przyjadę z Małym i pojadę, ok?
- Ok, tylko kup mi po drodze jakąś osłonę do antybiotyków. 
- Dobra, pa...
- Czekaj, jak będziesz w Dominikańskiej, to wejdź na chwilę do MM, jest megaprzecena na płyty, kupisz mi Neubauten?
- Dobra, pa!
- Pa!

No i tak. Za cenę jednego albumu mam trzy, z czego jeden to wybitny rodzynek:
1. Total eclipse of the Sun 54.99 => 19.99
2. Alles wieder offen 59.99 => 24.99
3. Haus der Luege 59.99 => 19.99

total: 174.97 => 64.97 pln. To daje 2.7 raza taniej. Może nie jestem mat-orłem, ale w końcu Polak.

2009/06/11

Polska Gościnność

Plener szykowałem od początku kwietnia. To miała być kontynuacja zeszłorocznej imprezy, w czasie której przemierzyliśmy z Pawłem masę nieprzejezdnych dróg w Kotlinie Kłodzkiej i od tamtej pory to miejsce stało się naszą obsesją. Ale w granicach rozsądku. Nie nacinamy sobie skóry na plecach trzcinką i nie nacieramy się solonym chrzanem powtarzając: Kłodzko - Glatz - Kłodzko - Glatz.... itd. 

Agata z Pawłem i ich psiakiem przyjechali po mnie w czwartkowe południe. Spóźnione śniadanie, całus dla Gosi i Mikiego i mkniemy na Strzelin, potem Łagiewniki, Ząbkowice Śląskie, Bardo, Kłodzko, Bystrzyca Kłodzka, Nowy Waliszów. Godzina z małym nakładem i już chodzimy po kuchni u Sypka, przez którą płyną sobie dwa strumienie. Musiał zerwać podłogę do żywej gleby. Kilka kroków dalej i jest agroturystyka - nasza baza. Szybki zrzucenie klamotów i lecimy na spacer. W pokoju mamy drzewo. Nie jakieś małe, tylko normalna okorowana wielka korona dużego drzewa. I jest polakierowana, pełno na niej bibelotów, gniazd z drewnianymi ptakami. I kominek, moje wyro, wyro psa i Olejniczaków

Idąc w głąb wsi, czyli w kierunku na Lądek Zdr. podziwiamy wymyślność budowniczych ogrodów. I tych, co ozdabiają elewacje budynków. Tego nie da się opisać. To trzeba zobaczyć. Bez żadnego szydzenia. Jakoś udało mi się rozpoznać, że rok wcześniej byliśmy tu z Pawłem, jadąc już na resztkach sił po udarze słonecznym, jakiego doznaliśmy focąc to. Jadąc z Nowego Waliszowa w kierunku na Idzików było to. Ale wcześniej jakoś miałem dziurę w pamięci i nie potrafiłem dokładnie tego określić. Zresztą tu jest mała relacja z zeszłego roku (fotka właśnie 2km od Nowego Waliszowa w kierunku na Idzików przy drogowskazie na Marcinków). Problem tylko w tym, że co chwilę dostawałem kolejne smsy, które oznajmiały, że coś się wydarzyło i kolejni planowani uczestnicy nie mogli przyjechać. 

