2008/05/12

Lokalny Artysta na krańcach (starego) Świata


Jak donosi "Gość Sobotni" z niedzieli 11 maja 2008 r. Lokalny Artysta przesłał za pomocą MMS'a dowód poświadczający o tym, że koniec starego świata znajduje się na północ od miasta Brzeg, w północno-zachodniej części województwa opolskiego, gdzieś tu. Lokalny Artysta znany jest ze swoich weekendowych w-siną-dal-zapadnięć, po których potrafi zdobyć materiał prasowy na wagę złota, łamiący wszelkie stworzone przez człowieka teorie. Oto krótka wiadomość tekstowa od L.A. dołączona do otrzymanego przez nas MMS'a:

To, co do tej pory każdy z nas miał okazję przeczytać w podręcznikach historii w szkole podstawowej (nie licząc mojego rocznika i starszych, wychowanych na komunistycznej historii, która była zupełnie inna), to czyste brednie. Otóż najprawdopodobniej Krzysztof Kolumb budując statki na swoja wyprawę datowaną na 1492 r. przyjechał po drewno na ich budowę właśnie na Dolny Śląsk, gdzie wg niego było już wystarczająco pięknie, by nie mieć potrzeby szukania lepszego, ładniejszego świata. Do Chin i tak było 3000 km bliżej stąd, niż z Półwyspu Iberyjskiego. Jednak królowa nie zgodziła się na taką opcję mając chęć dowieść, że hiszpańską koronę stać na drogą ekspedycję w nieznane. Na cześć tej malej osady na nikomu nieznanym w świecie Dolnym Śląsku, Krzysztof Kolumb nazwał odkryty ląd Nowym Światem.

2008/05/09

nie mam tytułu, bo za wiele spraw - coś o cyrku


Lokalny Artysta czasem odwiedza Sosnowiec. Nigdy w życiu by tam pewnie nie trafił, gdyby nie rodzina jego żony. Sosnowiec to najbrzydsze miejsce na świecie jakie widziałem. Czerwionka Leszczyny jest brzydka, ale fascynująca przez ogromne hałdy. Katowice są interesujące przez ludzi i architekturę (oczywiście w oczach L.A., by nie generalizować). Sosnowiec nawet nie jest nijaki. Jest dziwny. Większość ludzi na ulicach nie ma żadnego uroku, żadnego uśmiechu, przypominają trochę mieszkańców pewnej enklawy z filmu Pamięć Absolutna. Jednym słowem na ulicy jest brzydko. Co ciekawe, czasem w tym brzydkim jak noc miejscu pojawia się coś, co ma je rozweselić, ale czy cyrk jeszcze potrafi śmieszyć? L.A. nie ma pojęcia, czy po 20 latach nieobecności w cyrku, gdy ma już lat prawie 30, cyrk będzie go śmieszyć, czy może smucić? Niemal pewne jest, że w cyrku nie ma nic śmiesznego. Smutny Klaun, który dochodzi emerytury ma zmarszczki na twarzy zakryte grubą warstwą białego pudru. Koń ozdobiony w pióropusze, który tydzień spędził w wozie transportowym... małpa, co siedziała na sztucznym fikusie teraz z portkach biega po arenie, a papuga w życiu nie latała w gąszczu drzew? Nie, cyrk obwoźny nie rozśmieszyłby Lokalnego Artysty. Nawet nie w Sosnowcu. W Sosnowcu w połowie kwietnia nie było jednej śmiesznej sytuacji. Był pogrzeb. Był bardziej przygnębiający niż pogrzeb matki Lokalnego Artysty blisko 4 lata temu. Był ksiądz, co spieszył się tak ze swoją powinnością, że wyprzedził oczekiwania pogrążonej w żalu rodziny o całe 40 minut. Przekroczył też oczekiwania finansowe tej rodziny inkasując 700 zł za powinność, która nazywa się "powinnością", czyli powinna być przez samo powołanie do kapłaństwa wykonywana za darmo. Ksiądz oczywiście w duchu Sosnowieckim, ubrany w polar o jaskrawych barwach. Był organista ubrany w nylonowy dres niebieski w paski, co się darł i myślał, że darciem ukoi ból bliskich. Ponoć cudem było, że był trzeźwy. Był upośledzony umysłowo pomagier, co się kręcił w jedną i drugą stronę trzaskając drzwiami od kaplicy. Nie można mieć do niego pretensji, ale od jego opiekuna tak. Przy zakopywaniu trumny L.A. miał starcie z najcięższymi idiotami na świecie. Ponieważ L.A. ma dość niską odporność na bół psychiczny stał z boku. Z boku też stały 3 najbrzydsze osoby na świecie, brzydki 60-latek i dwie brzydkie panie podobnego wieku, jedna miała nos jak po ciężkiej walce bokserskiej. Ludzie (?) Ci mieli kompletnie w dupie to, po co są w tym miejscu, na co L.A. - mimo nie deklarowania przynależności do jakiejkolwiek wiary, ale za to po prostu ludzki - nie mógł pozwolić. Niestety w parze z brzydotą szła niska inteligencja, więc brzydale nawet nie wiedziały, o czym mówię. Było ciężko jak cholera. Po pogrzebie stypa rozdarta między dwa fronty rodziny: front emocjonalny i front "nic się nie stało". Znowu ciężko jak cholera. Cyrk jak cholera.

2008/05/08

Gdyby Jan Serce był gołębiem....


Gdyby Jan Serce z serialu Jan Serce był gołębiem, jak na przykład idąc za przykładem masowych filmów animowanych o różnych zwierzakach (np. Sierżant Dolot), to gdyby doznał największej od miłości krzywdy, to pewnie tak by wyglądała scena to przedstawiająca. Oto cukrówka, która w miejscowości Lipki po zderzeniu z autem (co pewnie nie jechało wolno) zgubiła serce. Serce to ta mała czerwona owalna bryłka po lewej stronie. Nie zrobiłem tego zdjęcia bynajmniej dla zabawy, nie ma w tym nic śmiesznego. Smutne to jest. Ona wygląda sama w sobie jakby spała, pewnie zasnęła, gdy jej własne serce opuściło jej małe ciało i jeszcze chcąc żyć pompowało w szale krew. Smutne. Zawsze bardzo lubiłem te ptaki. Generalnie szkoda mi wszystkich zwierząt ginących przez nasze (ludzkie) wynalazki.

