2008/04/28

kolejny szczyt, którego nie zdobyliśmy.

Moja kondycja to już nawet nie jest mizerna. Nie ma w języku polskim już możliwości wymyślenia słowa, które miało by mniej niż jedną literę i było do przeczytania, by opisać małość mojej kondycji. Może niech wyznacznikiem jej małości będzie to, że opisane zdarzenie miało miejsce wczoraj, a piszę o tym dzisiaj.

Na pięknym Dolnym Śląsku jest piękne miejsce jak Kotlina Kłodzka. Kotlina ta jest z samej natury kotlin otoczona ze wszech stron niewielkimi pasmami górskimi (generalnie całość to Sudety). To nie są w większości góry trudne do chodzenia, właściwie są górami spacerowymi, choć dla mnie to była walka o każdy atom tlenu w powietrzu.



Jednak nie jest to post o mojej wycieczce i chęci poznawania gór, które kocham (generalnie każde wzniesienie, łącznie z hałdami na śląsku przyciąga mój wzrok). Jest to post o tym, co się rodzi w głowie.

W góry pojechałem po to, bo kolejny raz rozpocząć tworzenie nowego cyklu - i chyba zaskoczyło. Od zawsze to za mną chodziło. Zrobić coś swojego, ale jednocześnie coś bardziej uniwersalnego. Myślę, że będzie dobrze. Kwestia dalszej pracy. Otóż mam dwie choroby: pierwsza to lęk przed obcymi ludźmi (ale obcymi zupełnie), druga choroba to robienie fotografii, których nikt nie rozumie (no, prawie nikt, czasem prof. Birgus, czasem inni na Becvie, ale pod warunkiem niedokońcatrzeźwości - ale nazwę to może nie podobaniem, a tolerowaniem). To co mi w głowie gra to jednak nie tyle pomysł na to, by w końcu pokazać coś, co od razu każdy zrozumie, co ktoś może uznać za moje, za niewydumane itp. Problem polega na tym, by pokazać światu co mi w duszy gra nie tworząc nowego języka, ale w ramach istniejącej "bazy fraz" wygenerować coś swojego i zrozumiałego dla innych. Nie wynika to z potrzeby akceptacji, ale z prostej potrzeby zrozumiałego wyrażenia siebie. Jako twórca nie jestem zobligowany do tworzenia nowego języka. Jestem zobligowany do tworzenia swojego stylu, charakterystycznego dla mojej osoby, jak choćby ten blog: sarkastyczny komentarz do samego siebie. Ten blog jest czymś w rodzaju samorozwoju. Kto tu zagląda i ma czas na czytanie tekstów sam rozumie, jak to się rozwija i samo napędza.

Ponieważ w górach idzie się dużo pod górę, a im wyżej, tym mniej powietrza i tacy astmatycy jak ja mają kompletnie dość, to nawet bliskość mojej żony nie spowodowała u mnie chęci rozmowy. Skoro mam iść i się skupić na wykorzystaniu oddechu do wyłapywania tlenu a nie do gadania, to zająłem się myśleniem. Myślałem o dzisiejszym wpisie. I tak wyżej, jaśniej i w tym miejscu (jakieś 1380 m n.p.m. - Śnieżnik) doznałem olśnienia. Nie chcę li tylko fotografować obcych ludzi w górach...
...chcę się nimi wypowiadać. To jest to. I to nie jest kwestia duźej wysokości ani oślepiającego Słońca, ani biodra, które nie pozwoliło mi juź dojść ani metra wyżej, ani kolan, które nie chciały mi pozwolić na bezpieczne zejście - kondycja siadła. Do reszty.

Jednak umysł tłoczył strzałki w diagramie myślowym. W jaki sposób określić fotografią, kim jestem? W jaki sposób zaznaczyć czas, w jakim jestem, jak pokazać przestrzeń na jakiej żyję, jak to wpleść ludzi, których obecność mnie określa? Nie jestem przecież raczej typem pustelnika. To ludzie i otoczenie kreują mnie. to może straszne filozofowania, ale masz Czytelniku wybór, nie musisz czytać do końca. Kiedyś otoczenie kształtowało człowieka, aż w końcu to człowiek zaczął kształtować otoczenie. Analogia jest prosta: to ludzie, którzy są w różnych sytuacjach wokół mnie określają kim jestem. Bo przecież na pytanie kim jestem nie ma jednej odpowiedzi. To że pracuję jako grafik nie oznacza, że na pytanie kim jestem mogę odpowiedzieć, że jestem grafikiem. Z zawodu jestem grafikiem. Z zamieszkania jestem Oławianinem, z pochodzenia Polakiem ze wschodnimi korzeniami... z orientacji seksualnej jestem heteroseksualny, ze stanu cywilnego jestem mężem... etc, etc.