Obeszliśmy kościół wraz z cmentarzem, na którym znalazłem rodzinę Syposzów. Potem szliśmy po prostu przed siebie, by w pewnym momencie skręcić w górę w polną dróżkę. I tak doszliśmy do starego, wielkiego pieca wapiennego. Na stercie starego popiołu mała przerwa na papierosa i przegląd zebranych kleszczy. Fota i wspinamy się dalej. Wspinamy to dla nas dobre określenie, ale my z naszą kondycją wejście na więcej niż 6 schodów nazywamy wspinaczką. Im wyżej tym większe zdumienie, bo okazało się, że piec to tylko mała atrakcja w porównaniu do reszty, a reszta to dość duży nieczynny kamieniołom, rozebrana góra, której fotę kilka dni później zrobił Paweł. Weszliśmy na jedną z wielu śnieżno białych ścieżek wysypanych marmurowym tłuczniem, na niej znaki, że prowadzi do kamieniołomu. Na pewno czynnego - pomyśleliśmy, ale już nie mieliśmy siły iść sprawdzać, a ja nie miałem siły naciągać Olejniczaków na dalsze penetracje, bo byli w drodze od 6.00 rano, a już zbliżała się 20.00, więc wracaliśmy na kolację. Po drodze jakoś przeszliśmy górą nieczynnego, starego kamieniołomu, który wcześniej widzieliśmy z daleka. Ja lubię takie widoki, ale źle się czuję nad przepaściami. Chyba nawet jednej fotografii nie zrobiliśmy. Droga powrotna przechodziła przez prywatne podwórko, ale ludzie tam życzliwi, więc nie było problemów. Powrót do agroturystyki, kolacja, zupa smaczna jak mało kiedy, tak się zmęczyliśmy i tak zmarzliśmy. Kilka piw, ramka papierosów i spać. Przyszedł w porywie zasięgu sms od Efy, że będzie na drugi dzień wieczorem.

Rano po śniadaniu wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy wyfocić kamieniołom i znaleźć ten czynny. Nie było ciężko, tylko pogoda jakaś marna. Wiatr, zimno, deszcz. Czynny kamieniołom okazał się nieczynnym, bo w wyrobisku znaleźli jaskinię i musieli przerwać wydobycie. I trzy moje ulubione kadry poniżej.




Jeszcze w tym samym kamieniołomie dwie zabawy. Dla lepszej współpracy używaliśmy z Pawłem jednego statywu, żeby się nie przedźwigać. Ponieważ każde jego ustawianie się trwało dość długo, to ja ganiałem z eRBetą i fleszem, ale nie wyszło to tak, jak sobie wyobraziłem. 


Na koniec pobytu w nowowaliszowskim kamieniołomie wyszło na kilka milisekund Słońce. Akurat statyw okupowała Vista 45, ale trafiłem taki ładny widok.  


Jeszcze przypadkiem pierwsza fota do Autobiografii sama się znalazła w postaci byłego sołtysa. Długa przerwa, rozmowy. Na prawdę świetne przeżycie.

I w tym miejscu skończyła się sielanka i proste zachwyty. Zaczęło się kurwowanie, rzucanie chujami na lewo i praco, bo wszystko, absolutnie wszystko się zmieniło, gdy w tych pięknych chwilach zamiast odnaleźć Chrystusa - otarliśmy się o śmierć. Zaczęło się dość niewinnie. Super obiad w Bikers Choice. Set pstrągów, super obsługa, pies dostał michę wody, wszystko pięknie. Mało nam było kamieniołomów, więc pojechaliśmy do Stronia Śląskiego. Czynny kamieniołom, pozwolenie na wejście od strażnika, strumyk, co płynął pod górę nie zdawał się ostrzegać przed czymkolwiek. Idziemy sam dół na przodek wyrobiska, które akurat już nie jest eksploatowane.

Paweł wyrzucił z siebie: "o kurwa". Ale to nie chodziło o zwykły zachwyt, ani o zachwyt w ogóle.

Chodziło o to, że nie mieliśmy przy sobie żadnych środków obronnych przed jakąkolwiek agresją z wyjątkiem ciętych dowcipów i zaskakującej riposty. Jednak na nic się mają takie środki wobec wielkiej, rudej Akity Inu, którą zobaczyłem pierwszą. Zza gabarytu Pawła udało mi się dojrzeć wielkie - wtedy powiedziałbym, że zielone w cętki - cielsko Fila Brasileiro. Najgorsze było to, że nie widziałem gdziekolwiek ich przewodnika. Tłumaczyłem sobie, że dobrze, że to nie dwie File, bo Akita to pewnie taki pociągowy pies. Ale skoro tak, to może pierwszy wpaść na pomysł paniki i Fili włączy się tryb mordercy i po nas. Szybka kalkulacja możliwości. Statywem mogę pierdolnąć raz, ale jak chybię, to po mnie. Nie, przyciągnę go do szyi i przycisnę najmocniej jak mogę, to nie rozerwą mi krtani. O kurwa, a w domu Gosia, Mikołaj nie zobaczy już taty. O Boże. Z potoku myśli wybudziło mnie cholerne: woooffff!!! - Fila coś powiedziała, ale nie zakminiłem. Nie mamy dokąd uciekać, nie mamy czym się bronić. Paweł udawał brzozę, ja chyba też, nie wiem. Sytuacja była patowa. W teorii, bo my wiedzieliśmy, że jakby co to możemy zrobić nic. Psy miały mniejszy wybór: napierdolić im albo ich olać. Ale jak olać, skoro są na naszym terenie (teraz obaj wiedzieliśmy, skąd te ślady wielkich łap w mule na dnie kałuż, kurwa, że się nie domyśliliśmy). Ślady za to na pewno za chwilę będą na bieliźnie. Rany, masakra. Nie było nawet czasu na retrospekcję. Tylko czekanie na atak. 

