2009/03/30

6 Rybnicki Festial Fotografii - ani podsumowanie, ani relacja


Obie powyższe foty: Filip Itoito

Ja się nie spodziewałem. Po pierwsze z twarzy ludzi, którzy byli już wymordowani pracami Smejkala, dało się odczytać zrozumienie tego, co ja pokazałem, brawa wydały szczere. Ale to może tylko moja imaginacja. Bądź co bądź impreza świetna. Zawiodła mnie postać pana Baturo. Bardzo mnie zawiodła. Nie wiem gdzie mnie zawiodła, ale czuję się zawiedziony. Osobowością.

Za to bardzo spodobały mi się wystawy amatorów z różnych kół, formalnych i nieformalnych grup itd. Może nie amatorów, ale hobbystów i aspirujących. Może to efekt zbliżania się wieku średniego, ale dla mnie ważne jest to, że powoli i małymi krokami ludzie zaczynają używać fotografii na miarę jej czasu, a nie odgrywać w programach graficznych coś, co by udawało dawne techniki. To mi się właśnie spodobało. Sutkus też mi się spodobał. Podobały mi się inne wystawy i parę innych rzeczy. Podobało mi się jak został przyjęty Filip, i podobało mi się jak odebrany został Smejkal. I dobrze, ze te dwie prezentacje były po sobie.

Szkoda, że mnie zjadła trema przed prezentacją mojej dwunastominutowej pracy. I że mnie ktoś z offu wkurwiał niemiłosiernie. Na prawdę zagłosuję na każdą partię, która wprowadzi psychotesty dla tych, którzy będą chcieli nabywać alkohol. Podobało mi się, że kilka osób podeszło do mnie i powiedziało wprost, że rozumieją więcej. Tak w ogóle więcej. To ważne dla mnie. Nie chodzi o to, by robić to pod publikę, mam to gdzieś, ale z którejś strony choćbym nie wiem jak bardzo robił dla siebie, to i tak gdzieś siedzi potrzeba akceptacji i zrozumienia. Jeśli przy tym okaże się, że są tacy, dla których to co robię jest ważne i aktualne, to tym lepiej.

Choć nie lubię słowa Festiwal, to w tym przypadku lubię bardzo. A siłą jego jest to, że jest bardziej skierowany na ludzi, niż pozostałe imprezy. Może było by fajnie, gdyby był jakoś spięty ze sobą program, festiwal poświęcony konkretnemu zagadnieniu - tak się zastanawiałem. Ale chyba nie, bo właśnie na tym polega urok Rybnika. Choć daleko od centrum miasta, to bliżej ludzi.

W wolnej chwili próbowałem przeczytać wszystkie dyplomy na "Hall of Fame" Klubu Energetyka, ale z powodu przestawienia czasu zabrakło mi godziny na dokończenie. Rano zrobiłem kilka fot Filipowi nad jeziorem i parę innych w ogóle z imprezy, ale jeszcze nie wywołałem. Żeby nie było.

W głowie układa się historyjka, którą może jutro, a może nie, ubiorę w słowa. Taka ku przestrodze z morałem. I ze wzmocnioną obudową.

2 comments:

heyahero said...

Ja bym się tam na twoim miejscu nie przejmował "podchmielonymi amatorami pomieszczeń ciemnych". Sam cholernie nie lubię publicznych wystąpień.
Często zaglądam tutaj, chociaż nie komentuje poszczególnych wpisów - boję się, że nie napiszę czegoś sensownego, choć bardzo będę się starał.
Festiwale, czy nie - potrzebne są takie spotkania. Choćby dla ludzi, którzy chcą zobaczyć, to co, się działo i dzieje obecnie w fotografii.

W Rybniku uzupełniłem zapisy w moim notatniku o parę nazwisk. Twoje było już tam wcześniej ;)

Pozdrawiam

Lokalny Artysta said...

sensu nie podważałem, nawet nie śmiałem, myślałem o nazwie samej:) takie dywagacje bezstronne.