2008/12/18

Czasem jak coś się zjebie, to na dobre wyjdzie - spacer


Był spacer, pisałem o nim mniej więcej na początku grudnia. Taki czysty, wyłącznie dla ducha i ciała. Nie myślałem o niczym konkretnym. Po prostu rozłożony statyw z przypiętym aparatem. Senne miasto w niedzielny poranek i ja. Ograniczony kanałami Odry przenikałem z jednego końca ulicy na drugi łapiąc jakieś maleńkie historie. Łapałem je wszystkim, byle nie więzić na matówce. Dobra, nie będę smucić. Po prostu łaziłem sobie dla sportu nosząc ciężką kamerę i miałem jedną z takich maleńkich cennych dla mnie chwil: chwilę dla siebie. Postanowiłem ją wykorzystać na pomyślenie o tym co wokół mnie i w czym ja. I tak się zamyśliłem, że otworzyłem kasetę zanim zwinąłem film do ostatniej klatki. To co widzicie powyżej to most w trakcie remontu. W sensie widzicie tylko mały jego fragment, który zdążył schować się pod wstęgą czarnego papieru. 

Ale jak można zrobić inaczej, gdy rano (30 listopad 2008) w radiu była audycja o Himilsbahu, co mu w papiery przy urodzeniu wpisali datę 31 listopad? To nie miało prawa skończyć się inaczej. Foty ze spaceru i tak, a na tej odbiło się moje roztargnienie, bo układam sobie w głowie, co wiem i czego nie wiem. I o tym drugim napiszę w końcu felieton do Pięciuklatków. Nie wyróżnię się zatem na tle innych felietonistów. I krytyków.

3 comments:

maggot said...

lepiej żeby coś się zjebało niż ktoś, tak mówią podręczniki fą pa

Lokalny Artysta said...

zjebać się czasem fajnie. Kwestia nomenklatury.

Krzysztof Baranowski said...

Mam wątpliwości czy to na temat ale przypomniała mi się taka oto historyjka: "Był sobie student planowania i statystyki. Planował sobie pierdnąć, a się zesrał":)