2011/10/26

dzień pół wolny

Od kilku dni prawdziwy maraton, dzisiaj lekki przystanek. Tuż po południu nie mogłem dłużej wytrzymać i - pomimo lekkiego deszczu i silnego wiatru - wsiadłem na rower. Mała trasa, jakieś 12 km, tylko pola i gruntowe drogi. Ale głównie błoto. Zawsze miałem manię, że musiałem przejechać każdą drogą w okolicy, ale to, co między drogami - jakoś mniej mnie interesowało. Teraz głównie interesuje mnie to, co pomiędzy. Ale nie dlatego, że coś się zmieniło - po prostu asfaltowe drogi znam już bardzo dobrze. I trochę się ich boję.



Koło wsi Niwnik, przy wylocie gruntową drogą na Osiek, znajduje się taka kapliczka, nie udało mi się dostrzec daty ani podpisu wykonawcy. Raczej po-niemiecka. Miałem buty spd, a one nie nadają się najlepiej na łażenie po błocie, więc też jakoś super się nie przyglądałem.



Krzywy krzyż na tej samej drodze, już po drugiej stronie rzeki. Aż dziw, że nie było tu śladów opon, piękna okolica, świetna ścieżka. Błoto, koleiny - jedzie się ciężko, ale jest zabawa.



O taka zabawa. To fragment, gdzie dało się zatrzymać bez wklejania w błoto.



A to są "świetnie oczyszczające się opony Kenda Karma". Tak były opisane. Niestety moim zdaniem te opony nie zdają egzaminu. Mają jedną super zaletę - są tanie i bardzo lekkie, co czuje się napędzając rower. Krawędziowanie nie istnieje, oczyszczanie też nie, a na szuter - no tu jakoś idzie, ale bez szału. Jednak nie ma ucieczki od Racing Ralph od Schwalbe albo Saguaro od Geax (jeździłem na obu, jest przepaść jakościowa, jak i cenowa).



I jeszcze jeden krzyż. Tuż pod Osiekiem.


Na sam koniec dnia kompletnie przypdkowo znalazlem się w szkole, którą skończyłem ponad 13 lat temu. Niezwykła ilość wspomnień. Każda, wtedy nieistotna pierdoła - teraz rośnie na gigantyczne wspomnienie. Wszystko jest cenne.

W sobotę w w ramach TIFF było spotkanie z Kubą Dąbrowskim. Nie podlinkuję, bo zakładam, że każdy wie kto to jest, a przynajmniej umie znaleźć w google. Właśnie tam było trochę o wspomnieniach i o ich istocie. Nawet udało mi się powiedzieć kilka słów. Ponoć trafnych. W każdym razie dziwił mnie fakt, że na sali nie było nikogo z tzw ekipy wernisażowej, a młodzi fotografowie od "SZTUKI" przez duże SZ wychodzili, zanim się skończyło. Nie było nikogo z ekipy dolnośląskiego ZPAFu, ale to tłumaczy jakość dorocznych wystaw. Nie można było zrzucić tego na niewiedzę, czy niedoinformowanie. Dlaczego nie było wykładowców wrocławskich szkół, z wyjątkiem kilku? Jest ich teraz masa. Dlaczego nie było ludzi, którzy uważają się za ważnych w lokalnym życiu kulturalnym i oświatowym? To smutne, że nie pokazali się. Czy to strach, czy ignorancja?

2011/10/23

Jakubowice - znowu



Ze Zbyszkiem dzisiaj ponownie odwiedziliśmy Jakubowice. Sens tych fot jest prosty, fotografujemy przestrzenie starych, poniemieckich terenów pałacowych z uwzględnieniem ich oryginalnego przeznaczenia. Tu akurat było jasne, żeby stojąc przed głównym wejściem do pałacu mieć widok na długi, około 500 m staw (ale wąski) z szerszymi miejscami (być może dla fontanny lub kosza z grzybieniami) i zwieńczony na końcu wysoką na około 10 metrów kolumną, która na szczycie nosiła jakąś rzeźbę, pomnik lub cokolwiek, co było dość cene, by to ukraść (no było niczyje, więc moje), albo co ktoś mógł wysadzić w powietrze (może czerwonoarmiści), którzy czasami sobie urządzali takie strzelania dla zabawy.

