2016/07/26

Teneryfa/północ



Teneryfa, 20.05.2016 r.

Wyprowadzę się. Kiedyś. Właściwie nie będąc tam - jestem na emigracji w domu.

2016/04/21


Tak, do dupy.

2016/04/12

Oczko

Lago di Lugano. 22.03.2016

Wpisałem do Youtuba frazę "21 dni" i w zamian dostałem listę poradników, głównie jak zrzucić 20 funtów w 21 dni lub jak nauczyć się grać na gitarze w 21 dni. Albo jak stać się pięknym w 21 dni, jak w 21 dni zrobić idealny tyłek, jak się modlić w 21 dni... Nie było ani jednego filmu, jak w 21 dni zrobić nic. Albo milczeć 21 dni.

2016/03/30

Przedłużenie ściśniętego gardła


Zachwyt dość zgrabnie przeszedł w przerażenie. Przestrzeń zatykała oddech, a brak oddechu powodował zawroty głowy, a te napędzały lęk przestrzeni. Zatkane gardło do teraz.

2016/02/16

Otto




Otto Kristen urodził się w walentynki 1908 roku. Niestety ktoś odkuł portret jego żony z pomnika na cmentarzu miejscowości Branna.

2015/12/25

Koniec świata w Chwastnicy, 25.12.2015




Pierwszy raz w życiu byłem w Chwastnicy, ale w głowie ta dziwaczna nazwa kołacze się od lat. Przypomniałem sobie o jej istnieniu (wsi, nie głowy) w końcu 2012 roku, kiedy jesienią kończyłem prace nad ul. Oławską, jechałem drogą DW 346 - przy której znajduje się łącznie 5 miejscowości zawierających w swoim spektrum ulic ulicę Oławską - i zobaczyłem drogowskaz "Chwastnica 2 km".

No to trochę zajęło mi zebranie się. Zawsze było jakoś nie po drodze, a to tylko 31 minut pedałowania (pod wiatr) ode mnie. Zawsze ta wieś kojarzyła mi się z końcem świata, słyszałem o niej wiele lat temu i była najczęściej powodem moim zmartwień. Mój sąsiad, który mieszkał piętro nade mną, był ostatnim bastionem towarzyskiego ratunku, kiedy w dzieciństwie moja codzienność polegała głównie na rekonwalescencji po nawrocie choroby lub unikaniu kolejnego nawrotu poprzez niepoparte logiką zakazy robienia wszystkiego. Wtedy czasem udawało się pójść do Sąsiada i po zapukaniu w drzwi najczęściej słyszałem, że "nie ma go, pojechał do babci do Chwastnicy". Gdyby wtedy były Google Mapy, to pewnie wróciłbym do domu i nadąsany z pochmurnym czołem usiadłbym do komputera. Niestety komputer miał Sąsiad, a ja nie miałem. Miałem za to wieczna obietnicę jego zakupu.

Najgorzej było na wakacjach, kiedy moi Kuzyni prawie przez cały czas byli daleko w wojażach, a Sąsiad prawie całe wakacje był u babci w Chwastnicy, a jak wrócił, to jechał do siostry, znacznie dalej, niż do Chwastnicy.

Wieś jest tak bardzo końco-światowa, jak to możliwe. Kilkanaście budynków, dojazd do wsi z własnym wiaduktem nad autostradą. nowoczesny plac zabaw i ślepa droga. Na placu dwójka dzieci, tak na oko siedmioletnich, chórem zawołała "dzień dobry" na widok ładnie obrandowanego kolarza. Dość duża Niemka w średnim wieku prowadziła smyczy szczupłego biszkoptowego labradora, za nimi sznur wszystkich Burków i Azorów z Chwastnicy poszedł na spacer. Trochę jak za łepka na blokowisku, kiedy do któregoś z sąsiadów przyjechała rodzina z "bogatszymi rejestracjami", to oczy całego naszego świata były zwrócone na ich szybkie beemwu i mecedesy w automacie. Skinęła mi głową przywołując jednocześnie psa "komm, komm!", ale bez agresji. 

- Guten Tag!
- Guten Tag!

Dwudziestego piątego grudnia, na końcu świata w Chwastnicy usłyszałem powitanie od dwójki dzieci i Niemki.