2008/05/04

Lokalny Artysta vs Lokana Burza


Lokalny Artysta ma - między innymi - pasję poruszania się za pomocą jednoślada napędzanego małym silnikiem i mającego płozy. Innymi słowy skuterem, ale lubię, jak początek postu niesie ze sobą nieco patosu. Normalne jest to, do czego wielu z nas zdążyło się przyzwyczaić, że występują pewna prawidłowość. Otóż w 99% przypadków, jeśli na miesiąc pracy przypada dzień wolny od wszelkich zajęć, a czasie pracy jest piękna pogoda, to w dniu wolnym od myśli roboczej następuje oberwanie chmury. Majowy długi weekend nie był tu wyjątkiem. Na zdjęciu powyżej możecie zauważyć burzę, która usilnie próbowała odebrać mi radość z jazdy skutem gdzieś na drodze między Bystrzycą Oławską a Brzegiem (opolskim), czyli gdzieś tu, widok w kierunku północnym. Raz unieruchomiła mnie - całe szczęście - gdy byłem z wizytą (no, rewizytą po środowej imprezie) u kuzyna Olka. Pobłyskało, pokrzyczało z chmur, i potem dalej jazda. Nie mam zbyt wielu zdjęć, nie była to megaprzygoda, ale czułem się dobrze z myślą, że to ja jestem górą i mogę sobie mijać tę burzą jak mi się podoba.

O, jedna fajna sprawa w miejscowości Psary (między Brzegiem a Oławą). Nie mam jeszcze pełnych informacji na jej temat, choć to bardzo blisko mnie. Jak przyjadą posiłki to trzeba spenetrować fotograficznie. Nigdy nie widziałem w budynkach pomajątkowych (oczywiście w okresie 1945 r. do 1989 r. - a może i dalej - służącej za PGR lub inne RSP) takiego rodzaju zabudowań z kolumnami, a tu piękny przykład kolumn w stylu doryckim. Do tego niesamowity kościół i gdzieś w parku stary pałacozamek.

2008/05/02

majowe grillowanie w świetle artystycznego nieładu - o węglu


Nadszedł maj i majowa tradycja grillowania w kręgu rodziny nie ominęła także Lokalnego Artysty. Tak, Lokalny Artysta jest mięsożercą. O zgrozo! Je mięso! I nie jest pedałem! Nie jest pedałem?? No nie jest. Jest jak najbardziej zdrową według poglądów prawicowych jednostką. Nie wiem tylko, kto w zasadzie ma ustanawiać kryteria normalności. Kiedyś robił to Kościół, ale czy o normalności może decydować ktoś, kto świadomie wyrzekł się swojej seksualności? Kto odrzuca wszystko to, co naturalne? Nie mam jakoś przekonania w tej materii. Powiedzmy, że Lokalny Artysta nie jest homo, ale też nie ma dowodów na to, że jest normalny. No, normą jest ogół, a nie margines. A skoro większość mieszkańców powiatu oławskiego siedzi właśnie w strugach deszczu na wejściowo - wolnym koncercie majowym i słucha Sidneja Polaka (::)) to ja jestem nienormalny, bo siedziałem na ogrodzie przy grillu z teściami i rodziną od strony żony, co przyjechała z Zagłębia (czyli Zagranica Śląska). Lokalny Artysta jest marginesem. Lokalny Artysta nie jest ogółem.

Nie jestem normalny. Nie! Jednak muszę być normalny, bo nienormalny nie zdaje sobie sprawy ze swojej nienormalności.

Koniec końców deszcz spadł na ziemię i z nim moje rozważania o normalności wsiąkły w murawę.

2008/04/29

LPD - Śnieżnik 27.04.2008 r.


Coś się udało, a coś nie. Ludzie dopisali, pogoda w sumie też. Nie dała rady emulsja na filmie. Albo pan laborant, choć kasuje za tego Q-laba nie mało. Tak czy siak filmy wyglądają jakby zabrakło 2 EV. 2 EV w górę to nie problem dla żadnego negatywu, ale w dół to już nie bardzo. Przeto zadowolenie jest, ale z siebie i z ludzi. Ze zdjęć gorzej, ale pojawiło się kilka ciekawych dla mnie historii. Pojawili się ludzie, którzy swoją osobą określają mnie. Jak? Ano tak...

Jan z Józefosława pod Warszawą.
Pan Jan zrobił mi zdjęcie, ma wysłać mailem.


Bożena i Wojciech z Warszawy.


Ania i Arek z Wrocławia.
Arek jest architektem, dał mi swoją wizytówkę.


Dorota i Michał z Kłodzka.
Nie znają Bartka Pogody.






Ludzie Po Drodze - lpd

To póki co robocza nazwa cyklu, tytuł finalnie będzie inny. Już części starszych postów nadałem etykietę "lpd" dzięki której będzie można śledzić rozwój tego działania. No, wprowadzi małą nutkę "reality show" w moją pracę twórczą. Część oczywiście będzie trzeba powtórzyć, co chwilę okazuje się, że coś mi nie gra, coś się dociera itp. Nie jestem na tyle biegły w oświetlaniu ludzi w plenerze, by zrobić to z przyłożenia, ale myślę, że relacja z kolejnych realizacji, mnie i bardziej udanych może być ciekawym uzupełnieniem całości. Choćby dla mnie. Na pewno "Kuzyn Olo" idzie do poprawki, zapewne "Pana GOPRowca już drugi raz nie ustrzelę. Najpierw muszę znaleźć jedną ścieżkę, ale myślę, że to, co znajdzie się tu poniżej już jest pewnym węższym polem manewru. A lubię się sam ograniczyć czasem. To tak jak z używaniem stało-kontrastowych papierów w ciemni. Wolę je, niż mieć do wyboru 10 stopni kontrastu i w sumie zgubić się w opcjach - nawet wiedząc co chcę osiągnąć (w sensie rezultatu). Za to papiery stało-kontrastowe piękniej się tonują i chętniej poddają wszelkim zabiegom retuszu chemicznego, a to daje lepsze efekty (w moim odbiorze) niż używanie papierów vario. O, taka dygresja.



-----------------------------------------------------------------------


Irena (teściowa) - mama mojej żony podczas prac w ogrodzie.
Ścinawa, powiat oławski, kwiecień 2008 r.



Mirosław (teść) - tato mojej żony podczas prac w ogrodzie.
Ścinawa, powiat oławski, kwiecień 2008 r.




2008/04/28

kolejny szczyt, którego nie zdobyliśmy.

Moja kondycja to już nawet nie jest mizerna. Nie ma w języku polskim już możliwości wymyślenia słowa, które miało by mniej niż jedną literę i było do przeczytania, by opisać małość mojej kondycji. Może niech wyznacznikiem jej małości będzie to, że opisane zdarzenie miało miejsce wczoraj, a piszę o tym dzisiaj.

Na pięknym Dolnym Śląsku jest piękne miejsce jak Kotlina Kłodzka. Kotlina ta jest z samej natury kotlin otoczona ze wszech stron niewielkimi pasmami górskimi (generalnie całość to Sudety). To nie są w większości góry trudne do chodzenia, właściwie są górami spacerowymi, choć dla mnie to była walka o każdy atom tlenu w powietrzu.



Jednak nie jest to post o mojej wycieczce i chęci poznawania gór, które kocham (generalnie każde wzniesienie, łącznie z hałdami na śląsku przyciąga mój wzrok). Jest to post o tym, co się rodzi w głowie.