Myślę, że wyjdzie z tego coś dobrego. Myślę, że odpowie to na kilka pytań o dziury w lokalnej historii, albo zada kilka pytań, o których do tej pory nikt nie myślał.

To zdjęcie wypatrzył jakoś na końcu sierpnia 2010 Kuba Ceran, więc kradnę mu ten pomysł. Ale w słusznej sprawie. Wiem, że nie będzie mi mieć tego za złe.

2011/10/22

Jakubowice. Pałac.







chyba początek nowej rzeczy, albo właściwie naturalna kontynuacja obecnej.

2011/10/20

wszystkie barwy świata





Cały dzień na tyłku, w zacienionym pomieszczeniu wysylone oczy łapały detale pierdół, żeby bylo wszystko ładne. Rozrywka przed zachodem słońca - wyrwałem się na rower, 19 km. Błoto, pagórki, błoto, las, błoto, błoto, błoto... Od dawna nie widziałem tylu barw w jednej chwili, totalne wariactwo. Deszcz, wiatr, liście, chmury wszystkich gatunków, tęcze, śnieg, słońce. Wszystko. Wreszcie jesień.

2011/10/17

normalnie chce się wyć



Dzisiaj wjechałem sobie na małą górkę za domem. Niebawem staną tam wiatraki. Taka górka bez nazwy, wzgórze jakieś tam. Mało kto wie, że tam jest. Widoki z niej doskonałe. Oczywiście też mało kto o nich wie, bo nikomu nie chce się uruchomić wyobraźni. Widać stąd Brzeg (jakieś 17 km), Wrocław (jakieś 30 km), oczywiście SkyTower i elektrownie Czechnica, a nawet most Rędziński. Na południe zaś - jak na załączonym zdjęciu - Wzgórza Strzelińskie (bliżej, p oprawej stronie na horyzoncie około 25 km) i Jesionki (Jeseniki) w centrum (jakieś 70 km) Na lewo od Wzgórz Strzelińskich są (nie na tej focie) dobrze widoczne Góry Sowie i Ślęża (około 40 km). W nocy doskonale widać światła masztu przekaźnika radiowego na szczycie Ślęży.

A przy okazji kopania po sieci za historią ziemi, po której się poruszam i - czego nie ukrywam - nie jest niestety moja, dokopałem się na googlu do mapy, na serwerze, którego nie mogę rozpoznać. Ściągnąłem ją i udostępniam tylko po to, by zwrócić uwagę na ważną rzecz. Pierwsze to to, że rzeka płynąca przez Oławę to Ohle, a miasto - Ohlau. Teraz obie nazwy są identyczne. Wzgórze, na które dzisiaj wjechałem rekreacyjnie ma nawę, podobnie jak kilka innych w promieniu 200 metrów. Aktualnie jedne tory kolejowe prowadzą z południowego wschodu (Opola) na połnocny zachód (Wrocław), a na mapie jest ich masa. Pomijając to, że ostatnia z bocznic, która prowadziła obok mojego rodzinnego domu, została rozebrana, ale spinała stację przeładunkową z zakładami napraw taboru kolejowego i portem rzecznym (elewator na ul. Portowej), a inna bocznica spinała południową stronę miasta, m. in. elewator w mojej aktualnej miejscowości - Jätzdorf i dalej. Znam te wszystkie stacje przeładunkowe, rampy, których istnienia można się tylko domyślać i to pod warunkiem posiadania wyjątkowo bujnej wyobraźni. Teraz wszystko zniknęło. Nawet na mapie widać, że repatrianci i ich potomkowie mieli to gdzieś. Walory turystyczne tej ziemi jakoś doceniali mieszkający tu Niemcy, jeszcze niecałą setkę lat temu. Teraz, gdy ceny paliw osiągają jakieś progi, których nikt nie spodziewał się dekadę temu, kolej była by zbawieniem, wobec zamykanych szkół, konsolidacji pracy w dużych ośrodkach i przejmowaniu rolnictwa przez duże koncerny. Mógłbym wyjść z domu z rowerem, wsiąść w pociąg, dojechać pewnie w ciągu 30 minut do Strzelina i poczuć się już w niemal górach, a w porze podwieczorku wsiąść w pociąg i dojechać do domu i spędzić leniwie resztę dnia. Dudnienie tirów wiozących po 30 ton masy z częstotliwością 3 na minutę zastąpiłby jeden pociąg co godzinę lub dwie, wiozący ich dobowy transport. Nie bałbym sie kupić szosowego roweru w nadziei, że nikt autem za 2000 zł i z 200 KM mocy nie rozsmaruje mnie po barierce. Życie stracę na tym, bo o tym myśleć, bo duch tego regionu wyjechał stąd. A jego miejsce zastąpiło kompletne zaniedbanie. Prości ludzie, którzy zasiedlili dwory, traktując ich pokoje jako mieszkania dla jednej rodziny, pałace jako biura rolniczych spółdzielni. Wszystko wspólne, ale niczyje. Był tu raj na ziemii.