2015/12/23

Koniec świata w Kunach, 23.12.2015




dwa, góra trzy kilometry od południowego kręgosłupa cywilizacyjnego tego kraju w obecnych granicach wyznaczonego przez autostradę A4. kilometr przez pole do drogi wojewódzkiej 395 łączącej nijakie miasta: Oławę i Strzelin. próbując doświadczyć dolnośląskości chyba najlepiej jest wejść w dolnośląskie końce świata. albo końce świata w ogóle. może nawet lepiej nazwać to ślepymi odnogami świata (żeby nie użyć ślepej kiszki). mieszkałem w takim jednym końcu świata blisko dwa lata. kiedyś. to doświadczenie tak inne od wszystkiego innego, że całość spektrum normalnego miejsca podniesiona do kwadratu nie przeważy inności dowolnego "końca świata". wystarczy, żeby droga miała przedłużenie, żeby wpadała do kolejnej wsi, żeby jej charakter był inny. odległość nie ma znaczenia. może być pół kilometra, może być sześć kilometrów. ślepa droga z jednej strony zabija, z drugiej konserwuje.

no to tak się wraca do korzeni.

a muzycznie jest dziwnie: Harmonia - Watussi

2015/11/19



Mógłbym być tam taksówkarzem.

2015/07/20

live view


zamienię live view na view of life

2015/07/16

List do miasta.




Szanowne Zakopane. Załamałeś mnie.

Każdego człowieka w tym kraju uczą od podstawówki, że trzeba zobaczyć polski Bałtyk, piastowski Wrocław i zrobić sobie zdjęcie z misiem na Gubałówce. Bałtyk mam odhaczony w Łebie (niem. Leba) i kilku innych miejscowościach z piękną, poniemiecką zabudową. Piastowski Wrocław mijam często od Małej Toskanii lub Piastowskiego Mędłowa. Ale Ty, Zakopane, TY! Nie było mnie tu 30 lat, pamiętam tylko czyste, schludne miasto obserwowane z kawiarni na dachu budynku poniżej. Poznałem go tylko po widoku z niego, bo szczelnie owinięty szmatą i antenami na dachu ni cholery nie przypomina tego samego z czasu, gdy miałem 6 lat i zazdrościłem bratu, że on pije zimną pepsi, a ja ciepły kompot. 

Niczym nie różnisz się od najgorszych miejsc polskiego wybrzeża - ulice zalane syfem - nie, nie taki, że klei się do podeszw butów. Takim syfem, od którego bolą oczy, krwawią uszy. Jak to możliwe, że mając tak szalenie piękną architekturę, tak genialne położenie, tak znakomite postacie związane z historią, śmierdzi tu tylko przepalonym olejem? Nawet w Ustce nie widziałem takiej ilości banerów, chyba jest tu zagłębie. Nigdzie nie widziałem tak wielkiego braku kontroli nad przestrzenią. Dobra, 90% ludzi to nie przeszkadza, ale - do cholery jasnej - to oni mają uczyć Ciebie? Czy to Ty masz im dać, pokazać, jak wygląda kurort? Weź się rusz trochę, zobacz jak wygląda zwykłe miasteczko - choćby Bad Schandau. Żadne tam wodotryski z Alp, wystarczy małe ciche miasto, na Łabą. Nawet z gorszą architekturą. 

Kurwa, Zakopane, weź się w garść. Masz warunki jak top modelka, a nosisz się w ciuchach ukradzionych z kubła pod lumpeksem na zgrabnych, lecz zarośniętych nogach.




I weź się trochę ogarnij na ulicach, żeby było trochę więcej rękodzieła Stąd, a nie z Chin. Tak, to nie wstyd, ale może lepiej. I może sprawdź, ile misiów na Krupówkach płaci podatek od każdej dychy za samojebkę z dzieckiem, to nie będzie chamskich uwag i psucia wizerunku. Nie wierzę, że nie masz wolnego etatu, by ktoś mógł zapanować na Twoim wyglądem, a jeśli masz już ten etat zajęty, to weź go zrewiduj, bo może ktoś wychodzi non stop na papieros i na kebab, zamiast działać.

2015/06/11

Kozubnik


Miała być ruina, a zastałem plac (od)budowy.

2015/05/25

Never let me down


We-re flaying high
We're watching the world pass us by


2015/05/19

Miłoszyce/Fünfteichen



Miłoszyce, do 1945 roku Fünfteichen, 1.05.2015 r.