W góry pojechałem po to, bo kolejny raz rozpocząć tworzenie nowego cyklu - i chyba zaskoczyło. Od zawsze to za mną chodziło. Zrobić coś swojego, ale jednocześnie coś bardziej uniwersalnego. Myślę, że będzie dobrze. Kwestia dalszej pracy. Otóż mam dwie choroby: pierwsza to lęk przed obcymi ludźmi (ale obcymi zupełnie), druga choroba to robienie fotografii, których nikt nie rozumie (no, prawie nikt, czasem prof. Birgus, czasem inni na Becvie, ale pod warunkiem niedokońcatrzeźwości - ale nazwę to może nie podobaniem, a tolerowaniem). To co mi w głowie gra to jednak nie tyle pomysł na to, by w końcu pokazać coś, co od razu każdy zrozumie, co ktoś może uznać za moje, za niewydumane itp. Problem polega na tym, by pokazać światu co mi w duszy gra nie tworząc nowego języka, ale w ramach istniejącej "bazy fraz" wygenerować coś swojego i zrozumiałego dla innych. Nie wynika to z potrzeby akceptacji, ale z prostej potrzeby zrozumiałego wyrażenia siebie. Jako twórca nie jestem zobligowany do tworzenia nowego języka. Jestem zobligowany do tworzenia swojego stylu, charakterystycznego dla mojej osoby, jak choćby ten blog: sarkastyczny komentarz do samego siebie. Ten blog jest czymś w rodzaju samorozwoju. Kto tu zagląda i ma czas na czytanie tekstów sam rozumie, jak to się rozwija i samo napędza.

Ponieważ w górach idzie się dużo pod górę, a im wyżej, tym mniej powietrza i tacy astmatycy jak ja mają kompletnie dość, to nawet bliskość mojej żony nie spowodowała u mnie chęci rozmowy. Skoro mam iść i się skupić na wykorzystaniu oddechu do wyłapywania tlenu a nie do gadania, to zająłem się myśleniem. Myślałem o dzisiejszym wpisie. I tak wyżej, jaśniej i w tym miejscu (jakieś 1380 m n.p.m. - Śnieżnik) doznałem olśnienia. Nie chcę li tylko fotografować obcych ludzi w górach...
...chcę się nimi wypowiadać. To jest to. I to nie jest kwestia duźej wysokości ani oślepiającego Słońca, ani biodra, które nie pozwoliło mi juź dojść ani metra wyżej, ani kolan, które nie chciały mi pozwolić na bezpieczne zejście - kondycja siadła. Do reszty.

Jednak umysł tłoczył strzałki w diagramie myślowym. W jaki sposób określić fotografią, kim jestem? W jaki sposób zaznaczyć czas, w jakim jestem, jak pokazać przestrzeń na jakiej żyję, jak to wpleść ludzi, których obecność mnie określa? Nie jestem przecież raczej typem pustelnika. To ludzie i otoczenie kreują mnie. to może straszne filozofowania, ale masz Czytelniku wybór, nie musisz czytać do końca. Kiedyś otoczenie kształtowało człowieka, aż w końcu to człowiek zaczął kształtować otoczenie. Analogia jest prosta: to ludzie, którzy są w różnych sytuacjach wokół mnie określają kim jestem. Bo przecież na pytanie kim jestem nie ma jednej odpowiedzi. To że pracuję jako grafik nie oznacza, że na pytanie kim jestem mogę odpowiedzieć, że jestem grafikiem. Z zawodu jestem grafikiem. Z zamieszkania jestem Oławianinem, z pochodzenia Polakiem ze wschodnimi korzeniami... z orientacji seksualnej jestem heteroseksualny, ze stanu cywilnego jestem mężem... etc, etc.

Ale na pytanie kim jestem nie mam odpowiedzi. Odpowiedzą to tym moje fotografie i ludzie, którzy na nich są. Wszyscy Ci, którzy zgodzą się stanąć na wprost przed obiektywem mojego aparatu, przekonani moim ułomnym wizerunkiem i towarzystwem życzliwej Gosi czy kolegi, który akurat pomaga nosić statyw czy kształtować blendą światło, że nie jestem zboczeńcem i nie będę potem wyklejć sobie sufitu nad łóżkiem ich wizerunkami i Bóg wie co robić.

Nie wiem jeszcze jak, ale wiem, czuję to, że ta droga może mi pomóc w określeniu się na prawdę, kim jestem. Już nie chcę męczyć świata o pozostałe pytania bez odpowiedzi. Wiem, że mi wystarczy to.

Teraz mogę zejść na chwilę ze szlaku, spożyć jajo na twardo (nie ma nic lepszego na szlaku) i może herbatkę? Jest schronisko na Śnieżniku, uwielbiam klimat schronisk. Na przykład za to:
...a tego nawet na allegro ciężko się doszukać. To mi przywołało wiele wspomnień. Wiem, w całym kraju była taka porcelana w każdym ośrodku FWP (pewnie też w okolicznych domach kucharek, pomywaczek itd). Ale miej więcej tu w pierwsze moje wakacje w górach w 1984 roku na takim talerzu maltretowałem parówkę nożem skutecznie zniechęcając innych wakacyjnych gości Lądka Zdrój do jedzenia:) Jeśli ktoś z nich to czyta, to teraz oficjalnie i publicznie za to przepraszam.

Tak czy siak ci goście sprzed prawie ćwieć wieku, jak i Wy, obecni czytelnicy moich wykwitów macie na mnie haka. Otóż jako jeden z nielicznych współczesnych polskich artystów napisałem Wam, z czym zwiążę najbliższe kilka miesięcy, może lat mojego życia twórczego. Potem nie będzie już tego jak odkręcić. Google trzyma kopię wszystkiego. Chciałbym, żeby to, co zostało założone, spełniło się. Chciałbym stworzyć przy pomocy przypadkowych ludzi obraz siebie. Chcę dać innym fotografom i ludziom o wyższej niż przeciętna wrażliwości obraz siebie, a tym, którzy tego nie widzą prosty i czytelny obraz po prostu wyrywkowo wybieranych ludzi żyjących w latach od do i żyjących na terenie stąd dotąd, czy po prostu sfotografowanych przez Lokalnego Artystę z Dolnego Śląska.