2011/10/16

niedziela. 83 kg.















Dzisiaj ważę już 7kg mniej, niż w dniu, gdy padł rekord mojej wagi (jakoś w sierpniu). Idzie w dobrym kierunku. Do tego pierwszy raz od dawna ze zwykłego przeziębienia wyszedłem bez antybiotyków. Ponoć to dlatego, że mam dużo ruchu i nie palę. Dwa tygodnie temu prażyłem się na słońcu podczas wjazdu na Mrawenecznik, a dzisiaj już jazda w zimowych gaciach na szelkach, neopreny, długie rękawice itp. Ale było przyjemnie. Kilka przejazdów lasem, na azymut, bez ścieżki. Kilka przperaw przez runo przeryte przez dziki. Stawy, starorzecza itp.

Na koniec trasy pożar w mieście. Gazeta.pl napisała, że płonie centrum handlowe. Zgadza się to o tyle, że w tym kraju nie ma już zakładów fryzjerskich, są tylko atelier, albo studio, albo pracownia, albo laboratorium... w tym kontekście zbiór trzech średnich sklepów detalicznych można nazwać centrum handlowym. Media robią cyrki, żeby zyskać na dużej ilości kliknięć.

Brednie z sieci:

http://wiadomosci.onet.pl/regionalne/wroclaw/pozar-centrum-handlowego-na-dolnym-slasku,1,4882008,region-wiadomosc.html

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,10479246,Pozar_centrum_handlowo_uslugowego_w_Olawie_ugaszony.html

2011/10/13

a jednak się da

Źródło: fotopolis.pl

No i okazało się, że Polak może. W idealnym momencie zbiegła się niedawna dyskusja o jakości wydawnictwa w kontekście istotności fotografa, jaka miała miejsce na blogu Wojtka Wilczyka czy (ostrzej) Joanny Turek. Znając pomysłowość poprzednich publikacji projektowanych przez Anię Nałęcką - chyba dwie widziałem, jedną mam - IS (not), można oczekiwać ciekawej książki, która swoją formą nie weźmie góry nad zawartością, a stworzy dobry nastrój, w którym oglądając fotografie, można płynąć przed kolejne strony, a książka nie będzie w tym przeszkadzać. Choć nie jestem fanem takiego sposobu oglądania [link] - to i tak chcę to mieć. Tylko muszę czekać na przelewy, bo książka nie jest tania: 100 Eur + wysyłka. Ale to tylko powoduje, że bardziej ją chcę.

Panie Krzysztofie, da się?