Słychać gwizd. To nie moja astma ani Pawła kondycja. Ani nawet tracące siłę zwieracze. Cmokanie. Zza winkla wychodzi młoda kobieta w czerwonej kurtce, woła psy. Oba zwierzaki mają miny jak wioskowi zadymiarze, którzy od poniedziałku układali plan sobotniej zadymy na dyskotece w remizie, a tu zielone świątki i dyskoteki nie ma. 

- Przestraszyły was?? - pani pyta krzycząc z jakichś 20 metrów.  
- Nie (forte) - Nie!!! - Nie luz... spoko, ładne psy (forte) - kurwa mało się nie osraliśmy kurwa (piano).
Teraz nie wiem nawet, choć to jeszcze nie minął tydzień, o czym rozmawialiśmy. Wiem, że było dużo słów kurwa, chuj, coś o defekacji, trzęsących się rękach, papierosach, sensie życia i o tym, jak bardzo się szanujemy i że co by było. Było to, że nie chciało nam się robić fot, choć ta poniżej jest właśnie z tego miejsca, ale montowaliśmy ze trzy minuty aparat na statywie, bo nie mogliśmy trafić płytką w szybkozłącze głowicy. 

Na koniec zauważyliśmy, że nad wyrobiskiem krążył orzeł. Choć spokojnie mogliśmy sobie wmówić, że to sęp. Jak Agata - która została z Geetem na dole w aucie - spytała w konkluzji opowiadania, co to za orzeł, Paweł pokazał jej, że taki sam jak na rewersie jednozłotowego bilonu. 

Szybka była decyzja, że wracamy do Waliszowa, że pofocimy coś jeszcze i że Agata idzie spać, bo się czuje źle nieco. Jakoś nam przeszły już nerwy, wzięliśmy moje sprzęty i poszliśmy upolować kilka portretów do Autobiografii. Ponieważ na Słońce nie można było liczyć, to pierwszy raz w plenerze postanowiłem użyć błysku. Jak o tym gadałem z Pawłem, to ustaliliśmy, że sztuka sztuką, ale przecież to nie problem, że w ramach jednego projektu zmieniam technikę, bo to też coś wnosi. Projekt może być spójny, ale monotonny. Ma rację. Wieczorem czytaliśmy o tym na głos w publikowanej polemice między Adamem Mazurem a Krzysztofem Jureckim. Ale mieliśmy z nich śmiechu. Na prawdę. Jeśli to są główne głowy reprezentujące jako znani kuratorzy osiągnięcia polskiej fotografii, to mogą np Birgusowi umyć stopy. O ile łatwiej zbijać sobie kolejne pionki, zamiast starać się dobrze dbać o porządek na szachownicy. Bardzo to polskie.


W nocy przyjechali Czesi w składzie: Eva Malusova, Eva Pandulova (Słowaczka mieszkająca w Pradze) i Petr Mentberger. Błądzili ale na 22.00 dojechali. Pogadaliśmy i z programem na następny dzień poszliśmy spać. W programie głównym była replika zdjęć Terezy Vlckovej z bliźniakami, ale u nas z trojaczkami. Tło kamieniołomu było do tego idealne, więc poszliśmy do znajomego bliskiego kamieniołomu. Pusto, czysto, a zamiast wielkich psów biegały tylko zające. Ale zające nie podgryzają gardeł. Foty zeszły miło i wesoło.