Wszystkie fotki w tym poście wykonała moja kochana żona Gosia, która właśnie w tej chwili męczy Sunię od 2 godzin skracając jej futro, gdyż wczoraj pies się troszkę w górach zmasakrował, a dziś gorąco i pies się męczy z kożuchem. Sunia wczoraj dała radę. W końcu przebiegła sumarycznie 32 razy więcej niż my:) chętnym przelicznik poślę na skypa:) Sunia spała po wycieczce ponad 24 godziny, w tym łącznie około godziny przerwy w śnie zrobiła sobie na potrzeby psie (jedzenie, picie itp). Ci, którzy ją znają wiedzą, że musiała być wykończona:)

2008/04/25

kończą czasy rodzinnych atelier

Codziennie niemal jadąc ulicą Opolską we Wrocławiu mijam kamienicę (w okolicy pętli tramwaju nr 5), w oficynie której znajduje się stary zakład fotograficzny p. Kelementyny Szubert. Za samo imię oddałbym jej swoje najcenniejsze negatywy do wywołania. Nie wiem dlaczego, ale takie zakłady budzą we mnie jakiś szczególny rodzaj zaufania. A nawet jak porysuje te negatywy, to nic się nie stanie, przecież one wywoływały się w maszynie, która wywołuje w miesiącu może z 5 filmów. Ale może nie. Nie wiem, bo nie byłem w nim. I chyba nie chcę wchodzić. Wolę trwać w wyobrażeniu, że za ladą stoi miła, starsza osoba, że wszędzie unosi sie zapach tiosiarczanu i na ścianie wiszą zdjęcia, które wykonywane są w mini atelier, że w kącie śpi sobie stary szorstkowłosy jamnik, który na widok każdego klienta cicho mruknie i kilka razy od niechcenia stuknie merdającym ogonem w futrynę ze świerkowych desek.

Wizyta u fotografa kiedyś była wydarzeniem, choćby z samego tego, że towarzyszyła ważnym wydarzeniom w życiu człowieka: chrzciny, komunia, ślub, kolejne rocznice, rzadziej fotografie na pożegnanie się ze światem. Czasem ktoś wpadał na pomysł, by iść i u fotografa wykonać portret, by wysłać go bliskiej osobie, wszystko otoczone magią, zapachem, ciszą i brzdękiem metalowych sprężynek i zapadek w aparacie. Terminy po 2 tygodnie. Każda kopia traktowana z namaszczeniem, każda była ważna, często sygnowana odwrocie nazwą zakładu. (no, może sięgnąłem już za daleko).

Tu w swoim stylu powinienem napisać, jak źle jest teraz. Spokojnie, co ma wisieć nie utonie. Wiemy wszyscy, że tak już nie ma, że nie ma zakładów (w Oławie - rodzinnym mieście Lokalnego Artyzmu - zakład p. Silskiego, pierwszy czynny po wojnie zamienił się na komercyjną lodziarnię - komercyjną, bo z jakimiś przemysłowymi lodami), że nie ma tradycji fotografowania, wiemy, że cyfra zabiła ducha rodzinnych albumów, które ustąpiły miejsca urządzeniom podpinanym pod telewizor, Google Picasa, blogi, łebsajty itp. O, zapomniałem o telefonach komórkowych.

Wielu fotografów teraz narzeka, że rynek fotografii kuleje, bo "za komuny" nikt o niego nie zadbał. Uważam, że się mylą. właśnie "za komuny" fotografia miała wartość i była szansa właśnie wtedy uświadomić masowemu odbiorcy wagę obrazu fotograficznego i można było właśnie wtedy zadbać o to, by teraz małe studia rodzinne istniały. Nie. Teraz fotografia jak już opuszcza cyfrowy nośnik i trafia na papier, to nie w jakimś pachnącym magią miejscu, tylko w sklepie przy okazji kupowania proszku do prania, przy okazji zakupów przez sieć, przy okazji bez okazji. To smutne, bo sami zdeprecjonowaliśmy wartość obrazu, którym w większości żyjemy.

Gdy około 1998 roku zaczynałem "karierę" zawodowego grafika, fotograf był kimś. Za byle packshot kasował górę pieniędzy, a traktowany był jak świętość przez swoich klientów, bo było ich mało (fotografów). Później pojawiła się cyfra. I to nie ona zawiniła, ale Ci fotografowie, którzy nagle chcieli walczyć z innymi cenami. I tak cena głupiego packshotu spadła o 90% - bo teoretycznie nie ma żadnych kosztów wytworzenia fotografii. I podkreślam, to nie nowe medium zawiniło, tylko operator. Co dziwaczniejsi nabywcy stwierdzili, że mogą sobie sami robić każdą niemal fotografię (no przecież mój Sony Cyberszot ma XXXmln pixeli!), ale to już minęło. Ale pojawili się amatorzy i sztoki za 0.25$ za fotkę. I tak doczekaliśmy czasów, że fotografia komercyjna w dobrym wykonaniu dalej kosztuje dużo i towarzyszy drogim markom, a wiele tych średnich i tanich używa knotów.

Pytam zatem, jak zwykły człowiek karmiony setkami tanich obrazków dziennie ma mieć świadomość, że fotki z telefonu komórkowego nie postawi na kominku i za 25 lat, kiedy jego potomek przyjdzie do dziadka z własnym potomkiem, to co mu pokaże?? Motorolę V3??

2008/04/23

23 kwietnia - oświecony, czyli kontrą zza pleców prosto w twarz

W czasach, gdy wodzem narodu był sir Wojciech Jaruzelski czułem dumę. Byłem szczęśliwy, że posiadałem imię wodza, zwierzchnika, jeden grzyb. Dodatkowo zazdrościłem swojemu Tacie, że jest Jerzym, a jak powszechnie wiadomo wiele osób dzisiaj się upije w związku ze znaniem się z Wojtkami i Jurkami. Ja się napiję podwójnie. W dowodzie mam Wojciech Jerzy... Tak czy siak dotarła do mnie pewna życiowa prawda (choć przerażenia u mnie ona nie budzi): nadchodzi trzydziestka. Tak, za 8 miesięcy zakończę (mam nadzieję) kolejną dekadę życia. Jak zwał, tak zwał, zrozumiałem, dlaczego dzieci obchodzą urodziny, a dorośli imieniny. Dzieci chcą być jak najszybciej się zestarzeć, dorośli najlepiej by chcieli zdziecinnieć (no, wielu, których znam, doskonale się to udaje, ale mają strasznie mało fajnie w życiu). Pierwsze jest nieuchronne, ale będąc dzieckiem człowiek nie zauważa prędkości czasu, a jak już jest starszy, to nie zauważa, kiedy się kończy.

Tak czy siak pora na celebrowanie imienin. Zawsze lepsze krojenie tortu z imieniem, niż odcinanie kolejnej porcji cyferblatu. Mentalnie jest to usprawiedliwione. Ponieważ mało ludzi już pamięta o imieninach Wojciechów, chciałem pozdrowić Wojciecha Jaruzelskiego, Wojciecha Manna, Wojciecha tego od piosenek nie, bo go nie lubię (Młynarski) bo nie lubię jego córy. Z Jerzych życzę samego dobrego Jerzemu Lewczyńskiemu, za normalność.

2008/04/22

można się było spodziewać...

Jak zapewne drogi Czytelniku udało Ci sie przeczytać w jednym z wcześniejszych postów i na bannerze w górnej części strony, Lokalny Artysta był kompletnie "nakręcony" na koncert legendarnej niemieckiej formacji Einstürzende Neubauten. Był post o tym, że będą, był o tym, że mam bilet.