Ale na pytanie kim jestem nie mam odpowiedzi. Odpowiedzą to tym moje fotografie i ludzie, którzy na nich są. Wszyscy Ci, którzy zgodzą się stanąć na wprost przed obiektywem mojego aparatu, przekonani moim ułomnym wizerunkiem i towarzystwem życzliwej Gosi czy kolegi, który akurat pomaga nosić statyw czy kształtować blendą światło, że nie jestem zboczeńcem i nie będę potem wyklejć sobie sufitu nad łóżkiem ich wizerunkami i Bóg wie co robić.

Nie wiem jeszcze jak, ale wiem, czuję to, że ta droga może mi pomóc w określeniu się na prawdę, kim jestem. Już nie chcę męczyć świata o pozostałe pytania bez odpowiedzi. Wiem, że mi wystarczy to.

Teraz mogę zejść na chwilę ze szlaku, spożyć jajo na twardo (nie ma nic lepszego na szlaku) i może herbatkę? Jest schronisko na Śnieżniku, uwielbiam klimat schronisk. Na przykład za to:
...a tego nawet na allegro ciężko się doszukać. To mi przywołało wiele wspomnień. Wiem, w całym kraju była taka porcelana w każdym ośrodku FWP (pewnie też w okolicznych domach kucharek, pomywaczek itd). Ale miej więcej tu w pierwsze moje wakacje w górach w 1984 roku na takim talerzu maltretowałem parówkę nożem skutecznie zniechęcając innych wakacyjnych gości Lądka Zdrój do jedzenia:) Jeśli ktoś z nich to czyta, to teraz oficjalnie i publicznie za to przepraszam.

Tak czy siak ci goście sprzed prawie ćwieć wieku, jak i Wy, obecni czytelnicy moich wykwitów macie na mnie haka. Otóż jako jeden z nielicznych współczesnych polskich artystów napisałem Wam, z czym zwiążę najbliższe kilka miesięcy, może lat mojego życia twórczego. Potem nie będzie już tego jak odkręcić. Google trzyma kopię wszystkiego. Chciałbym, żeby to, co zostało założone, spełniło się. Chciałbym stworzyć przy pomocy przypadkowych ludzi obraz siebie. Chcę dać innym fotografom i ludziom o wyższej niż przeciętna wrażliwości obraz siebie, a tym, którzy tego nie widzą prosty i czytelny obraz po prostu wyrywkowo wybieranych ludzi żyjących w latach od do i żyjących na terenie stąd dotąd, czy po prostu sfotografowanych przez Lokalnego Artystę z Dolnego Śląska.

Wszystkie fotki w tym poście wykonała moja kochana żona Gosia, która właśnie w tej chwili męczy Sunię od 2 godzin skracając jej futro, gdyż wczoraj pies się troszkę w górach zmasakrował, a dziś gorąco i pies się męczy z kożuchem. Sunia wczoraj dała radę. W końcu przebiegła sumarycznie 32 razy więcej niż my:) chętnym przelicznik poślę na skypa:) Sunia spała po wycieczce ponad 24 godziny, w tym łącznie około godziny przerwy w śnie zrobiła sobie na potrzeby psie (jedzenie, picie itp). Ci, którzy ją znają wiedzą, że musiała być wykończona:)

2 comments:

Krzysztof Baranowski said...

Bardzo lubię te Twoje posty...
podoba mi sie pomysł na cykl i chętnie będę śledził poczynania w tym kierunku...sprawdze sobie chociaż czy posiadam "wyższą niż przeciętna wrażliwość" ... mam nadzieję, że 'Twój obaraz' objawi mi się w całej okazałości:)

Lokalny Artysta said...

Uważaj, bo nadzieja może zamieć się w trwogę

:)