Rzeźnia dopiero nadchodziła. Pojechaliśmy do Bikers Choice, gdzie dzień wcześniej obsługa w postaci drobnej kelnerki w turbanie uwijała się jak z ogniem i była na prawdę świetna (daliśmy duży napiwek) o tyle teraz była inna. Samo zło. Pies nie dostał wody, Agata dostała zimne ciastko przed golonką, a po daniach nikt nie sprzątał talerzy ze stołu wielkości paletki do pingponga. Jak ktoś wstał i spytał małej sepleniącej kelnerki, co mamy zrobić z talerzami, to ona nie wpadła na to, żeby je sprzątnąć, tylko skinęła, że na bar. Efa i Petr zamówili kawę, a dostali rozwodniona inkę. Masakra. Problem był nawet z liczeniem rachunku. Miałem napisać maila do właściciela, którego rok wcześniej z Pawłem poznaliśmy, ale nie mogłem na sieci znaleźć. 

Dobra, tu nie było słodko, to chodźmy na mamuty obok do muzeum Ziemi. Celowo nie piszę z wielkiej litery. Wchodzimy, robimy fotki małpami, otwierają się drzwi, a z nich pani krzyczy, że musimy już wejść zwiedzać, że płacimy itp. Ale my nie chcemy, bo chcieliśmy tylko zobaczyć co to jest. O nie, musimy płacić. Dyskusja, pani się drze na nas, my na nią, ona na Czechów. Wychodzimy. 

Paweł mówi Petrowi: Widzisz, to jest ta sławna polska gościnność; a jak pójdziemy wieczorem na balety, to dostaniemy w mordę.

Jeszcze wizyta w monopolowym w Stroniu Śl. i spadamy do hotelu. Tak, trzeba się wyciszyć. Oburzeni jesteśmy. Czesi robią akty w pokoju. Albo modę. My mamy dość. Piejmy piwo i luzujemy się. Jak jeden mąż wpadają do nas i wezwanie do wyjścia na dyskotekę, której niskie rytmiczne tony już słychać. Piski kół, brzęk szkła też. O rany.
- Efa - mówię, przemawiam - nie chcecie tam iść.
- Chcemy - chyba nie zrozumiała sarkazmu - Bardzo chcemy.
- Efa, widziałaś, co było w Kletnie? Chcecie jeszcze gorzej?
- Chcemy - Petr z uśmiechem już tańczy. 
Z dobrą godzinę oni nas namawiali, my ich odwlekaliśmy od pomysłu. 
- O Boże - mówię - piwo się skończyło, muszę i tak tam iść po Żubra. 
Poszliśmy o 22.00. I tak jako główny złorzeczący wyszedłem ostatni z tej imprezy. Cicho, spokojnie. Przegrałem trzy piwa w bilarda w jakichś ośmiu rundach. Zdobyłem dużo znajomości, wiem, dlaczego woda Cyranka z Gorzanowa jest lepsza od innych. Towarzysze zabawy okazali się mili i dla nas i dla Czechów, którzy byli dla nich atrakcją do tego stopnia, że spokojnie już rozmawiali w trzech językach, włącznie z węgierskim.

Rano śniadanie i zagięcie z płaceniem za pobyt. Pani liczyła dzienne jedzenie drożej o 4 zł, a Czechom policzyła za każdą kawę po 10 zł. Cóż...

* * *
Set pamiątkowy. Nie miałem innego aparatu, więc poszło z łapy eRBetą. Ktoś mi kiedyś mówił, że nie da się nią zrobić ostrego zdjęcia z ręki. Nie da się włożyć kasku na lewą stronę. 

Nowy Waliszów, Kamieniołom

Nowy Waliszów, Kamieniołom - Paweł foci Masyw Śnieżnika.

Nowy Waliszów, Kamieniołom

Efa w agroturyźmie.

Petr w agroturyźmie.

Paweł w agroturyźmie.