Teraz post o tym, czego można było się spodziewać, co się ziściło, a co nie. Można by dodać, że to suma zysków i strat, ale tak nie było.

Nie było strat poza kilkoma kroplami krwi, które z L.A. wyssały komary, bo oczywiście polski organizator nie był w stanie dotrzymać godziny wejścia na salę. Zamiast wejść o 19.00 (wg planu) wyszła godzina 21.00 z minutami. Nie było by komarów, gdyby się nie okazało, że pewnie sprzedano zbyt mało biletów, by organizować koncert we wcześniej zakładanym miejscu, czyli Stodole (Warszawa) i imprezę przeniesiono do klubu Progresja na Bemowie, czyli końcu świata.

Plusem było to, że można było nabyć piwo, minusem to, że w sali można było palić. Piwo nikomu nie przeszkadzało, bo na taki koncert nie przychodzi się po to, by kompletnie się "zalać". Ale dla wielu ten trunek ułatwia percepcję. Tak czy siak, gdy na scenie śpiesznie zjawili sie muzycy, gdy wszystko się zaczęło, okazało się, że piwo w dużej ilości będzie jednak potrzebne. Obsługa nagłośnienia (z naklejek na sprzęcie wyczytałem, że to polska ekipa) dała ciała. Einstürzende Neubauten grają muzykę, która wymaga - mimo ogromnej ilości hałasu - niesamowitej precyzji. Panowie za konsolami postanowili jednak wnieść swój wkład w muzyczną legendę i słuchać się nie dało. Sami muzycy już mieli tego dość, jednak całe szczęście to dobrzy ludzie i nie zmanierowani artyści, więc obrócili sprawę w żart. Ale gdyby to była Edyta Górniak...

Tyle narzekania. Koncert sam w sobie, jego prowadzenie jak i sam dobór utworów był rewelacyjny. Blixa jest znany z dobrej interakcji z publicznością, nawet gdy ktoś jednak przegnie z alkoholem, co też miało miejsce. Może wydawać się, że to zbyt mało słów "in plus", ale co tu pisać? Zespół po prostu jest doskonały, w doskonałej formie, muzyka stała się mniej szalona, ale pamiętać trzeba, że oni już nie muszą eksperymentować, tylko na bazie wcześniejszych (już blisko 30 lat) doświadczeń mogą tworzyć coś, co dalej wyznacza nowe nie tyle standardy, co progi, dając do zrozumienia, że ich muzyka cały czas "pracuje" i ciężko, na prawdę ciężko będzie innym ich pobić.

Tym bardziej po koncertowym wykonaniu "Let's Do It A Dada" jak i "Nagorny Karabach" czy "Unvollstaendigkeit". O pozostałych nie wspomnę.

Dzięki takiej postawie trudno ich jest jednoznacznie zakwalifikować do konkretnego nurtu, tak jak na początku działalności, a przypięcie etykiety: alternatywa - jest bez sensu, bo to spłaszcza rozumienie. to po prostu Einstürzende Neubauten.

Ale już po koncercie. Zapis trasy na zdjęciu. Zapis wszystkiego, co się działo od niedzieli 20 kwietnia do poniedziałku 21 kwietnia.

Dziękuje Pawłowi O. Falenickiemu za pomoc w realizacji nakoncertwyjścia.




2008/04/18


Lokalny Artysta generalnie ma problemy z muzyką. W młodości szargała nim nieodparta chęć zawojowania sceny muzycznej, choć wrodzony brak rytmu już wcześniej ujawnił się w jego życiu. Ilekroć próbował swoich sił chcąc wydobyć jakieś brzmienie z dowolnego instrumentu, tyle razy tracił przyjaciół. W końcu dotarło do niego, że muzykiem być nie może. I raczej nigdy nie będzie. Śpiew też mu nie wychodził, ale tu akurat śpiewa podczas podróży (samotnych), co mogą zweryfikować mijani kierowcy innych aut.

Lokalny Artysta ma jednak muzykę w sobie i życie bez niej było by może nie pozbawione sensu, ale na pewno było by nudniejsze. L.A. nie jest też melomanem, po prostu lubi muzykę i ma swoje typy, które w domowej płytotece mają ciepłe miejsce.

Ostatnio dzięki osobom trzecim wpadła mu w ciekawe światła ręce płyta autorów: Burnt Friedman; Jaki Liebezeit zatytułowana: Playing Secret Rhythms. Okładka jest na górze tego postu.

Jak się okazało - choć panowie Ci nie byli mi znani w sensie postaci - dźwięki odnalazły się na jednej z płyt Davida Sylviana.

Piękna rzecz, minimalistyczne dźwięki połączone z klimatycznym ambientem, długie rozmarzone utwory czasem okraszone niby niedbałą gitarą przeplatającą się z dzwonkami i odgłosami ulicy. Coś doskonałego. Myślę, że to dobry "aperitif" przed najbliższą niedzielą, zwaną dalej Wielką, gdyż o 19.30 w Warszawie zagra Einstuerzenden Neubauten, którzy z ostrego i dość inwazyjnego industrialu (dość szaleńczego) przeszli w spokojną fazę delikatnej, lecz wciąż nieprzewidywalnej ciągłości dźwięków.

I L.A. tam będzie.

20cm nad ziemią.


2008/04/11

Artysta czasem pojawia się w toalecie.

To pierwszy taki manifest w historii lokalnej sztuki. Lokalny Artysta tym razem podjął trudne zadanie konfrontacji małomiasteczkowej wiedzy na temat Sztuki i Artystów. Jednak sprawa jest zbyt kontrowersyjna, by mógł ukazać w pełni swoją twarz.

Po kilkudziesięciu już latach życia doszedł do takich wniosków, że żyjemy w społeczeństwie "Sztukofobii", która objawia się przez lęk przed tym, czego ludzie się boją.

Oto kilka przykładów z życia.

1. Artyści śmierdzą, bo się nie myją, prowadzą rozwiązły tryb życia, a woda jako byt filozoficzny nie może być skażona ich cielesnością, bo to zmyje im ich imidż. Dowód: tak w rzeczy samej jest. Ale zauważyłem, że to jest generowanie odgórnie przez samych artystów. Chęć do manifestacji swojej odrębności i indywidualności jest tak wielka, że najlepiej w czystym i higienicznym społeczeństwie najlepiej być brzydkim, śmierdzącym i nosić ubłocone butki. Dlaczego? Bo co, do sklepu ma iść artysta?? Nigdy. Ja noszę czyste i markowe buty. Artystą nie zostanę. Ale jestem brzydki, więc jest szansa.

2. Artysta musi wyglądać artystycznie. Nie ma mowy i wtopieniu się w tłum, nie ma mowy o standardowym wyglądzie. Musi być emo. Kolega właśnie u mnie był i w związku z tym, że musiał na zlecenie być na żywo w pewnym reality show we Wrocławiu, musiał się tam udać ze sprzętem i pan od reżyserii jak go zobaczył, to kazał mu wyglądać bardziej artystycznie. Czyli jak?