2015/04/13

Kocham góry z daleka

Śnieżnik 83,3 km ode mnie, Gromnik 25,7 km ode mnie  

Biskupia Kopa 74,8 km ode mnie.

Pradziad 92,9 km ode mnie. 

Keprnik 83,6 km ode mnie, Serak 82 km ode mnie. 

Wielka Sowa 59,2 km ode mnie. 

Wszystko daleko ode mnie.

Rogalice/Rogelwitz

Rogalice, do 1945 Rogelwitz, 05.04.2015 r.

Ciekawostką jest spis powszechny z 1905 roku, podczas którego notowano wyznanie i język ojczysty. Na 311 mieszkańców było 5 katolików, reszta to ewangelicy. Prawie wszyscy mieszkańcy byli dwujęzyczni (tj. ich językiem ojczystym był polski i niemiecki) a trzy osoby mówiły tylko po polsku. Był to wówczas ewenement zarówno w powiecie, jak i na całym Dolnym Śląsku.

2015/04/07

Ligota Książęca


 Ligota Książęca, do 1945 Fürsten-Ellguth, 5.04.2015 r.

Mijałem to miejsce wiele razy, bo leży na mojej ulubionej trasie niedzielnych wyjazdów na szosę, jednak jakoś wcześniej nie zauważyłem wyjątkowego detalu przydrożnej kapliczki. Niedziela była fotograficznie bardzo owocna. Powróciły po długich latach przerwy głupie pytania "co pan robi tym aparatem", albo "jak pan zrobi zdjęcie to dzwonię na Policję". Super, już teraz wiem, czego mi tak bardzo brakowało - tego dreszczyku niepewności, czy tym razem dostanę wpierdol, czy może następnym. Czy znowu ktoś wyjdzie i będzie chciał mi wydrapać oczy bo fotografuję przydrożny słup, a to przecież relikwia i punkt strategiczny, bo energetyka i przecież całą wieś w prąd zaopatruje. Trochę demonizuję, bo takie sytuacje trafiają się niezwykle rzadko. Częściej są głupie komentarze - jak pracowałem Toyo 4x5, to najczęściej o tym, jaki to zabytek (choć był całkiem nowy i z kompletnie nowym obiektywem), a ja to taki niegroźny świr pewnie, jak ci, co starymi motocyklami robią rundy wokół bloku. 

Także tak. Dziękuję panu, co do mnie spocony przez okno nastawni generował krzyk, schowany za zazdrostką. Dziękuję, że przypomniał mi, przeciwko czemu robię ten cykl.

2015/04/03

Mikolin/Nikoline

Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Mikolinie, Mikolin, do 1945 r. Nikoline, 3.4.2015 r.

Wokół pomnika i faktów które upamiętnia przez lata narosło wiele kontrowersji, przede wszystkim co do liczby żołnierzy poległych podczas forsowania Odry. Oficjalna propaganda przez cale dziesięciolecia epatowała wszystkich przerażającą liczbą 40 000 żołnierzy którzy mieli w tym miejscu stracić życie. Liczbę tę powtarzano w wielu publikacjach i przewodnikach. Fakty i chłodna logika mówią jednak co innego. Radziecki historyk B.C. Urłanis w swojej książce "Wojny a zaludnienie Europy" podaje przelicznik zabitych i rannych, wynoszący podczas działań frontowych minimum 1:3. To znaczy, że gdyby w okolicach Mikolina faktycznie poległo 40 000 żołnierzy, to przynajmniej trzy razy tyle musiałoby zostać rannych. Straty Armii Czerwonej wyniosłyby w tym miejscu co najmniej 160 000 ludzi. Dla porównania największa bitwa na ziemiach polskich – 6 miesięcy walk na Wale Pomorskim kosztowała życie "tylko" 32 000 żołnierzy.
W okolicach Skorogoszczy poległo 325 żołnierzy radzieckich, których pochowano na cmentarzu w Skorogoszczy, skąd 12 i 13 sierpnia 1953 r. prochy ich ekshumowano i przeniesiono do Kluczborka na radziecki cmentarz wojenny. (Wikipedia)
Byłem tu już kilka razy. Dzisiaj z Hasselbladem i Distagonem 50mm, więc w końcu jak należy, do tego światło dość "akuratne". W przyszłym tygodniu pierwsza porcja poleci do wywołania i zobaczę, co dalej. Zbieram dość spore ilości wszelkiej maści materiałów, synapsy wariują próbując połączyć w całość elementy układanki, w której mam kilka poważnych dziur. Po pierwsze nie wiem, ile jest elementów, nie mam obrazka na wzór, nie mam nawet takich płaskich puzzli, od których zawsze zaczynam zabawę. 

