2009/01/25

Tomasz Tomaszewski - Rzut beretem

Dzisiaj dzień ciepły i miły. Dziecka - choć minęły cztery dni od planowanej daty porodu - nie ma. To znaczy jest, ale jeszcze w lepszej części tego świata. Skoro nie da się czekać w miejscu, aż zacznie się poród, próbujemy sprowokować naturę, coś w sensie, że jak idziesz na spacer i nie zabierasz aparatu, to wtedy dzieje się coś (czy to w otoczeniu, czy też głowie), co powoduje, że nazywasz się durniem, że nie zabrałeś tego nieporęcznego klamotu ze sobą. My chcieliśmy kląć, że wyszliśmy z domu i poród zaczął się w aucie, a nie szpitalu. Wystawa nowego cyklu prac Tomasza Tomaszewskiego wydawała się być idealnym pretekstem do tego, by zacząć poród 30 km od swojego szpitala i swojej położnej. Jednak dalej nic. Co to może znaczyć? Nie wiem. Może mój mały synek nie chce zobaczyć świata takiego, jakim widzi go autor zdjęć. Może dlatego, że wystawa jest umieszczona w Galerii Patio Muzeum Miejskiego Wrocławia. Za toaletami. Wydostający się z nich zapach dość skutecznie podkreślał to, co większość kojarzy z tematem wystawy. Lekki fetor szamba. Nie była to szczęśliwa atmosfera do oddychania, podobnie jak czerwone ściany i kiepskie oświetlenie, ale miejsce ładne. Gdyby nie atmosfera.


Tomasz Tomaszewski był jednym z pierwszych fotografów, których poznałem w swoim życiu. Poznałem w sensie fotograficznym. Po prostu jest postacią, która mi imponuje tym, co robi i kim jest. Po za tym bardzo lubię Małgorzatę Niezabitowską, więc kolejny powód, by go szanować. Ona jest autorką tekstu wprowadzającego widza na wystawę. Jako była rzecznik prasowa rządu Tadeusza Mazowieckiego chyba jest idealną osobą, by stworzyć tego rodzaju transmutacje przekazu, zamienić słowo obrazu na takie, które zrozumie masowy odbiorca. Jednak mi się nie podobał. Zdania i cała wypowiedź została tak skonstruowana, że i ja, i dysponująca dwoma mózgami Gosia nie zrozumieliśmy zbyt wiele. To co udało się wyłuskać to to, że autor chce pokazać, że obok wielkich i bogacących się miast Polski początku XXI wieku leżą małe wioski, których sercem były kiedyś pegeery, które padły. Wioski zostały, a prędkość życia doprowadziła do tak silnego kontrastu, że obrazy, które czekają na nas na wystawie - choć w pełni mi znane z życia - jawią się niesamowitą wręcz egzotyką odległych miejsc.


Autor pisał w tekście wstępnym, że realizował projekt przez dwa lata, w czasie których powstało tysiące zdjęć. Na wystawie zobaczyłem tylko (lub aż) 60 świetnej jakości prac, jednak nie zauważyłem tego, o czym także autor pisał. Nie zauważyłem jednego choć zdjęcia o charakterze intymnym. I nie jest to zarzutem. Po prostu nie mogłem uniknąć pewnych porównań. Dla mnie intymnym dokumentem z życia ludzi (i chyba wzorcowym) są prace prof. Jindřicha Štreita. Tomaszewski chyba jednak nieco inaczej rozumie taką intymność. Nie udało mi się jednak zauważyć właśnie czystego obcowania z samym człowiekiem. I podkreślam, nie jest to dla mnie wadą. Całe szczęście autor fotografii ma swój stosunek do sytuacji i tematu, który realizował i dał mi się on odczuć na dwóch płaszczyznach.


Pierwsza płaszczyzna to obserwacja ludzi, tego co robią i ich zachowań, zajęć, codzienności, ale w sposób bardzo oddalony od nich samych. Moim zdaniem autor w żadnym stopniu nie utożsamia się z bohaterami swoich prac. Zachowuje dystans, który bardzo łatwo wyczuć i zauważyć. Nie odnosi się do nich bezpośrednio. Nie jest to jednak chłodna narracja jak u Gudzowatego (no, w jego przypadku to mowa może być o inscenizacji), ale opowiadanie poprowadzone przez narratora, na którego fotografowani zgadzają się i wiedzą, że ktoś inny o nich mówi. Na fotografiach Štreita to z kolei bohaterowie mówią z narratorem jednym głosem. Tomaszewski raczej zajmuje stanowisko obserwatora. Uważnego, ale tylko obserwatora. Wydaje mi się, że ta bariera nie wynika z jakiejś niechęci fotografa czy nieumiejętności, ale wynika z tego, że jest Tomaszewskim. Po prostu to jego styl jaki wypracował przez lata i podchodząc bliżej, przekraczając jednocześnie granicę, stałby się kimś, kim nie jest.


