2011/01/12

oldskul



Nie od dzisiaj wiadomo, że najlepszym toaletowym kompanem faceta jest dobra prasa. Najlepiej dobra, techniczna prasa. Stąd zamiennie zamiast gorzkiego "idę do kibla" niektórzy stosują zamiennik pełen finezji: "idę na prasówkę". Tym samym chcę zapoczątkować pewne działania przypominające legendarne tytuły prasowe. Dzisiejszy nie będzie najbardziej hardkorowy, ale ma do tego prawo, bo jest pierwszy. To jeden z tych postów, które są pisane dla czytelnika. Dzisiaj (na tapetę? na poczytankę?) idzie jeden z moich starych numerów Practical Photography z lipca 1998 roku. To ważna data, bo wtedy z kuzynem Olkiem pojechaliśmy (po mojej maturze) nad Bałtyk do Lubiatowa, pisałem o tym kiedyś. Wydaje się mi to być całkiem niedawno, a to już ponad 12 lat.



Pierwsza rzecz to piękne reklamy. O tym napiszę więcej na końcu, ale te mają polot, w większości były robione z dobrego pomysłu i na dobrych materiałach (czyli nie stock za grosze), ale zrealizowane na dobrych materiałach, starą, dobrą sztuką. Reklama nie przegadana, logo nie za wielkie, hasło nie za wrzeszczące. Cicho i spokojnie, a sens piękny i przekaz czysty. Pan William Cheung zaprasza do numeru, będzie nieco o sztuce, jakiś konkurs i recenzja dwóch nowości: Minolty Dynax 505 si (ja wtedy miałem chyba 500 si albo już 700 si), a także Pentaxa 645n AF - chyba był pierwszą średnioformatową kamerą z automatyką ostrości, potem był wysyp - Contax, Rolleiflex, Mamiya, Hassel itd. Co ciekawe, fotoamatorzy na Wyspach często kupowali takie aparaty, o czym świadczą choćby bogato w tym numerze ilustrowane działy ze zdjęciami czytelników. Mało tam aparatów małoobrazkowych (a jak są, to Nikon F4, Canony F1, EOS 1, 5, optyka, o której u nas można było pomarzyć), a potem można je było (i do teraz można) kupować za dość małe pieniądze, i są albo nowe, albo prawie nowe. Co jeszcze ważniejsze, czego wtedy nie było u nas - w każdym numerze były przemycane wartości inne, niż tyko sprzęt (vide Foto-Kurier), były super reprodukcje Ansela Adamsa, było masę fot z FSA, moda Guya Bourdina... masa dobrych rzeczy, które jakoś ratowały niedostatki wiedzy młodego fotografa, co nigdy nie robił ładnych zdjęć.



Wtedy nikt nie myślał o cyfrze jako głównej technologii. Przy Olympusie opis: Aparat posiada nawet ekran na tylnej ścianie, więc możesz ciągle kontrolować swoje zdjęcia. Co by bez tego robili teraz fotografowie ślubni ogłaszający się na portalach aukcyjnych po 400 zł za imprezę? Aha! Ten Olympus przy tamtym kursie kosztował 5712 zł. Teraz za te pieniądze można kupić dużo, dużo więcej. Wtedy to był koszt Canona EOSa 5 (nie, nie 5D), który teraz na aukcji w ładnym stanie stoi za 20 paczek papierosów. Wtedy dobre fajki kosztowały 3 zł.



Wtedy nikt mi nie wierzył, że tak można. Oława była zbyt daleko od Poznania.



Pytania od czytelników - moje ulubione: Jaki kompakt z trybem manualnym kupić: Albo Rolleia za 1500 funtów, albo Contaxa za 1050. W cenie tego pierwsze można było kupić Leicę M6 z obiektywem. Nową. Zawsze mi imponowało to, że gdy u nas wydawało się jeszcze książki Adama Słodowego, gdzie z listewek, gumek i starej biurkowej lampki oraz aparatu Synchro-Druch można było zbudować powiększalnik. A w sklepach za pancerną szybą stał jeden EOS 1n. A we Wrocławiu jeszcze niektóre rodziny pod krawatem wychodziły w niedzielne popołudnie z kościołów prosto do makdonalda.



Błysk intelektu. Inna wspaniała reklama. To był czas globalnej walki z łupieżem i reklamy porównującej działanie jednego produktu wobec drugiego. Dentysta malował markerem linię na jajku, po czym szczotkował jedną połówkę jedną pastą, a drugą - drugą. Jedną połowę swetra prano w proszku X, drugą w Y, połowę auta polerowano ręcznie, drugą automatycznie... Masa tego była. Agencja obsługująca Nikona miała wyzwanie, jak pokazać, że te maleńkie matryce też coś mogą. Na lewej połowie tekst: Na jednej stronie sfotografowanej klasyczną kamerą widać łupież. Na prawej: Na drugiej stronie sfotografowanej naszą nową cyfrową kamerą widać łupież. Na dole kilka zdań o tym, jaka to zajebista kamera. Kilka lat później pracując nad większością projektów kierowanych przez rodzimych marketingowców musiałem walić wielkie logo, wielkie hasła, a kroje pisma zawsze musiały być nowoczesne i inspirujące. I wybierali takie z początku XIX w. Bo przecież odbiorca to idiota.

1 comment:

Paweł Frenczak said...

Pamiętam, że kiedyś w czasach liceum znalazłem w szkolnej ciemni jakiś niemiecki magazyn o fotografii. Jarałem się jak dziecko gdy zobaczyłem reklamę mojego pierwszego aparatu Minolty X-300s (ostatni w pełni manualny model). Jako dorastającego nastolatka bardzo zainteresował mnie też artykuł dotyczący kobiecych aktów:) Gazeta była z końca lat 80-tych. Do dziś gdzieś ją mam w piwnicy...:)