2015/03/30

Stan rozkładu



Ultraegzotyka. Wczoraj w drodze do Sulistrowiczek (przed którymi fotografowałem pewną uroczą remizę w Księginicach Małych, musiałem pojechać objazdem, bo blisko rok remontu skrzyżowania na DK 8 w Jordanowie Śląskim to jak widać za mało na przebudowę prostego skrzyżowania) musiałem pojechać objazdem i trafiłem na drogę wąską na pół osobowego auta, ale za to poczułem się trochę jak na safari. W ogóle zrobiłem wczoraj kilka ważnych dla mnie zdjęć. Głównie stan rozkładu. 

2015/03/26

Elewator, Młyn Jaczkowice, do 1945 Jaetzdorf. 22.03.2015 r.

Jestem w moim ulubionym punkcie, kiedy wiem, że zaczynam pracę nad cyklem, a jednocześnie jeszcze nie wiem, jaki on będzie. O ile ul. Oławskie były dość przewidywalne, to tu będzie nieco inaczej. Tytuł roboczy pozostaje - "Sztuczne kwiaty", tytuł ładny wleciał mi do głowy, kiedy zasypiałem, ale niestety w nocy dzieci dały mi popis, więc ów tytuł wyleciał w kosmos. Może mnie znowu odwiedzi. Tymczasem forma - cały cykl będzie składać się z rozdziałów, myślę o publikacji książkowej. Kurier zaraz przywiezie Hassela, lodówka już przemeblowana, Portra 160 zajęła każde możliwe miejsce. Śmieszne - dwa miesiące temu sprzedałem światłomierz. To tak samo jak z zaklinaniem deszczu - będzie padać zawsze dzień po tym, jak umyję auto. 

2015/02/25

2015/02/19

Samotność Voyagera

Niemal półroczna przerwa w aktywności na blogu. Bo nie był potrzebny. Zawsze traktowałem go trochę jako pamiętnik, a trochę jako narzędzie do wysyłania w świat butelek z zaszyfrowaną wiadomością, w Przestrzeń, żeby trafiła do Kogoś, Kto może myśleć jak ja, czuć, oddychać i mieć te same poczucie/odczucie Przestrzeni. Taka złota płyta z pokładu sondy Voyager. 


Dawno straciłem nadzieję, że jest gdzieś na świecie jakaś moja Ksero-Odbitka (bo celowo nie "ksero-kopia", bo kto komu miałby być oryginałem). Żyłem więc przekonaniem, że chociaż fragmentarycznie uda się czasem nawiązać Kontakt. Trochę jak szukanie w kosmosie Kosmitów i finalnie - jakiś mądry człowiek - powiedziałby, że "nie ma na świecie Kosmitów, jesteśmy tylko my, sami w Kosmosie". Ponieważ człowiek byłby to mądry o uznanym autorytecie, więc wszyscy by w to uwierzyli. Ludzie przestają już czekać, bo "autorytet" powiedział. I właśnie wtedy ląduje pojazd z Kosmitami...

2014/10/02

dziesiąta rocznica prawie ślubu


2 października 2004 - prawie odbył się mój ślub z moją żoną. Był układany od roku, bo ponoć była jakiś wyż demograficzny i wszelkie imprezy dla więcej niż 20 osób trzeba było organizować milion lat wcześniej. Niestety dzień wcześniej w niemal identycznym składzie zaproszonej na ślub rodziny spotkaliśmy się na cmentarzu i ślub trzeba było przestawić na późniejszy czas. Stąd mamy na obrączkach dwie daty.

2014/09/26

dekada


To pewnie szczyt bufonady, kiedy cytuje się samego siebie, jednak z perspektywy czasu lubię "czytać się sam". To daje mi możliwość na zauważenie zmian - jakby oglądać się z lustrze nie kilka razy dziennie, ale na przykład co dwa lata, choć pewnie niektóre zmiany mogły by umknąć, więc może to chybione porównanie. 