2009/06/10

Petr, Eva(Efa) i Eva

Petr Mentberger, Efa Malúšová i Eva Pandulová. 50% składu pleneru w Nowym Waliszowie, który odbył się w dniach 4 do 7 czerwca 2009 roku. O tym, jak doświadczali osławionej polskiej gościnnosci, napisze później, bo zawijam do domu. I opis jakiś mądrzejszy tu będzie, bo nic nie zanotowałem.

Kazimerz Smutek

Pana Kazimierza spotkaliśmy z Pawłem podczas spaceru usiłując znaleźć kogokolwiek, komu można by zrobić zdjęcie, by rozładować stres związany z otarciem się o śmierć kilka godzin wcześniej (wskutek pogryzienia przez dwa wielkie psy). Pan Kazimierz właśnie kosił trawę i bardzo nam się spodobał anturaż, w jakim się znalazł. Długa rozmowa, którą odbyliśmy, ukazała fakt, że niemal cała wieś Nowy Waliszów to ludzie przesiedleni z Tarnowicy. Ale nie wszyscy. Matka pana Kazimierze pochodzi Rzeszowa, a ojciec z Limanowej. Mieszka z córką, która docenia uroki mieszkania w górach, ale wolała by w mieście.

* * *
oświetlenie: Paweł Olejniczak

Sołodowczuk Józef

Pochodzi z Tarnowicy na terenie dzisiejszej Ukrainy. Ma 58 lat. Jest wdowcem, ojcem dwóch synów, jeden mieszka "na swoim", drugi właśnie kończy służbę wojskową. Przez kilka lat pracował w pobliskim kamieniołomie. Od 1999 roku przez 8 lat był sołtysem i bardzo dbał o rozwój kulturalny wsi i promował kulturę kresową. Jest rzeźbiarzem, ale jego prac nie można kupić. We wsi w kapliczce znaleźliśmy rzeźby jego autorstwa. Zaprosił nas na herbatę,Nowy Waliszów, 05.06.2009 r.

* * *
Pomoc w realizacji pracy: Agata Kamieńska i Paweł Olejniczak

Tomasz naprawia motor

Tomasz remontuje motor, który dostał od swojego ojca. Tomek to jeden z niewielu młodych ludzi mieszkających w Nowym Waliszowie, podobnie jak w wielu innych miejscowościach Kotliny Kłodzkiej. Nowy Waliszów, 05.06.2009 r.

* * *
Świecił debiutującym światłem błyskowym: Paweł Olejniczak.

2009/06/08

po plenerze

fot. kolektywna: Eva Malúšová, Eva Pandulová, Petr Mentberger, Paweł Olejniczak i Wojtek Sienkiewicz

wróciłem lekko chory i nieprzytomny, ale było bardzo dobrze. obszerniejszy wpis za kilkanaście godzin. teraz martwi mnie to, że dzwoniła Gosia i powiedziała, że iMac nie chce odpalić. zrobiliśmy kilka wspólnych polsko-czeskich akcji, szkic jednej z nich powyżej. taki mały "tribute to..."

2009/06/03

autopromocja - 5klatek

Za ciosem - dopiero jak zobaczyłem u Rafała, że to zrobił, to wpadłem, że ja też mogę:>. W nowych Pięciu Klatkach (007) można zobaczyć fragment mojego setu z Castle Party z 2007 roku. DO tego rozmowa. I kilka moim rozmów z innymi autorami zdjęć prezentowanych w aktualnym numerze tej publikacji: wspomnianym Rafałem Siderskim, Jerzym Wierzbickim, Kaśką Sagatowską, Adamem Lachem, Robertem Kowalewskim... zapraszam do ściągania i czytania. Z tego miejsca podziękowania dla serwisu fotografuj.pl, który bez problemu umieścił notkę o nowym numerze, bo pozostałe serwisy - nie wiedzieć czemu - milczą i puszczają trzy niusy dziennie o nowym kursie pewnej akademii. Życie.

rodzinne pierwsze

Rodzina Kamili i Mariusza. Kamila i Mariusz zostali pierwszymi bohaterami moich zdjęć ślubnych. W ostatnią niedzielę oddałem im gotowy album z 60 fotografiami naklejonymi na białe strony przekładane białym pergaminem. Fotografia ślubna nie jest łatwa. Godzinowice, 9 maj 2009 r.