Dodane dzień poźniej, po odpowiedzi p. Krzysztofa, że się nie da. Otóż uwierzyłbym na słowo, gdybym nic nie miał wspólnego z drukiem, ale mam więcej, niż bym chciał. Oczywiście nie tej jakości drukiem, jaki proponuje znana i lubiana firma od druku z Wrześni, ale taki sporadycznie, jednak tu mniej koszty, a więcej sprawny zespół i kontrola (adekwatna do wymagań zamawiającego). Niemniej da się zejść z ceną takiej produkcji do kwoty znacznie niższej (kilkukrotnie) przez takie zabiegi, jak np zwiększenie nakładu, uproszczenie prac po druku (introligatornia) i odejście od celowego, niskiego nakładu, który celowo ogranicza dostęp do publikacji (co akurat wydaje mi się fajne, ale nie przy padku toczącej się dyskusji od kilku dni po różnych blogach). Do tego dochodzi zapewne papier, na którym też można dużo ugrać (nie wiem, jaki jest w powyższej publikacji, bo nie miałem jej w rękach). Chodzi o to, że można spokojnie wyprodukować duży objętościowo album, z tekstami i setką, może więcej reprodukcji. I zmieścić się poniżej 100 zł za egz. w detalu. To ma też jedną wadę - znacząco wpływa na zbywalność tego produktu. Ale temu, komu zależy - cena nie będzie przeszkadzać. Pozostają jeszcze gólne wypadkowe, tj wymagania twórcy/redaktora/projektanta - wobec kalkulacji druku. Ale to wszystko jest do zrobienia. Pozostaje "tylko" kwestia pozyskania na to kasy. I żal tutaj jest taki, że bez szerokich pleców przychodzi to niezwykle trudno zwykłemu śmiertelnikowi. Do tego inwestycja ta jest obarczona wielkim ryzykiem. W dokumencie "Hot to make a book with Steidl" sam bohater - znany wydawca - podkreśla, że musi drukować całą masę makulatury, żeby stać go było na druk tych pozycji, które nie przynoszą kasy, ale są piękne. A mówi to facet, który na akceptacje druku lata do klienta. Własnym samolotem.

Miałem też okazję produkować książki (nie tak wiele, ze dwie), gdzie mając puste kieszenie i zerowe poparcie gdziekolwiek (młody, nikt go nie zna, bo grafik przecież jest anonimowy) udawało się pozyskać środki na wyprodukowanie "dzieła honoru", bo to o honor chodziło i publikację dla zasady. Niemniej potrzebne były duże środki i powoli, systematycznie udawało się. Ale ktoś rozponawany, mający nawet kontrowersyjny autorytet w różnych środowiskach - poradziłby sobie zdecydowanie łatwiej i szybciej.

Mam nadzieję, że to zakończy tę umierającą już dyskusję, albo chociaż przyczyni się do jej zakończenia.

2011/10/10

Szum wokół wyrazów

Na blogu p. Joanny Turek [link] można znaleźć krótki, zaczepny wpis dotyczący małego szumu. Otóż kurator wystawy Andrzeja J. Lecha strasznie się zawziął na wszelkie słowa krytyki. Przecież to takie dziwne, że jeśli coś się upublicznia, przygotowuje formę i cały "majdan" związany z wystawą i z miejsca nadaje wydarzeniu rangę pięciogwiazdkową - to ktoś będzie chciał też o tym napisać, podzielić się swoimi odczuciami. Ja już to zrobiłem, czy tu na blogu, czy w komentarzach na hiperrealizm.blogspot.com, czy gdzie indziej. Wszędzie konsekwentnie pisałem o niedosycie i porażce. Nie jest to skierowane do Autora prezentowanych fotografii, ale do kuratorów, którzy w mojej opinii nie dźwignęli tematu. Nie wyciągam wniosków wobec nich, że to ich wina, celowe działania, albo jakaś osobista cecha. Każdy rozgarnięty człowiek zdaje sobie sprawę, jak to jest organizować duże przedsięwzięcie w tej materii. Moim zdaniem i wg moich oczekiwań, jeśli wystawa nie jest super obszerna - co może być faktycznie trudne wobec trzydziestoletniego dorobku i możliwości ekspozycyjnych - powinien iść za nią nie tyle katalog, ale album ze znacznie obszerniejszą częścią reprodukcji. Ja wiem, co zresztą p. Kurator podkreślał w odpowiedzi na moje zarzuty - ja się nie znam. No i że jestem klakierem, i że powtarzam za Wilczykiem. Hola hola! Niestety ten ton jest typowy dla wypowiedzi p. Kuratora. Ponieważ autorka ma włączoną moderację i nie wszystkie moje odpowiedzi na te wyjątkowo podłe słowa p. Kuratora zostały opublikowane, więc sam sobie na swoim blogu odpowiem.