Obie fotografie zrobiłem w 1995 roku. Obie miały być pamiątkami. Jedna miała wprost stać się pożegnaniem z moim śmiertelnie chorym psem, druga miała być na chwilę pochwałą życia, a stała się pożegnalną, tyle że potrzebowała do tego dziesięciu lat. Wtedy wydawało mi się, że czas jest z gumy i można go naciągnąć. Teraz wiem, że czas nie ma absolutnie znaczenia. Podobnie jak oswajanie odchodzenia. Odchodzenie jest nieoswajalne. Dwie fotografie, trzy istoty. Po lewej Luśka, rudy mieszaniec terriera walijskiego z foxterrierem. Kupiona zarównowartość wypłaty nauczyciela w 1988 roku na nie istniejącym już targowisku na Krakowskiej we Wrocławiu. Pierwszy i ostatni raz w życiu płakałem, że chcę, aby coś mi kupiono. Brat musiał odłożyć zakup katany (śmieszny teraz wyraz) i dżinsów, żebym mógł kupić biednego, schorowanego rudego szczeniaka. Drugie zdjęcie zrobiłem na wakacjach w Turawie (las obok Rzędowa). To moja mama - nauczycielka (stąd znam wysokość wypłat nauczycieli w 1988 roku) i Puma, czarna mieszanka Luśki i Kerry Blue Terriera, i miała same cechy tego ostatniego.

Potrafię sobie w głowie idealnie przypomnieć światło, zapach, emocje - wszystko co towarzyszyło każdej z tych fotografii. Gdyby wtedy istniał blog, pewnie bym je nań wrzucił. Ale nie było. Była ciemnia w szkole średniej, przez którą z wzorowego ucznia stałem się kompletnie przeciętnym. Ale za to miałem ciemnię, bo byłem jednoosobowym kółkiem fotograficznym. Przez powolność i mniejszą ilość obrazu ładowałem więcej siły, ważnych emocji w sam jeden fotogram. Teraz zauważyłem, że ilość spowodowała tylko wymycie owych ważnych cech. Może to jest ostatnia prawdziwa cecha fotografii srebrowej w kontrze do nowego medium? Może to ma znaczenie, jeszcze po-za-estetyczne znaczenie. Może czas pokaże. Tylko co czas ma pokazać, skoro on przecież nie ma znaczenia. Ani nie uczynił mnie mądrzejszym, jak to sobie wyobrażałem, ani nie leczy ran, jak mi wmawiano.


To jakaś magia. W czasie przeprowadzki można znaleźć dużo rzeczy, które niby są w głowie, niby na co dzień o nich wiem, ale czasem zaworki odkręcają się mocniej.


Oryginalnie wpis znajduje się na - co śmieszne - zanikającym blogu alternatywnym. W 2009 roku chciałem uśmiercić obrazowyteroryzm, a skupić się na czymś innym, ale zarzuciłem to.

Te dwa zdjęcia dzisiaj mają znaczenie szczególne. Jutro mija dekada od śmieci mojej mamy. To naprawdę dużo czasu biorąc statystyczną długość życia człowieka. Często myślę, ile jeszcze w mojej absolutnej pamięci jest mojej Mamy. Na ile pamiętam Ją zdrową, zanim białaczka zaczęła powoli wysysać z Niej życie. Myślę też ile błędów zrobiłem wtedy, gdy umarła i czy wszystko co się wtedy działo nie było jakimś wariactwem dwudziestopięciolatka nafaszerowanego benzodiazepinami. Ile w tym wszystkim jeszcze było mnie, a ile leków i lęków. Po dziesięciu latach od Jej śmierci, po 5 latach od wyjścia z depresji trwającej na dobre od 7 roku życia wiem tylko tyle, że przestało mi zależeć na odpowiedziach - absolutnej wiedzy. Mania liczenia i strachu przed własną śmiercią - obłęd - wszystko mam za sobą. Jakoś we wczesnym wieku nastoletnim w około turawskim lesie stałem ubrany we wrzosowy, kreszowy dres i pozowałem do zdjęcia prezentując w dłoniach dwa gigantyczne podgrzybki. Moja Mama miała obsesję - musiała nas uwieczniać (mnie i mojego Brata), a ja wtedy udawałem, że dobrze się bawię i że wakacje. A w głowie myślałem tylko o tym, jak to będzie kiedyś, kiedy ona umrze. Normalne, jak się ma naście lat i depresję. Nauczyłem się z tym żyć i doskonale maskować. Nawet Ona nie wiedziała, że byłem blisko tragedii, choć najgorsze przyszło po 2004 roku. 