Druga płaszczyzna to coś, co jest możliwe tylko w przypadku Polaków. Nie widziałem tego w żadnej innej fotografii. Tak jak cały tekst, który czytasz, tak i prace Tomaszewskiego nie są do końca jednolite i sensowne. To jedno. Drugie to to, że Polak nie przeżyje, jak nie będzie zgryźliwy. Niby dla kawału, ale jednak. Ja musiałem napisać, że w galerii po prostu śmierdziało (niech będzie, że fetor). Musiałem dopiec, że tekst pani Niezabitowskiej nie podszedł mi, bo musiałem wykazać, że przecież powinna zajmować się polityką. Ot takie brednie. Tomasz w humorystyczny sposób pokazał kilka w sumie dość bolesnych obrazków, które zdają się mi przypominać, że mój Polska to nie kraj, który jest w Unii Europejskiej, który goni Zachód. Polska to bogate kilka dużych miast. Po za nimi jest biednym krajem, gdzie żyją ludzie, których radość kończy się na podstawówce (o tyle o ile), a później jest co raz ciężej. To brak perspektyw, to pozorna wolność, to uzależnienie od pieniędzy, to brak optymizmu, to smutek i melancholia. I czasem w niej śmiech i drobne przyjemności.

To na prawdę wartościowa wystawa i świetna praca. Myślę, że wśród fotografów pokolenia lat pięćdziesiątych to chyba najważniejsza praca drugiej połowy pierwszej dekady tego wieku. Może jeden z ważniejszych dokumentów. Wystawie towarzyszy ciekawy album w cenie 99 zł. To dużo, dlatego mi (ze względu na zakup dużej ilość albumów ostatnio i czekaniu na dziecko - czyli odłożeniu pieniędzy na nieoczekiwane wydatki) pozostały bilety i zamieszczone tu fotki. Kupię tą publikację synkowi na chrzciny. W końcu to pierwsza wystawa fotografii, na której był.

Odbitki pięknej jakości, sponsorzy dopisali, Epson chwali się bannerami, że je wyprodukował, więc stanął na wysokości zadania. Na jednaj czy dwóch fotografiach widać było niedostatki techniczne (jawne w sensie) jak to, że obróbka była prowadzona na plikach 8-bitowych (gradienty na obrabianym niebie zamieniły się w schody i plamy) czy zbyt silne wyostrzenie.

Polecam te piękne obrazy w specyficzny sposób sprowadzają widza na ziemię taką, jaką jest, a nie taką, jak nam się wydaje.

Wystawa czynna do 2 lutego 2009, Muzeum Miejskie Wrocławia, Galeria Patio. Wstęp 7 zł studenci (na legitymacjach ITF także), 10 zł bilet normalny. Jakby ulgowy był nienormalny.

11 comments:

ban said...

gdzie jest ta galeria patio?

Lokalny Artysta said...

no to wejście do muzeum w ratuszu, od strony Spiża (dla imprezowiczów) lub Fredry (dla kulturalnych i młodocianych)

boberski said...

Štreit to się jeszcze profesury nie dorobił:P

Lokalny Artysta said...

Od 2007 roku Štreit jest profesorem

boberski said...

a to lujaszek;)

Rafal said...

Ja ta wystawe przegapilem, jak byla w CSW, i chyba sie z tego ciesze. Zdjecia niby ladne, ale ja mam problem z Tomaszewskim i jego zdjeciami....

Ale to pewnie temu ze mlody jeszcze jestem , prawda Wojtek?

;-)

Lokalny Artysta said...

wiesz co Rafałek, to nie ma znaczenia. Z wiekiem jedyne co się zmienia to to, że lubisz więcej pieprzu w zupie.

Rafal said...

Mowisz? Moze i fakt to....

FotoIndex said...

Chyba pierwsza sensowna recenzja, w porownaniu z bluzgami, ktore przetoczyly sie po roznych forach i blogach.

marszu said...

Kurcze, przegapiłem :( a mam blisko.

Anonymous said...

bylem na tej wystawie. Musze przyznac, ze takiej porazki nie spodziewalem sie. Porazki Muzeum glownie, dlatego, ze ekspozycja byla w ogole nie przygotowana. Oswietlenie fatalne.
Co do zdjec - Tomaszewski jak ponad wysoko zawieszona poprzeczka. Tylko dlaczego wybrano blikujacy papier ? Wydruki fatalne. Moze sprawdzi sie taki papier przy zdjeciach reklamowych, ale zdjeciom Tomaszewskiego zaszkodzily!