2009/08/02

Turawa upada

Antoninek.

Pirat.

Uduszone młode sandacze.

Drzewo i polipropylen albo polietylen.

Jelenie.

Poranek.

Zoo.

Od lat ta sama świetlica.

Od lat ta sama tabliczka.

Wojskowy.

Druga strona.

Zoo.

Bardzo ważne drzewo.

Mały kuter rocznik 2008.

Martwa.

Harcerski.

Kucharz.

Na drzewie recepta na długie życie.

Relaks(x).

Sikdrzewo.

W piątek wróciłem po raz już chyba trzydziesty z Turawy. Nie ma roku na przestrzeni ostatniej dekady, by mnie tam nie było choć na chwilę, tak jak to było w 2008 roku. Wtedy miałem wrażenie, że ten turystyczny moloch opolszczyzny zaczyna odżywać, że coś się dzieje za tą zasłoną ze smrodu gnijących glonów, zarastającej plaży i butwiejących ośrodków.

Turawa to dla mnie miejsce sentymentalne, pierwsze wakacje w życiu. 1981 rok, 1982 rok, 1983 rok, potem 1992 rok, 1993 rok, 1994 rok, 1995 rok - przerwa - i dwa razy 1999 rok, 2000 rok, 2001 rok - też dwa razy, 2002 rok, 2003 rok, 2004 rok, 2006 rok, 2007 rok, 2008 rok, 2009 rok. Znam każdy kąt, każdy zakamarek. Za każdym razem od kilku lat widzę, jak umiera. Najpierw stołówka, która później zamieniła się z dyskotekę, potem Ośrodek Wojskowy, który zawsze tętnił życiem, a teraz AMW chce go sprzedać po tym, jak stał nieużywany kilka lat. W całości. A my tam przez płot zaglądaliśmy, jakie tam mieli imprezy i możliwości. Półwysep Harcerski też szlag trafił. Najpierw około 1999 roku zawaliły się schody do wody (takie szerokie na 10 metrów), a teraz stoi już pusty. Nie wiem co stało się z wielkim (jak na jezioro) żaglowcem, ale też go nie ma. Knajpy zawsze pełne ludzi jakieś takie zabiedzone. Gruby niesympatyczny właściciel jednej z nich zrobił się chudy u skromny. Zawsze miał sezonowo bandę pracowników, teraz chyba ze 3 osoby w sumie mu pomagały. Wczasowej nie ma i nie ma pierwszego baru, w którym w 1993 roku można było zjeść gyros. Na drugą stronę (na brzeg południowy) bałem się jechać, by nie przekonać się, co tam się stało gorszego. W tym dziwnym smutku jeden dzień spędziliśmy w opolskim zoo, ale nastrój ciągnął się za mną dalej.

Chciałem spędzić cichy urlop, wesoły, pierwszy z moim synem. Koło się niemal zamknęło. A dokładniej wyobrażam sobie, że zamknie się wtedy, gdy tak jak ja wysika się pod pewnym drzewem na plaży. Drzewo jak pomnik, nie zmieniło się prawie nic. To to tuż nad tekstem, takie rozłożyste.

I doszliśmy do wniosku, że już nie mamy jak kiedyś, że było nam obojętne, w jakim śpimy ośrodku, jakie jest łóżko, jak wygląda łazienka itd. Teraz już nam się chce normalnych, czyli dobrych warunków. Nad jeziorem, w którym jest zakaz kąpieli, a woda śmierdzi - trzeba płacić 40 zł za osobodobę bez jedzenia i to w kiepskim standardzie. W wysokim z kolei w górach Kotliny Kłodzkiej wychodzi po 45 zł za osobodobę, a jest oberdobrze. Można powiedzieć, że nad martwym jeziorem jest cisza, ale nie różni się ona od tej w tej chwili za oknem, gdzie temperatura sięga już 33 stopni. To martwa cisza. Chyba czas odciąć się od Turawy, przynajmniej na jakiś czas.


Aparat ukradłem Gosi i co dzień rano tłukłem nim foty. Jestem uzależniony. Wojciech Bruszewski pisał w swojej książce, że są dwa rodzaje fotografowania: do aparatu i do mózgu. U mnie nie ma możliwości rozerwania jednego
od drugiego.

Przy okazji przemyśliwałem, jak dobrze mieć aparat taki, który daje się idealnie połączyć z mózgiem. Na minionym Castle Party fociłem pożyczonym Nikonem F4. To właśnie taki ideał, zapominałem, że mam ręce na drodze mózg-aparat. Po prostu maszyna idealna. Miałem swojego F3, miałem F5 i F100 z wysokich półek, ale nie miałem swojego F4, a to na prawdę najlepszy mały obrazek, jakim fotografowałem. Jutro wywołam filmy z imprezy. W takiej aurze szybko wyschnął. :)

Ale koniec końców i tak było dobrze. Pierwszy urlop, na który nie zabrałem swoich aparatów, ani roweru. Choć tylko pięciodniowy, ale przeczytałem dobrą książkę i poznałem egzotyczne relacje partnerskie obywateli innych krajów Europy.

A wczoraj zadzwonił do mnie mój przyjaciel i zaczął mówić, że "kiedyś po pijaku gadaliśmy o tym, i ty się zgodziłeś" itd. Na początku bylem nieco zmnieszany, ale okazało się, że będę świadkiem na hipotetycznym ślubie. Ale nia ma jeszcze daty. To miłe, bo nigdy nie byłem świadkiem ani ojcem chrzestnym (krzestnym).

4 comments:

Anna said...

Sierakow, do ktorego jezdzilismy od lat, na wielkie rodzinne wakacje, do byłego olimpijskiego ośrodka sportowego tez umiera, wielkopolska, niedaleko wronek, jezioro jaroszewskie, klimat ten sam, tylko ze jezioro krystalicznie czyste
:(

maggot said...

podobno trwa teraz jakaś wielka akcja ratowania małych ośroków wczasowych i niszowych gospodarstw agroturystycznych, ale ofiary na drodze do rewitalizacji miejsc urlopowych są nieuniknione, zwłaszcza te post-peerelowskie obiekty poupadają, bo nie spełniają pewnych standardów.
trzeba zmienić miejsce, nie ma co jeździć w te same i dołowac się jak czesław miłosz, bo to jest mało przyjemna wersja nostalgii i na dodatek czujesz, że obserwując drastyczne zmiany się starzejesz. tak myślę.

Lokalny Artysta said...

no trochę tak to odbieram, Maggot.

lukaszbiederman said...

40 PLN to niewiele za podróż w czasie; do wciąż żywej jak widać epoki socrealizmu.
uwielbiam ikony PRLu, a takie ośrodki wyjątkowo miło się kojarzą.
bardzo miło się ogląda - dzięki !