Ja nauczyłem się żyć mimo wszystko, udało się wyjść z doła i pewnie by mnie teraz nie poznała (metaforycznie). Mam lubiła mieć wpływ na moje życie. Nie taki fest, ale czuła się dobrze, kiedy mogła czymś pokierować. Jej śmierć zmieniła moje życie bardziej i chyba nadała mu ostateczny kształt, przynajmniej na tę chwilę tak to widzę. Niezłe - możesz mieć na kogoś wpływ za życia, ale po śmierci - bardziej. 

Niemniej bardzo mi jej brakuje.

2014/09/12

Sztuczne kwiaty. Stabilizacja.

Doszedłem do momentu, w którym określiłem "ramy" mojego nowego cyklu. Nie jest on nowy w kategorii wymyślenia, bo będzie zawierać foty już wykonane i kolejne w kolejnych latach, a do tego porusza się po obszarze, który już poniekąd znam z moich poprzednich realizacji. A teraz będzie tylko o tym, bez szerokich zakoli - prosto w twarz. 

Sztuczne kwiaty już się dzieje i mam pozbierane wiele miejsc, ale nie do końca pozbierałem jeszcze formę, więc ona zapewne wyjdzie w trakcie pracy. To cykl o mojej najbliższej okolicy, o historycznych wypaczeniach i o ludzkiej niewiedzy prowadzącej do upośledzenia poznania. 

Pewnym katalizatorem prowadzącym do zbudowania założeń do cyklu stała się publikacja z 1961 roku - "Między Odrą i Nysą", z fotografiami powojennego, wrocławskiego reportera Adama Czelnego. To trochę taka odpowiedź na "Dresden - eine Kamera klagt an" Richarda Petera. 

Ale w albumie poświęconym Dolmenu Śląskowi jest słowo wstępne zapożyczone z przemówienie Władysława Gomułki, które miało miejsce w Halu Ludowej (obecnie Hali Stulecia) we Wrocławiu 7 maja 1960 roku:

  "W rezultacie klęski wojennej Niemiec powróciły te ziemie do swej Macierzy - do Polski. Powróciła Polska na swą piastowską ojcowiznę, powróciła do swych starych grodów Wrocławia, Opola, Szczecina, Olsztyna, objęła na zawsze w posiadanie swoje prastare posiadłości po Odrę, Nysę Łużycką i nad Bałtykiem...
  Młoda, dopiero co zrodzona Polska Ludowa, przeciwko której wystąpiły wszystkie wsteczne siły, borykała się z tysiącem trudności, kiedy przed 15 laty obejmowała w posiadanie Ziemie Zachodnie i Północne. 
  Cośmy wówczas zastali na tych ziemiach?
  Zastaliśmy podobne zgliszcza i popioły, jak na pozostałych obszarach Polski. Straty w budynkach mieszkalnych miast wynosiły 1,5 miliona izb, czyli 45 proc. stanu przedwojennego. Wszystkie większe miasta, jak Wrocław, Szczecin, Kołobrzeg, Legnica, Elbląg, Głogów, zostały zniszczone w 50-95 proc. Zniszczenia na wsi dotknęły 30 proc. zagród. Ogólny potencjał przemysłowy został zredukowany wskutek zniszczeń wojennych do 40 proc. stanu przedwojennego...
  Niemieccy rewizjoniści wylali morze atramentu, szerząc fałsze, jakoby ziemie te podupadły pod polskim panowaniem. Fakty są wręcz przeciwstawne. Naród polski zdał chlubnie swój egzamin. Ogromnym nakładem sil i środków materialnych zaludnił, zagospodarował i rozwinął te ziemie. 15-letni bilans naszego dorobku jest naprawdę wielki, żeby nie powiedzieć wspaniały...
  Ziemie zachodnie i Północne tworzą dziś jeden zwarty, zrośnięty organizm gospodarczy, kulturalny, społeczny i państwowy Polski."

Między Nysą i Odrą, Adam Czelny, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1961.

