Wczoraj byłem tak zmęczony i śpiący, że nie byłem w stanie zrobić wpisu. Moja żona pewnie parsknie śmiechem, gdy to przeczyta, bo uważa, że ostatnią rzeczą, której nie dam rady nie zrobić, to zrobić wpis na blog. No cóż. Wczoraj Zbyszek przegrał pojedynek z komarami. Walka była nierówna. Byliśmy w Siechnicach dokonać przeglądu sensowności rozpoczęcia pewnej dokumentacji. Sens będzie jak tylko mróz wytępi insekty i jak zieleń zniknie.
Trochę pamiątek z Opola. Zoo i Muzeum Śląska Opolskiego, w którym w październiku "zawisnę" w ramach Opolskiego Festiwalu Fotografii, razem z innymi twórcami. Szykujemy z Lukaszem Biedermanem wspólną rzecz, będzie dziwnie. Ale prosto i z jajem. Opole na mapie Polski jest tak inne od pozostałych miast, że dziw bierze, że nie sprawdza się paszportów na wjeździe do miasta.
W Zoo jest miło. Bilety tanie jak barszcz, sam ogród znacznie bardziej kompaktowy, ale i dobór zwierząt dopasowany do wybiegów. Syn był zawiedziony, że nie było słoni. Słonie zapewne się cieszą, że mają większe wybiegi, choć pewnie najbardziej cieszą się te, które nie wiedzą, co to jest zoo, lub co to jest człowiek. A człowiek w zoo to najbardziej różnorodna forma. Czasem, szczególnie ostatnio, zaczynam zastanawiać się, co w zoo jest bardziej dzikie - zbiór czy widz. I nie tylko w zoo.
Trochę zwariowałem. Biegam od kilku dni, zaczynam czerpać z tego przyjemność, dzisiaj biegałem dłużej, niż suma wszystkich biegów w życiu razem wziętych. Może dlatego, że omal nie palę papierochów. Kondycja skoczyła w górę o przedział, którego nie znałem od 16 roku życia. Może to lęk przed kolejnymi urodzinami. Cel jest prosty - bez ukończyć maraton mtb (rowerowy) w przyszłym roku. To też wymaga nowego roweru, ale zakochałem się w XC, trwają przygotowania do zakupu. A cel numer dwa to 78 kg do wiosny.
Fotograficznie czuję jesień. Czekam na jesień, bo teraz czuję, że każda szitka będzie zmarnowana. Zaczynają chodzić kolejne pomysły, ale muszę je "dojeździć" na rowerze. Tę budowę na powyżej załączonym obrazku pamiętam w takim stanie jakoś w 2000 roku, gdy chodziłem do pracy, już wtedy nic tam się nie działo. A miała być pierwszą tego typu w mieście. I bardzo potrzebną. Inwestor niestety wplątał się w inwestycje w jednym z państw nad Zatoką Perską, pokonanym przy współudziale naszej armii i przez to (wg mediów) zaliczył bankruta.
Taki los zwycięzcy. Dlatego ja nie chcę wygrać tego maratonu, tylko go przejechać.
Znowu. Były chrzciny w niedzielę, świetlica wiejska i byli Goście. Ci sami, co w połowie czerwca.
Każdy dzień, wtorek, środa i wciąż i wciąż to czekanie. Z tego czekania mam nowy dowcip: co to jest termin płatności faktury? to termin niemający nic wspólnego z rzeczywistością.
Moja wysłużona już Merida. Dzisiaj do reszty rozsypał się wkład supportu. W zimie przybędzie - mam nadzieję - kolejny rower, mniej asfaltowy, ale może dużo szybszy. Meridę czeka remont.
Dzisiaj jak jechałem rowerem to zastanawiałem się, czym zapisać to, co się dzieje w głowie, gdy jadę. Generalnie rower / jazda rowerem daje niezwykłe poczucie absolutnej wolności. Ważne słowo to "poczucie", nie wolno go zastąpić słowem "pewność". Gdy już po kilkudziesięciu kilometrach zaczynają doskwierać niewygody, brak siły, wiatr - mobilizuje mnie to, że to tylko mięśnie stawiają granice (wobec innych granic, których wtedy nie widzę) owemu poczuciu wolności. A że wolność jest wartością samą w sobie - to staję się jej niewolnikiem i dalej - uruchamiam rezerwy i jadę. I te zapachy. Dzisiaj gdzieś między Lipkami a Szydłowicami, w lesie, zaraz po tym, jak widziałem lisa - poczułem zapach koszonej trawy. W dzieciństwie ten zapach oznaczał chwilę zabawy, a potem noc na pogotowiu z podawanym dożylnie hydrokortyzonem. Teraz jest nowoczesność, nowe leki i czuję już tylko zapach, ale wspomnienia są. Nie straszne, bo to kiedyś było normalną koleją rzeczy. Wszystko, każdy widok, każdy bodziec to - na tym się przyłapuję - odwołanie do czasu dzieciństwa To jakaś dziwna gra między wyobrażeniem dawnej rzeczywistości, a próbami jej odtworzenia we współczesności. Np muzyka - teraz, wybierając świadomie mogę zakodować pewne stany w sobie i kiedyś, po dowolnym czasie słuchając ponownie jakiegoś utworu - mogę przywołać wszystko to, co zakodowałem. Oczywiście to tylko iluzja, jakiś fragment, ale nic więcej nie mam.
Dzisiaj od rana powrót na stare śmieci. Hala zmienia się i widać, że te zmiany dobrze jej wyjdą (mając na uwadze to, co się działo z obiektem po 1945 roku). Kilku rozwiązań "nie łapiemy" (w sensie ja i Łukasz), ale to nie jest jeszcze finał, więc nie czas jeszcze na komentarze.
Wpadły nam do głowy nowe lokalizacje, więc załatwiania pozwoleń i dyskusji może być wiele.