Showing posts with label echo. Show all posts
Showing posts with label echo. Show all posts

2009/08/21

Jest takie pojęcie jak życiowa prawda. Życiową prawdą jest na przykład powiedzenie (dość kolokwialne i na wskroś wulgarne) o takiej treści: Kto się chujem urodził, skowronkiem nie umrze. Albo: biednemu zawsze wiatr w oczy. Taka mądrość.

Inną życiową prawdą jest to, że można być reporterem, albo można mieć być reporterem z szalem niezależnie od pogody. Szal gwarantuje dobry wizerunek. Szal pięknie się rozwija do słowa szalony. Szalony nie w złym słowa znaczeniu. Szalona może być miłość, szalone życie, porywające. Takie ma znaczenie szal.

Ze zjazdu na zjazd szkoły, przybywa noszących szal. W mediach co więcej informacji o fotografach, to nie mieć szalu staje się obciachem. Jak przyjechał na spotkanie jedyny czeski członek agencji VII, to miał szal i co chwilę wtrącał: you know..., a czasem ...anyway. Wielka postać, a skończyło się tak, że ludzie wyszli z żalem ze spotkania. W kiblu zawisła fotka (taka tradycja wernisażu jednego zdjęcia) wykonana temuż bohaterowi w czasie, gdy w nim był. Z podpisem: XX (tu imię i nazwisko bohatera), world famous photographer got his fucking piss here.

Życie jest tak urządzone, że na olimpiadach czasem sędziowie mają wątpliwości, czy biegaczka bijąca rekord nie jest facetem. W Polsce akcja taka się zdarzyła w latach sześćdziesiątych. Medal chyba cofnięto o ile pamiętam, a lekkoatletka okazała się być obojnakiem.

Życie też doprowadziło, że więcej zarabia fotograf ślubny w jeden weekend niż reporter wojenny po powrocie z rejonu konfliktu i sprzedanym materiałem. Gazety publikują (wyszło mi przez pomyłkę: bublikują - błąd, a jaki prawdziwy) dużo kiepskich fot. Dużo jest fotografów. Dużo jest szkół. Po szkole dużo jest artystów w szalach. A jak jest duża podaż, a popyt maleje - ceny spadają. Duża podaż w teorii ma doprowadzić do podnoszenia jakości przez wzrost konkurencji. Życie pokazuje, że czasem prosta logika zawodzi.

Nawet mnie.

Wpadliśmy wczoraj z kolegą na pomysł, by zrobić olimpiadę taką wszechsportową. Wszystkie dyscypliny na jednej płycie boiska. Każdy z każdym w swojej specjalizacji. Mecz absolutny. Piłkarze, szachiści, dżokeje, ciężarowcy, judocy, biatloniści, a z autów wyrzucają łucznicy i szermierze. Wygrywa trzech, którzy przeżyją. Włącznie z końmi. Równość, to równość.

A na trybunach jedwabne szaliki powiewające nad rzędem białych elek.

2009/08/13

objawienie na mieście


Nie, nie w kubku kawy z makdonaldsa. Nie w rozsypanych kryształach cukru, nie w plamie z kapiącego gorącego nadzienia ciastka jabłkowego. Dzisiejszy wpis nie ma nic wspólnego z cynizmem, dowcipem, drwiną. Jest po prostu o egzystencji i nowej formie jej określenia.

Olśnienie zdarzyło się na jednym z przystanków tramwajowych na ulicy Stawowej we Wrocławiu. We wbudowanym w wiatę city-light'cie umieszczono plakat reklamujący nowy telefon telekomunikacyjnego giganta ze Skandynawii. No i wyszła z tego plakatu prawda, napisana i stworzona przez nie rozumiejącego tego co pisze copywritera i art directora, nie rozumiejącego tego co czyta klienta, dla nie rozumiejącego w dużej mierze konsumenta (targetu).

Objawione hasło brzmi: Życie toczy się w sieci.

Poszukiwania moje, a przede mną całej ludzkości, pytanie o sens, a przy jego braku zasłanianie się pierwiastkiem Boskości - spłonęły. Na nic Epikur, Kant, Kołakowski. Na nic poszukiwania - choć to brzmi pompatycznie - samego siebie. Na nic Obrazowy Terroryzm.