Po moderacji komentarzy i szybkim przekopaniu sieci jasnym się staje, że nie tylko Wilczyk ma swoich "klakierów". Z jednej strony jest wyzwanie do dyskusji i rozmowy, z drugiej ucinanie ważnych argumentów.

"Rozumiem jednak kuratorów, którzy je realizują i nie odważyłabym się nazwać takiej wystawy porażką." To nie kwestia odwagi, ale własnego (!) zdania.

Dodam, że porażka jest tu w znaczeniu wielowarstwowym. Jeśli intencje znacznie przewyższyły możliwości, to czyż to nie porażka? Czy jeśli w 40 milionowym kraju nie da się pokazać artysty na poziomie, który jest mu odpowiedni - to nie jest porażka? W mojej ocenie jest.

Ale p. Jurecki woli atakować wymyślając nieprawdziwe rzeczy.

Pozostając z szacunkiem
Wojtek

Nieprawdziwie rzeczy to w moim rozumieniu nazywanie mnie "klakierem", epitetem o wydźwięku negatywnym, sugerując mi brak wolnej woli i ślepe poparcie dla Wojtka Wilczyka, co nie jest prawdą i wystarczyło poklikać po googlu, by znaleźć jasną odpowiedź, że to nie jest prawdą. Jednak zabrakło by dramaturgii i kozła, którego można kopnąć i wyzwolić na nim swoje frustracje. Nie lubię dyskredytowania mojej osoby, sam nie uprawiam takiego procederu, tym bardziej, że nie zawieszam na sobie metek wszechwiedzącego i mającego monopol na prawdę i rację. Nawet częściej działam w drugą stronę, pisząc o niepewności, braku doświadczenia w jakiejś dziedzinie (pani Joanna Kinowska może potwierdzić).

No i tak to wygląda. Niestety nie można liczyć na rozmowę o takiej czy innej sytuacji. Zarzut dotyczący 46 strony katalogu (ten o fotografikach i ZPAFie) zadałem pytanie, czy Mariusz Forecki (lub Arkadiusz Gola - o niego nie pytałem - tak dla ścisłości) to także fotografik (fotograficy)? Obaj są w ZPAF. Ale ten komentarz nie został opublikowany.

A kompletnie z boku została sama fotografia.

Aha, zaczepne pytanie brzmiało: "Czy warto iść na wystawę..." - moim zdaniem warto, a nawet jest to konieczne. Ten skromny wybór (całkowicie bez złośliwości, p. Kurator pisał o 115 fotogramach, ja nie poszedłem tam robić statystyk, więc nie liczyłem) powinien wywołać niedosyt i chęć dalszego drążenia. Niestety, do czasu opublikowania przez p. Śliwczyńskiego kart z Kolekcji Wrzesińskiej (mają być ponoć w rozmiarze 1:1, a AJ Lech pracuje kamerą 7x17" podajże - 50 cm po dłuższym boku) - może być z tym problem, bo nie ma wielu publikacji, ale w sieci można znaleźć dużo informacji i reprodukcji. Nadzieja w tym wielka, bo nie liczę na zawód, a raczej na zachwyt. Liczę też na to, że w tym kraju da się niebawem wyprodukować dobrym twórcom odpowiednie podsumowanie ich pracy, która w końcu nie zawsze musi być związana ze stażem. Liczę, że znajdą się instytucje, galerie i rynek, który sprawi, że takie akcje nie będą pozostawiały niedosytu. Życzę sobie tego, życzę tego innym fotografom i krytykom, kuratorom. Chciałbym, żeby półki uginały się od dobrych, rodzimych produkcji.

2011/10/08

Opole po raz pierwszy


moja ściana w Muzeum Śląska Opolskiego


Sąsiednia ściana Łukasza Biedermana


Nasi goście słuchają, jak mówimy.

