2010/08/15

Oscar G. Rejlander miałby zagwozdkę



Niedawno rozmawiałem ze Sławojem i - mimo dużej różnicy wieku - mamy podobne podejście do ojcostwa. Małe dziecko, takie w wózku - to odciążenie ramion i barków z ciężkiego sprzętu, który można przewozić w wózkowym koszyku. A że spacery to zdrowie i (czasem) dziecięcy sen (czyli zdrowie), tym więcej można spędzić czasu z dzieckiem i realizując (pcha się pod klawiaturę słowo "się", ale nie użyję go) kolejne obrazy.

Tylko, że ja nie mam nawet czasu iść z Synkiem na spacer. Pochłania mnie szkoła do tego stopnia, że nie mam nawet czasu na foty, mimo, że to szkoła fotograficzna. Biurokracja i mniej lub bardziej wyraźne nakazy i zakazy powodują u mnie i moich przyjaciół frustrację. Dziekanat zabił całą przyjemność studiowania. Jest na to dobra rada: nie ucz się po 26 roku życia. Inaczej to nie ma końca.

Wczorajszy dzień minął pod hasłem "cierpliwość". Pierwszy obrazek jakby oczywisty w tym temacie. Ale tu luz. Zabawa dwiema setkami słomek jest fajna. Cierpliwości wymagało przejęcie od Synka drewnianego patyka z kółkami, które prowadzone po podłodze robiły tyryryry.

Cierpliwości wymagało też wczorajsze focenie mojego miasta. Światło było piękne, tylko nie tam, gdzie się chciało. Rozstawiłem kamerę i czekałem. Gdy jechałem na lokację, gdy już odkładałem rower i rozstawiałem statyw, wszystko było idealnie (lokacja znaleziona ponad 12 lat temu). Światło było idealne, ale naszła jedna chmura i czekałem. Kadr ustawiony, blenda, czas, poziomy, piony, pokłony. Chmura ani drgnie. Napisałem z 20 smsów do przyjaciela, ale chmura płynie bardzo powoli. A gdy już odpłynęła, to skończył się dzień. To nie jakaś efektowna fota, ale taka wyczekana od lat. No cóż, Bruszewski = fotografowałem do mózgu.

Jakoś nie specjalnie zły spakowałem wszystko i pomyślałem, że pojadę na wzgórze i zobaczę co tam słychać, bo od zimy mnie tam nie było, a to 2km ode mnie. Spakowałem wszystko, wsiadłem na rower i z astmatycznym charkotem wjechałem na rowerze obciążonym moim nielekkim ciałem i równie nielekkim sprzętem. To było to. Ten widok, który potrzebowałem. W myśli skupiony odpaliłem stoper i przystąpiłem do szeregu czynności:
- wypakować statyw,
- rozłożyć go na pełną wysokość,
- wypoziomować (kierunek raczej wyczuwam, nie zmieniam go już prawie na matówce),
- wyjąć kamerę,
- poluzować główne blokady
- otworzyć kamerę
- zafiksować blokady
- ustawić przedni standard na pozycję i zafiksować
- wyjąć obiektyw, zdjąć dekle i założyć na przedni standard
- wyjąć kasetę, światłomierz i lupę
- wyjąć czarną szmatę
- wyjąć wężyk spustowy i go wkręcić w obiektyw.
Stoper jest na pierwszym zwrocie "Summer Eyes" w utworze Summer Eyes grupy The Young Gods. To jakieś niecale 3 minuty. Tak liczę czas.

Są więc - to pointa - dwie drogi. Albo cierpliwość i upór realizowany staniem w miejscu i czekaniem na nadejście celu, albo cierpliwość i upów realizowany ciągłym ruchem i wynalezieniem w danym momencie tego, co jest istotne. Niestety nie da się odnieśc jednej do drugiej, bo sprawdzając jedną nigdy nie wiadomo, co by było na drugiej i vice versa. 0

3 comments:

krzychu said...

Blenda do zdjęcia nieboskłonu? No... zaintrygowałeś mnie. Chyba, że źle zrozumiałem cosik.....

* said...

raczej złe zrozumienie:) choć da się takie coś zrobić.

zbendny said...

haahaahah dobre... że też Ci się chce śmigać z tym wszystkim na rowerze