Kiedyś Efa napisała do mnie coś, co brzmiało mnie więcej tak (w wolnym tłumaczeniu z czeskiego): "Wiesz, my przyjaźnimy się tylko na Facebook'u, a w rzeczywistości nie zamieniliśmy ze sobą słowa i nie powiedzieliśmy sobie cześć." A znamy się z widzenia w szkole. To pierwsze potwierdzenie powyższego hasła, chociaż już tak nie jest i teraz się z tego śmiejemy. Ale cała masa wydarzeń potwierdza to, że niektórzy są aktywni lub wyszczekani w sieci, a gapowaci i zamknięci w Rzeczywistości i nie mogą nawiązać lub utrzymać rozmowy.

Innym razem na tymże Facebook'u poprosił mnie o włączenie do swoich kontaktów pewien człowiek, Tomasz Jakub Jakoś Dalej Nie Pamiętam. W życiu go nie widziałem na oczy. W życiu o nim wcześniej nie słyszałem. Po co? Nie wiem.

Doszło do takiego etapu, że nie odosobnione są przypadki posiadania na koncie 1000 znajomych, albo i pewnie więcej. Ale to w sieci. Ilu w rzeczywistości ich masz? Ale po co Rzeczywistość, skoro "życie toczy się w sieci", w której ma się ileś żyć (lives) lub określoną "strenght" lub "shield". Możesz wpisać kod lub wysłać sms i masz tryb "Godlike". Sieć upraszcza, bo mimo całej masy informacji, w sieci nie ma Śmierci. Sieć odwraca uwagę (mimo tysięcy stron o tym) od umierania, od tego, że każdy bez wyjątku ma skończony czas. I po napisie Game Over nie będzie możliwości Recovery. Nie będzie Start New Game.

Okazało się, że forma, jaką obrałem tu, nie ma racji bytu. Nie mam zamiaru wywarzać otwartych (choćby nieświadomie) drzwi.

2009/07/15

sms

Ważny sms. Wystarczy przeczytać. Interpretacji mam tyle, że aż nie wiem, którą napisać, więc napiszę nic dalej, niż kropka zaraz za tym słowem.

dwie książki...

zdarzają się przypadki, że ktoś przeczyta jedną książkę na jeden, konkretny temat. Taki pojedynczy - specyficzny czytelnik buduje swój światopogląd na tej jednej publikacji. Idzie nawet dalej, tworząc własne interpretacje obserwowanych zjawisk poprzez pryzmat wiedzy, którą posiadł z tej jednej książki.

Gdybym ja był takim człowiekiem, to po zakończonej dzisiaj lekturze Autobiografii Helmuta Newtona i zakończonej tydzień wcześniej biografii Roberta Capy mógłbym odnieść takie wrażenia:
1. urodzeni w okresie międzywojennym środkowo - europejscy Żydzi to maniacy seksualni
2. 50% z nich było uzależnionych od adrenaliny
3. 50% z nich było uzależnionych od robienia niczego
4. Byli egoistami.
5. Piękne kobiety wszystkie prowadziły się bardzo swobodnie.
6. Wszyscy fotografowie żydowskiego pochodzenia byli ateistami.
7. Wszyscy byli ambitni.

Jeszcze kilka innych mógłbym znaleźć.

Oczywiście nie jestem typem czytelnika, którego obraz przytoczyłem na wstępie, ale bardzo często spotykam się z ludźmi, którzy swój światopogląd opierają na nie swoich doświadczeniach. Dotyczy to ludzi-ludzi i ludzi-artystów. Znam fotografów, którzy chcą być jak ich nauczyciele czy mentorzy. Znam wielu z nich, którzy w swojej kopii przeskoczyli swoje ideały, jednak nie wiedzą tego i ogranicza ich własne oślepienie, bo to wciąż nie to i nie tak.

Duża część znanych mi osób deklaruje, że wolą nie mieć żadnych mentorów, żadnych szkół, żadnych ideałów. To wydaje mi się najgorszą możliwą drogą myślenia, bo często tacy ludzie stają się ofiarami swoich pomysłów wywarzając dawno otwarte drzwi.

W 2005 roku siedząc w małej knajpie z Pawłem Supernakiem i Marcinem Liberskim wymyśliliśmy coś, co do dzisiaj jest dla mnie aktualne i co mogło by być mottem moich działań. Piszę z pamięci:

Jeśli czerpiesz informacje do mielenia swoich wizji od ideałów, to znaczy że wybierasz drogę na skróty i popełniasz kanibalizm.