W ramach trwającego pierwszego Opolskiego Festiwalu Fotograficznego wczoraj z Łukaszem Biedermanem pokazaliśmy dwa cykle, ale bardzo blisko gryzące jeden temat - rozliczeń z pamięcią. Albo rozliczeń, poprzez które chce się ratować coś, co wg marzeń jest constans, a rzeczywistość pokazuje, że nie jest constans. Ani nawet już na fotografii nie jest to constans. Po wernisażu było spotkanie, byli ludzie, nie było pytań, a szkoda. Dziękuję ekipie 2.8 za zaproszenie.


Kilka kwadransów wcześniej w Bibliotece - Grzędziński i Sadowski na ścianach, Grocholski i Springer na focie.

2011/10/06

wystawy



No to jest. Autobiografia w Oławie do oglądania już od jutra, ale wernisaż za tydzień, 14.10.2011 - tak wyszło. W każdym razie zapraszam na wernisaż. Natomiast już jutro w Muzeum Śląska Opolskiego wraz z Łukaszem Biedermanem będziemy uprawiać przedwyborczą agitację - po otwarciu naszej małej wystawy - na jeden temat, ale prezentować będzie dwie kompletnie różne estetyki - będziemy rozmawiać, jaki ten kraj jest podły, ale zarazem fotogeniczny.

W naszej pracy - niezależnie od siebie - zajęliśmy się kwestią wypoczynku. Ponieważ jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku, więc cud dzieciństwa przypadł na komunę i ośrodki FWP, często mieszczące się specyficznych budynkach i mających specyficzny klimat. Z tego Łukasz rozliczy swoją pamięć wobec aktualnej rzeczywistości. Ja natomiast wezmę pod lupę aktualną dyscyplinę wypoczynkową. 22 lata powracania do barwnej rzeczywistości pozornie zalepia dziury dawnych kompleksów, spod których zaczynają świecić nowe i bardziej wściekłe.

O tym niewielkim fragmencie życia kraju w środku kontynentu opowiemy przy pomocy 33 zdjęć. Te 33 zdjęcia to z kolei rozliczenie ważnej części naszego życia.

2011/10/04

Autobiografia - ostatnia krew


Tył OK w Oławie.

W oławskim Ośrodku Kultury (postawionym w miejscu przedwojennej loży masońskiej) od przyszłego tygodnia będzie wisieć Autobiografia. Cykl, który był już na galeryjnych ścianach w Poznaniu, Białymstoku, Warszawie, Cieszynie, Rybniku... a teraz w miejscu, w którym czysto teoretycznie powinien rozpocząć swoje galeryjne życie. Prawdopodobnie 14 października będzie wernisaż, ale o tym później.

2011/10/03

niedziela - Kouty - Masyw Mrawenecznika

















































Byłem gdzieś tu [link]. W niedzielę. Ekipa nakierowana na DH, a ja na normalne, górskie XC. Jakiś półgłówek nie zdawał sobie sprawy z tego, jak ważne jest dobre opisanie trasy na bikemap.net - pojechałem tym pomarańczowym potworem na trasę oznaczoną jako szutrowa. A był najpiękniejszy asfalt. Pod górę było ciężko (20 km podjazdu, przewyższenie ponad 750 m), ale zjazd był cudowny. Rower prowadzi się świetnie, żadnych nerwów, żadnych dziwnych zachowań, sunie jak marzenie. W ogóle październik rozpieszcza w swoim pierwszym weekendzie. Góry, zapach mchów i liści, Słońce, kolory, wszystko co potrzeba do regeneracji. Piękne trasy i niezwykłe widoki, głównie za sprawą elektrowni szczytowo - pompowej, o dość niecodziennym przeznaczeniu i konstrukcji. U nas też takie są. Warto wklepać w wikipedię [link]. Polecam to miejsce (Kouty, 20 km na południe za Jesenikiem). Doskonałe trasy, można wypożyczyć bardzo szybkie hulajnogi do zjazdu, a za niewielkie pieniądze nabyć całodniowy karnet na wyciąg i cieszyć się grawitacją. A jest czym.