Lanskorona - Małopolska





W 1993 roku byłem na wycieczce w Krakowie. W skład programu zwiedzania Małopolski weszła też Lanckorona, do której zawsze chciałem na chwilę wrócić, ale zajęło mi to siedemnaście lat. Niemal równo. Co dziwne, nic się nie zmieniło. Na szczęście. Często bywało tak, nawet w znacznie mniejszej skali czasu, że jak gdzieś byłem tylko chwilę, to gdy tam wróciłem, to okazywało się, że jest zupełnie inaczej, niż zapamiętałem i podkolorowałem we własnej pamięci. Czy to in plus czy in minus. Zupełnie przez przypadek jadąc z Wadowic do Krakowa wyłapałem znak: Lanckorona 3km. Reszty ekipy nie trzeba było długo nawiać, bo po owocnym spotkaniu mieliśmy nadwyżkę czasu i mogliśmy wpaść na moment. Zrozumiałem zachowanie Japońskich turystów. Nikt z nas, włącznie ze mną, nie miał aparatu. Pięć osób, pięć telefonów, wszyscy fotografują telefonami. Traszki migawek i śmiech małp. Wyglądaliśmy jak kosmici. Na pewno. Ale mieliśmy dużo radości. Dziwne było, że nie mogłem kupić pół pamiątki. Nie było kartek pocztowych, serków, nic. Pani wapnowała ścianę i pomagał jej kudłaty pies. Potem przeszła ekip chyba z liceum plastycznego. Po wszystkim wsiedliśmy do smoka i pogoniliśmy do Krakowa.

Foty nie moje, ale ponieważ tym razem wszyscy są utajeni, więc nie mogę podać imienia i nazwiska autorki foty.

Dzisiaj wyczytaliśmy na krzyczących stronach internetowych serwisów plotkarskich, że nasz (trzech z pięciu powyżej) były prezes ma romans ze starszą od siebie o 9 lat Edytą Górniak. Brawo. Jesteśmy z niego dumni.

2009/05/30

dzisiaj przez chwilę myślałem o tym, że chciałbym pojechać do Turawy

Miałem dzisiaj dużo pracy. W pracy i w domu. I jeszcze zajęcia ze słuchaczami. Ale ta praca akurat jest naprawdę przyjemna. Nie zrobiłem dzisiaj nawet pół fotografii aparatem. Ale kilka zrobiłem w myślach. Najbliższa jest ta powyżej. To od jakiegoś czasu moje ulubione miejsce na północnym brzegu jeziora w Turawie. Jakoś od 2006 roku. W ogóle pomyślałem sobie już jakiś czas temu, które z minionych lat były naprawdę fajne. Bardzo lubię 2003 rok. Wywaliłem się rok wcześniej z pracy w b&j, więc moglem pojechać na wakacje. W maju 2003 roku był też plener afy w Przesiece (OW Kaliniec), który bardzo dobrze wspominam. W listopadzie był jeszcze jeden, w Samotni, który też wspominam bardzo dobrze. A sierpniu z Kryśką i Kamilem pojechaliśmy sami na taki mini plener i to też było super. Na pierwszej Wszechnicy w Przesiece we wrześniu byłem (mojej pierwszej) i to także było super. Fajnie przestało być w 2004 roku. Wszystko, co było później do teraz jest próbą przywrócenia pewnego status quo z 2003 roku, a to przecież nie jest możliwe. Co ciekawe, wtedy - tzn w 2003 roku - tak myślałem o roku 1999. Jestem ciekawy, kiedy uda mi się wyprzedzić samego siebie na tyle, by docenić aktualny w danym czasie rok. Może nie ma innej opcji dla fotografa. W końcu co fotograf robi? Wyrywa fragmenty czasu, upierając się, że są ważne, ale ich prawdziwą wagę znajduje po czasie. Chyba. 