Także podejmuję próbę zbadania, ile z tego wszystkiego, z tego "zrośniętego organizmu gospodarczego, kulturalnego i społecznego" zostało do dzisiaj i jak to się miało do kontekstu historycznego. Wiele osób tutaj była przez lata niedouczona na poziomie elementarnym, co tu tak naprawdę było. Na lekcji historii nigdy żaden nauczyciel nie powiedział słowa o tym, że na froncie szkoły tej czy tamtej była mozaika pokazująca grenadierów, a obniżone okna tworzyły miejsce dla "wrony" ze swastyką. Nawet wczoraj lokalne media pisały o jednym z rewitalizowanych miejsc jako "poradzieckich koszarach", podczas gdy to były koszary pruskie. 

Pożyjemy, zobaczymy. Cykl jest o tyle fajny, że nie widzę wyraźnego końca. Będzię można pracować dożywotnio.


Pokój mojej babci, która zmarła kilka dni wcześniej w szpitalu w wieku 90 lat. Pochodziła z obszarów obecnej Ukrainy, wojnę przepracowała w podziemnej fabryce w Ulm, a po wojnie osiedlila się w Oławie (Ohlau). Pod jej mieszkaniem znajdował się zakład pogrzebowy, w którym pracowała do emerytury. Oława, plac Starozamkowy, grudzień 2011.

Nie wiem jeszcze jak rozwiążę kwestię technologiczną, bo materiały jest zbyt wiele, by ładować się w kosztowne 4x5 cala, z drugiej strony potrzebuję dużo detali. Myślałem o cyfrze, jednak to nie ta jakość i plastyka, która mnie interesuje, przynajmniej w wydaniu pełnoklatkowych Nikonów czy Canonów. Sytuacja wygląda lepiej ze średnioformatowymi aparatmi, ale tu dość duży wydatek jednorazowy nie pozawala nawet o tym myśleć w tej chwili. Poza tym jestem słaby w archiwizacji plików i wolę negatywy. Choć mając Pnetaxa 645D to pewnie "jakoś by to było". 


Fototapeta z reprodukcją pocztówki zachodniej pierzei rynku w Ohlau (Oława) znajdująca się w kultowym lokalu z tostami na olawskim runky. Oława, Rynek, luty 2012.

2014/09/05

fin



Po 9 latach definitywny koniec studiowania pod wszelką postacią. Po 9 na jednej uczelni. Zawsze mnie bardzo cieszyły pełne żalu pytania "a kiedy ty to skończysz" zadawane przez ludzi, którzy chyba nigdy w życiu nie robili tego, co lubili, ale to, co wykalkulowali. ITF to nie tylko instytucja, ale pewna swatka, która tak sprawnie połączyła wiele losów, że ciężko mi sobie wyobrazić teraz kolejne lata z pewnym "rozcieńczeniem" relacji zbudowanych przez te wszystkie lata z przyjaciółmi, z którymi kraść konie to jakiś niedorzeczny eufemizm. Wczoraj było już w ogóle jak na terapii, gdy radość mieszała się ze smutkiem, takim zwykłym ludzkim wzruszeniem zamknięcia etapu. Dość długiego etapu. W tym czasie (mniej więcej czas trwania tego bloga) udało mi się stać facetem w średnim wieku, który "w tym czasie" wygrał ciężką i nierówną walkę z depresją męczącą mnie od siódmego roku życia, udało mi się zrobić dwa bardzo ważne dla mnie cykle fotograficzne, spłodzić dwóch synów i jeszcze w tym wszystkim zostać kolarzem amatorem. Zdążyły mi odrosnąć włosy i zrzucić 17 kg zbędnego ciała. Udało się śmiać i płakać z ludźmi, z którymi wzajemnej przyjaźni sam sobie zazdroszczę. Udało się też przejechać setki kilometrów, złazić godziny na spacerach po górach i wypalić zyliony papierosów i bez problemu udało się to rzucić w cholerę (no nie udało się powstrzymać przed obroną, ale wszystko w końcu jest dla ludzi). Tak właśnie było.

Gdy wracałem w nocy do domu i myślałem sobie co napiszę, to ilość patosu chyba ściągnęła meteor, bo jeden na chwilę rozświetlił niebo nad Grodkowem, więc sobie odpuściłem.

Na zdjęciach poniżej nie ma kilku osób z "silnej grupy", bo się obroniły w czerwcu, ale są na blogu. I wiedzą, że to o nich.

Jestem strasznym farciarzem, że trafiłem na Was w moim życiu.

















aktywności

kto

Wojtek Sienkiewicz
Fotograf ze wsi

• Flikr
Vimeo
Powered by Blogger.