3. Nie mam na to dowodów, ale dziwi mnie to, że jeszcze nie ma w ludziach odruchu ataku na artystę, bo to może być skrytopedofil. Ale już to się zmienia. Myślę, że więcej oszołomów w polityce (a rodzą się, oj rodzą) i będziemy mieli internowania itp. Wyobraźcie sobie rozmowę dwóch internowanych artystów:
- Za co siedzisz?
- Za fotografię nagiej dziewczyny w lesie, a ty?
- Ja za rzeźbę owcy na ołtarz w Licheniu, bo była wygolona...

4. Marketingowcy strasznie lubią artystyczne rzeczy. Szczególnie meble z IKEA i klub Cynamon. Artystyczne są także auta Infinity i noże ceramiczne (kuchenne) marki Kyocera po 2000zł za nóż, który w instrukcji ma napisane, że nie można nim kroić niczego, poza masłem (ciepłym). Ale jest najostrzejszy. Z kolei zawsze marketingowiec wie, co jest bardziej artystyczne lub inspirujące.

5. Zaczynam bać się siebie jako artysty, nie wiem, kiedy dojdę do momentu, gdy uświadomię sobie, że nie mam medium, które w pełni wyrazi mnie? Może konceptualiści mieli rację, że liczy się myśl, a reszta to gruzy. Zaczynam się martwić o to, że sztukę zaczynają tłumaczyć. Tłumaczyć nie znaczy rozumieć. Ludziom.

Może lepiej założyć żółte buty, zielone spodnie i mieć dziury na pośladkach i powiesić się na bilbordzie? Oczywiście wisieć tak długo, żeby zacząć śmierdzieć. Bo bez smrodu nie ma sztuki. I dziwnie wyglądać. Tylko jak?

2008/04/08

TikTak byłby dobrym tytułem, ale czy na pewno...

Lokalny Artysta tym razem mierzy się z problemem Czasu. Tym razem w kompletnej intymności, tylko L.A. i Widz. Bez mediów. Niedzielny poobiedni spacer po Ikei potrafi zaskoczyć natchnieniem. Generalnie całe to badziewie, które tam można kupić egzystuje wyłącznie na potrzeby czasu. Wszystko w tym sklepie jest poddane czasowi i zasadzie: Czas to pieniądz. Nie dość, że w minimalnym czasie klient ma przejść przez cały sklep, to w tym minimalnym czasie i oczywiście szybko ma się zdecydować na zakup serii bibelotów do wyposażenia jest gniazdka, które przecież też rodziło się w określonym czasie - częściej długo płynącym jak wynika z subiektywnego wrażenia przemijania czasu.

Opakowania produktów są przemyślane w taki sposób, by ich układanie i pobieranie z palet zajmowało mało czasu, montaż dostarczonymi narzędziami oszczędza nam czasu na poszukiwaniu odpowiednich narzędzi w domu, a wiemy w większości, że tracimy na to dużo czasu, bo ten mały imbus, co zawsze szczypał w tyłek na kanapie nagle - choć był tu wczoraj - zniknął. Przy kasie widzimy tabliczkę: proszę ułożyć produkty kodami kredkowymi w stronę kasjera, to zaoszczędzi czasu i ułatwi obsługę. Ale po co, może ja się nie chcę spieszyć, chcę iść powoli, ale tłum za mną prze do przodu i nie ma czasu, zresztą szkoda go na szukanie lampy za 39.90zł czy za 24,99. Jeden grzyb, i tak świeci.

Koniec końców wychodzę ze sklepu z oszczędności czasu nabywając serię rzeczy potrzebnych i tzw. gratów, z blatem biurka odebranym z oszczędzającego czas magazynu samoobsługowego, kasjerka już szybko skasowała i do auta. W aucie dla szybszej obsługi łatwego układania złożyłem tylną kanapę, by zmieścić obszerny blat biurka. Wracam do domu przyklejoną do marketu autostradą, oczywiście szybciej, bo nie 90 km/h, a 130 km/h, wszystko dla czasu, który poświęciłbym na stanie w korkach jadąc krótszą drogą do domu. W domu czeka walizka z akku, nogi czekają, blat czeka, W blacie dziura, bo L.A. jest półślepy. To nie była rysa na kartonowym opakowaniu. To była spodnia część blatu. No i trudno. I tak czas tego blatu będzie niezbyt długi.

Całe szczęście mam blisko do kontenera na śmieci. Zaoszczędzę sobie czas na jego "w-szybkim-czasie" wyrzucenie.


Wasz L.A.

2008/03/31

home sweet home - po 56 tygodniach mieszkaniowej banicji

Czekał czekał i doczekał. Nie było to planowane 6 tygodni, tylko o 50 więcej. Było nie było właśnie mija i odchodzi w przeszłość. Jest mi tak dziwnie, że aż się boję. Dążenie do tego zabrało mi tyle siły życiowej, że teraz już nie wiem co robić. To tak, jak nagle mieć wszystko i nie mieć sensu dalszego życia. Zejdę więc na ziemię i pomyślę, jak 95% rodaków. Teraz już tylko plazma 55" i Playstation 3. Potem mogę odejść.

Blog Kraszkostka będzie mieć problem. Zrobiły się takie korki, że nie ma możliwości tam dojechać. Popracuję nad tym w końcu tygodnia. Auto zostawię pod miastem i dalej rowerem.

2008/03/26

wiedziałem, kurde

Czekałem pół roku na tę liczbę. Pół roku mówiłem, że będzie magiczna chwila. Wczoraj nastąpiła. A ja to zauważyłem dokładnie jeden kilometr po fakcie. Miała być fotka okolicznościowa na 333.333 km przebiegu. I co? I kupa. Teraz muszę kolejne 111.111 km przejechać, żeby była następna fajna liczba przebiegowa. A tak już chciałem ją sprzedać... no nic moja Carino E. Damy radę. W rok nakręcimy do kolejnej.

czysta reklama

"Niesamowite" - wyszeptał po dłuższej chwili Redaktor. "Oszałamiające" - tyle tylko powiedział Krytyk. "Durnie" - powiedział Lokalny Artysta.

Sprawy sie komplikują. W pierwszym wywiadzie udzielonym od wielu lat naszej gazecie, Lokalny Artysta przyznał, co tak na prawdę go nosi na tym świecie. Oto fragment:

L.A.: Po pierwsze miej Pan na uwadze, że nie lubię Waszej gazety, bo nigdy nie promowaliście dobrych rzeczy skupiając się na ciotkach i kuzynkach pozyskiwanych dla fajnych dziewczyn. Po drugie muszę złamać to milczenie, bo dochodzi od wielu miesięcy do aktów nadinterpretacji mojej pracy. Proszę mi uwierzyć, że w moich zdjęciach nawet czysta symbolika nie służy owijaniu w bawełnę. To proste sprawy zrozumiałe dla niemal każdego. Doszło do momentu, gdy obraz nas już nie otacza, ale osacza. Naturalne stało się to, że wzrok przyciągany jest przez coś, co wyróżnia się z tłumu. Pusty bilbord (już można użyć spolszczonej nazwy), tym bardziej w nocy i podświetlony, bardziej przyciąga moją uwagę niż ten z kolejną reklamą sieci sklepów AGD czy innych proszków do prania. Nie wspomnę, że jest też sam w sobie ciekawym przedmiotem. Już nie jest nośnikiem, ale bilbordem - bytem architektonicznym samym w sobie.