2009/05/29

to naprawdę ostatnia działka

...wiosenna. Zauważyłem jedną rzecz. Może więcej. Krajobraz stał się znowu modny. Oczywiście nazywa się go teraz inaczej. Nie jest to już pospolity landszaft, tylko dokument. W Polsce to nowy polski dokument. Niesamowite jest to, jak w pospolitym ruszeniu następuje dewaluacja potrzebnych wyrazów. Jednym z nich jest słowo kwadrans. Przestało się go używać, bo teraz może nie każdy ma zegarek, ale każdy ma telefon komórkowy, który wyświetla godzinę. Od przynajmniej kilku lat nikt mnie nie zapytał na ulicy o godzinę. Innym niemodnym słowem jest artysta. U południowych sąsiadów jest umelec. I do tego to żywe słowo. U nas być artystą to obciach. Być artystą i robić foty na ślubach to większy obciach niż mieć wąsy. Wąsy same w sobie są brzydkim wyrazem, a wąsy jako zarost noszone z markowymi okularami to lans. Lans jest w modzie, ale słowo samo w sobie ma znaczenie pejoratywne. Z działką jest inaczej. Być działkowcem to obciach, ale mieć działkę to lans. Robić krajobrazy to jak mieć wąsy. Robić dokument to lans. Być artystą to obciach, ale wystawa w galerii sztuki to lans. Kto w takim razie tworzy sztukę? Artysta? Nie, chyba nie, bo to obciach. To kto?

Ja robię zdjęcia działek, ale mam gdzieś działki same w sobie. Nie interesują mnie. To co mnie w nich interesuje? Krajobraz? Może. Ogrody działkowe to często całe osady. Ale nie interesują mnie w charakterze socjologicznym. To wygląda często jak małe miasto. Dosłownie. Małe domki, małe poletka, małe zakamarki, małe stawy, małe kompostowniki. Miniatury przyciągają uwagę. Mały krajobraz w pigułce. Można zrobić krok i jest zupełnie inaczej.

I tak z małych rzeczy zrobił się Trudny Krajobraz. Jest wszędzie. Tu, tu, tu, tu i tu. I może w jeszcze innej części moich obrazów. To na prawdę trudne obrazy.

POznań w biegu






Wsiadłem na Mikołajowie w pociąg, który w dwie i pół godziny przewiózł mnie do POznania, w którym chyba ostatni raz byłem w 1990 roku. I nawet dużo zapamiętałem, może z wyjątkiem pływalni miejskiej w synagodze. I taniej restauracji, która nie była tania. Z dworca odebrał mnie Michał, a zaraz po nim przyjechał Mariusz kochający Fiaty. Bardzo się poirytował (oczywiście w Mariuszowym pojęciu słowa "irytacja"), gdy się spytałem, czy po czterdziestce tak jest, że się kocha Fiaty. Chłopaki odstawili mnie do rynku, gdzie miałem w Arsenale spotkanie w temacie mojego wniknięcia w struktury ZPAF.

Po spotkaniu poszliśmy z Michałem na piwo do jakiejś fajnej wielopoziomowej knajpy, z tarasami i wąskimi klatkami schodowymi, antresolami. Zapytałem Michała, czy to takie miejsce jak wrocławski Kalambur, że tu przychodzą artyści. Powiedział, że tak, ale raczej mniej tu artystów, a więcej tych, co tak myślą. Powiedziałem, że to właśnie tak jak w Kalamburze. Albo tak jak z Pho na stadionie w Warszawie. Kupił mi piwo i piliśmy niemal w biegu, bo musiałem wracać na szybko. Zapytałem, czemu w POznaniu pijemy Tyskie, a nie Lecha, skoro Lech jest tutejszy. Michał odpowiedział: bo Tyskie jest dobre. Tak, Tyskie jest dobre. Kupiłem drugi zestaw Tyskiego, wypiliśmy i tramwajami (trzema różnymi - z wnętrza których Michał pokazywał mi ciekawe miejsca POznania) pojechaliśmy na dworzec.

Cały czas myślę o słowach Mariusza, że najłatwiej jest przejść do historii, gdy się założy wydawnictwo, które będzie wydawać w Polsce albumy o fotografii. Każde już przeszło do historii.

Foty znowu z komórki. Nie chciało mi się dźwigać co raz cięższych aparatów. Nie wiem, czy one może rosną? Czy ja maleje.