Red.: Czy w takim razie bilbordy urosły do rangi osobnych bytów filozoficznych?

L.A.: Spierd.... pan!

2008/03/25

Pan Ratownik GOPR i inni

Marcin M. w drodze na realizację materiału zdjęciowego
dla pisma o biznesie na szlaku koło Międzygórza, 16.03.2008 r.

Przyjechał z kolegą Pawłem O. z Warszawy.

Pan Ratownik GOPR spotkany na szczycie Wielkiej Sowy, 15.03.2008 r.
Przyjechał na dyżur z Wrocławia.

Tomek R. na drodze na szczyt Wielkiej Sowy, 15.03.2008 r.
Przyjechał ze mną na mały spacer po górach.



Warto przytoczyć komentarz do tych nowych fotografii, jaki ukazał się na łamach poczytnego ogólnopolskiego dziennika. Otóż redaktor działy kultury i sztuki napisał dość odkrywczy komentarz do powyższych prac:

"...Lokalny Artysta kolejny raz zaskoczył fanów swoich fotografii. Po spektakularnym powrocie do pracy w pełni analogowej, postawił na nową jakość obrazowania, postawił pierwsze kroki w dziedzinie, na obszar której do tej pory nie wkraczał. Na jego fotografiach pojawił się Człowiek. I to jaki człowiek! Zawsze ograniczał się do fotografowania znajomych, przyjaciół, rodziny. Tym razem wśród tych dokumentacyjnych poniekąd prac pojawił się przypadkowo spotkany obywatel. Oczywiście Lokalny Artysta nie skomentował tego wydarzenia w sposób, który by nas mógł zaskoczyć, niemniej jednak jest to kolejne potwierdzenie chęci zwrotu w sztuce. Parcie do przodu poprzez powrót do korzeni w przypadku tego konkretnego twórcy ma sens i rację bytu."

2008/03/22

sobotni wieczór w wigilię Wielkanocy


Lokalny Artysta wigilię Wielkanocy, a zarazem drugi dzień wiosny spędził na wywoływaniu filmów. Zebrało się ich kilka. Zaraz po tym, jak skończył wywoływać ostatni film spoczął przed telewizorem oglądając 52 kanał Cyfrowego Polsatu, czyli Discovery Channel. Na nim dokument o łowcach tornad. Niestety mimo szczerych starań naszemu reporterowi nie udało się dowiedzieć od Lokalnego Artysty, co jest na tych filmach. Czy to nowy cykl? Czy to kolejny przełom?? Udało mu się jedynie zrobić z ukrycia zdjęcie schnących filmów, na których można rozpoznać sylwetki ludzi i jakieś bilboardy, może także krajobrazy. Póki co nic konkretnego nie wiadomo. Zobaczymy, co przyniosą najbliższe dni. Jedno jest pewne: w życiu Lokalnego Artysty coś przejmująco drgnęło...

2008/03/21

rok zleciał


[']
(TTTTT)
(TTTTT)
(LLLLL)

/\
to mały tort z jedną świeczką

2008/03/20

Zakupy


Typowe zakupy Lokalnego Artysty. Normalna lista zakupów w typie średniego maxi zestawu, który obejmuje pomidorki koktajlowe czerwone, pomidorki koktajlowe żółte, awokado, puszka kukurydzy Bonduelle, dwa bilety na koncert Eintuerzenden Neubauten. Dwa, choć Żona ze mną nie idzie, ale nigdy nie wiadomo, kto wpadnie z niespodziewaną wizytą. Jeśli nie będzie mieć ta osoba ochoty na pomidory, to może koncert ją zadowoli.

Jednak i tym razem tablidy mnie wyśledziły i zamieściły informację, że to wcale nie jest prezent dla niespodziewanego gościa, tylko zakup na zlecenie kumpla w postaci Pawła O, bossa falenickiego nurtu fotografii ogrodowej. Może i te durne tablidy mają rację. Może tylko w połowie. Drugi bilet jest mój. I ja tam będę.

Wrocław - Krakowska - Live Trasmission

2008/03/19

a zapomniałem...


Jak mogłem zapomnieć sie pochwalić. Mam ją już od grudnia 2007, wrzucam z niej foty i pracuję nią, a nie pochwaliłem się swoim zadowoleniem uchwyconym i tym razem przez Oleyneetschack'a:) W każdym razie rozwiewam wszelkie wątpliwości, że jeszcze pracuję cyfrą. To na prawdę wagowo 90% mojego sprzętu. pozostałe 10% to Feliks Edmundowicz Dzierżyński (FED 5c). I nic więcej. Może jestem durny, może jestem głupi. Może nawet szurnięty. Ale jaki szczęśliwy!

Warszawa/Falenica - 10.12.2007 r.

Po 30 minutach wiszenia posta ukazała się odpowiednia notatka w środkach masowego przekazu dotycząca potwierdzenia domniemań tabloidów. Portale internetowe o sztuce zawrzały. Instytucje zajmujące się kulturą i sztuką podniosły alarm. Wszędzie zawrzało.

Za to z pozytywną reakcją, której się nie spodziewałem, spotkałem ze strony małych producentów chemii fotograficznej z Republiki Czeskiej, Węgier oraz, co było pewnym zaskoczeniem po ostatnich komentarzach na forach pod adresem Angeli Merkel - Niemiec. Tak czy owak najważniejsze jest to, że szum powstał.

2008/03/16

tak jak kiedyś Weston, Adams, Evans


Trzej Królowie swoich branż wyruszyli pod komendą Lokalnego Artysty na polowanie obrazowe. Uzbrojeni w szklane armaty samonaprowadzające się na dowolnie wskazany obiekt, podwozie zdolne do ultraszybkiego przemieszczania się po terenach Kotliny Kłodzkiej, poszukiwali kadrów. Kadry niestety skorzystały z naturalnej ochrony, jaką zapewniły im chmury, które skutecznie uniemożliwiły postanie kontrastu na tyle silnego, by ujawniły swoje walory. Generalnie dywersja.

Niemniej jednak pojawiło się kilka ciekawych konkluzji:
  • w Kłodzku jest most, który nie jest mostem, jest ultrazabytkową kładką, ale się rozpada.
  • przewodnicy po sztolniach są git, nawet na ciężkim kacu.
  • mieszkańcy Kłodzka dziwnie się patrzą
  • opel calibra musi mieć foliowane dywaniki ze wzorem ryflowanej blachy
  • najlepsze pstrągi są w Górach Sowich
  • ogród bajek nie jest fajny, ale Międzygórze jest masakryczne.
  • Niemcy na szlaku mówią w zachwycie: Wunderbar; Angole: Beauty...; Polacy: O kurwa, zajebiste.
  • Biegacze nie chcą się dać fotografować, bo nie ustoją przed eRBetką przez 3 minuty.
  • Sunia potrafi jeść chrupki Pedegree, ale po 18 godzinach postu.

2008/03/12

na giełdzie staroci


Lokalny Artysta wyszedł poza sfery swojego normalnego postrzegania w celu przeprowadzenia oględzin na końcówce giełdy staroci odbywającej się pod budowlą o wielu nazwach. Kiedyś nazywało się to Jahr Hundert Halle, później Hala Ludowa, teraz Hala Stulecia. Lokalny Artysta nie wie czemu tak jest. W towarzystwie żony - Młodej Obiecującej Artystki i Pawła O. przeczesywali stragany w poszukiwaniu najdziwniejszych dziwactw, jednak najdziwniejsi byli sami handlujący. Oczywiście nie obyło się bez niepokojenia Lokalnego Artysty przez natrętnych dziennikarzy, jednak dzięki temu, że pojawił sie już pod koniec giełdy, ekipy filmowe miały już spakowane kamery, więc kolejny raz uniknął transmisji na żywo. Najciekawszym eksponatem zdało się być wiekowe lustro, w którym Lokalny Artysta zauważył swoje odbicie wraz z odbiciem małżonki. Nie wytrzymał i wyciągł aparat. Uwiecznił. Pan Adam Niedziele, kurator wielu wystaw w rejonie przebywania Lokalnego Artysty, skomentował to wydarzenie słowami:

"Lokalny Artysta - bo chyba bez skrępowania można już używać etykiety przypisanej temu artyście - wielokrotnie zaskakuje nagłymi zwrotami w swojej twórczości. Nikogo zatem nie dziwi fakt przeplatania jego romantycznej nuty z autoekspozycyjnym homocentrycznym ukazywaniem siebie nie poprzez sztukę, ale dla sztuki. Od kilku lat prowadzimy eksperymenty, mające na celu zaklasyfikowanie Lokalnego Artysty do jekiegokolwiek znanego nam nurtu, jednak prawdopodobnie mamy tu do czynienia z fenomenem o nieprzewidywalnej skali."

2008/03/10

nie było śmiesznie


Wszedł do szpitala w ojcem podtrzymującym ciężko łapiącą każdy oddech matką. Jak zwykle lekarze do izby przyjęć szli dość długo, a w czasie oczekiwania na przyjęcie wbiegło dwóch młodych mężczyzn, którzy od razu weszli do pokoju dla pracowników pogotowia. Młyn się zrobił straszny, wybiegli z budynku. Po chwili na noszach wwieźli człowieka. Był nieprzytomny. W kilka chwil pusty szpitalny korytarz zawrzał, za drzwiami izby przyjęć chyba rozpoczęła się walka. Ludzie biegają w czerwonych kombinezonach z opalizującymi pasami, pokrzykiwania, dźwięki elektronicznych urządzeń i cały czas przeraźliwy świst oddechu babki.

Jeden z młodych ludzi, którzy przyprowadzili pacjenta, próbował wejść, ale trzaśnięto mu drzwiami przed nosem. Pisk urządzeń, w jednej chwili spokój. To nie był wylew. To zawał. Człowiek nie żyje. Lekarz prosi o przejście do drugiej izby przyjęć, ta będzie zajęta przez godzinę. Trzeba wypełnić dużo dokumentów.

.....

Korytarz zalewa dźwięk skrzypiących kółek. Pani woźna pcha przed sobą łóżko, które nie ma materaca.
Ma blaszany, wklęsły blat. Nikt, kto na nim się znajdzie nie będzie narzekać na chłód czy niewygodę.

.....

Takie się stały czasy, że człowiek nie umrze w domu, że bliski nie będzie go trzymać za rękę.
Umiera w szpitalu otoczony kakofonią pisków, zgrzytów i trzasków. Całe życie zakończone jednym ciągłym dźwiękiem.

2008/03/03

Paweł O. - "Boję sie Amerykanów"

Lokalny Artysta z Oławy zapytał kiedyś swojego przyjaciela Pawła O.,
czy ten się czegoś boi, ale tak, że na prawdę strach.

"Tak, napawa mnie lękiem autokratyczna hegemonia USA,
boję się - jako mieszkaniec stolicy kraju będącego w opozycji
do Islamskich Terrorystów - o swoje życie. Codziennie.

Boję się wszelkiego rodzaju ruchów nacjonalistycznych
i faszyzujących, boję się o Wietnamczyków na Stadionie".

niski stan wody w Odrze


Połowa lutego 2008 roku. Widok na lewy brzeg miasta, w którym żyje lokalny artysta.
"Czekałem 20 lat na tak niski stan wody, by uzyskać tę kompozycję" - zwierzył sie
z nieukrywanym wzruszeniem naszej korespondentce pan Sienkiewicz.
Oczywiście dziennikarka nie mogła nie zadać pytania, co będzie przedstawiać
ta fotografia, na co artysta odpowiedział w znanym dla siebie stylu:
"Ch... Cię to je...., przecież widzisz, gdzie stoimy!"

Wraz z czytelnikami czekamy na dalsze prace,
które ukazują w tak oryginalny sposób piękno naszego miasta.

2008/03/02

Pielgrzym


Paweł O. uchwycony w czasie swojej pierwszej w 2008 r. pielgrzymki
na ziemie Dolnego Śląska w dniu 24 lutego.

To nadzwyczajne wydarzenie uświetnił przejściem suchą stopą po zbiorniku
wodnym otaczającym fontannę na Pergoli tuż za Halą Stulecia (do niedawna: Hala Ludowa).

Flara na jego sylwetce to najprawdopodobniej pierwszy udokumentowany ślad
aktywności spirytualnej w tym miejscu. Miejscowi często obserwują je na
swoich fotografiach pamiątkowych. Ma ona wg nich związek ze spacerami
Pabla Picassa, który w roku 1948 przechadzał się po tej okolicy.

kuzyn Olo


Kuzyn Olo to ideowiec, który walczy ze stereotypami. Pierwszym, z którym się zmierzył, jest ten, że można w lesie robić fajne rzeczy, nawet jeśli nie jest to grzybobranie. Potrzebne jest tylko do tego około 250 KM oraz 25 EUR na godzinę takiej zabawy.

Kuzyn Olo to także przyszły ojciec, we wnętrzu jego żony miliony komórek dwoją się i troją w budowie wysoce wyspecjalizowanej jednostki, jaką ma być pokolenie Sienkiewiczów na XXI w.

Żarty się skończyły.