Swoją drogą owy kanibalizm - to po prostu idiotyzm, kretynizm, nic dobrego. Wartością jest umiejętność wyboru tej wiedzy, która jest potrzebna. Dystans jest wartością samą w sobie. Do siebie i do ideałów.

2009/07/12

koment urósł do rangi postu




Chciałem napisać o tym, że w piątek byłem z Gosią i Mikim na urodzinach u córki mojego Kuzyna Olka. Nie napiszę o tym. Miałem napisać też o tym, że wczoraj cały dzień robiłem nic i że pierwszy raz od 6 miesięcy byliśmy w kinie i łaziliśmy po wrocławskim rynku w nocy bez wyraźnego celu. O tym też nie napiszę. W końcu chciałem napisać o dzisiejszym dniu, bo ze szwagrem Marcinem zrobiliśmy małą trasę rowerową szlakiem pod oławskich pałaców i młynów. A i o tym, że w końcu jest weekend i ładna pogoda, a ja jestem zdrowy. Miałem napisać, że na koniec dnia suczka mojego ojca mnie zajebiście mocno ugryzła w udo i że z wielkim poświęcenie zasłoniłem własnym ciałem mojego Synka, który wywołał agresję opiekującego się dwoma szczeniakami pięciokilogramowego psa (suczki). Nie napiszę o tym. Także nie o tym, że boli mnie noga i nie o tym, że zaraz na plfoto umieszczę prowokacyjny z mojej strony bubel, który aparat zrobił za mnie sam, a jest tak śliczny, że aż nie mieści się w głowie.

Nic nie napiszę. Za dzisiejszy wpis, wkleję komentarz piątkowego wpisu o spotkanej w tramwaju Romskiej dziewczynie grającej na akordeonie. Wydarzyło się pod tym wpisem coś ważnego. O tym niżej.

Tłem jest obrazowym niech będą te foty zdekonstuktuowanego przystanku (wiaty) w Kurowie, na granicy powiatu Oławskiego i Strzelińskiego.

pacjent said...

Dając tym dzieciom pieniądze na pewno im nie pomagasz, przyczyniasz się zazwyczaj do ich żebractwa. A ksenofobia to duże uproszczenie



camelek said...

W rzeczy samej ksenofobia z żebractwem nie ma nic wspólnego.
Tak samo nie daje się Romowi złociaka jak nie daje się go polskiemu żulowi na wino czy Niemcowi na porschaka. A poza tym, dziecko miało na pewno mniej niż 18 lat i pracować ciężko nie powinno zwłaszcza w cywilizowanym kraju (podobno). A noszenie akordeonu to ciężka praca – wiem coś o tym bo jak miałem naście lat to się takiego kloca dość na nosiłem z koncertu na koncert.


Lokalny Artysta said...

wiecie co. mam to w dupie. nie powinno się jeździć autem w terenie zabudowanym więcej niż 50km/h. Drogi Pacjencie - nigdy nie jechałeś 55km/h?

Ksenofobia nie jest uproszczeniem, jest stanem faktycznym. Polacy są ksenofobicznym społeczeństwem. Jesteśmy tak samo ksenofobiczni jak każde inne społeczeństwo, bo ksenofobia jest naturalna dla naszego wychowania. Zaczyna się od dzieciństwa. Białe - dobro. Czerń - zło. Jak nie będziesz grzeczny to Cyganka Cię ukradnie. Dodaj to tego kawały o Żydach, Murzynach, Polaku, Tusku i Niemcu... masz arsenał pogłębiania ksenofobii. jeśli chodzi o użycie słowa ksenofobia to tak, to jest uproszczenie. Tak samo jak znak leżącej ósemki jest uproszczonym zapisem nieskonczoności.

2009/07/08

filozofoplotki


Od wczoraj coś we mnie pęka. Od momentu, w którym wyszedłem z pracy na przystanek na Legnicką/Młodych Techników, gdzie zrobiłem telefonem pierwszą fotografię (sic!) z dzisiaj tutaj wklejonych. Pomyślałem sobie, że już dekadę ponad trwa mój kierat dojazdowy, bo jestem typem wioskowym i nie lubię być "nie-w-pracy" w dużym mieście. Przez ostatnie 8 lat dojazdy wyłącznie autem. Albo swoim albo z kolegami, zanim kupili mieszkania we Wrocławiu i z podobnych do mnie wioskowych chłopków stali się Wrocławianami. W każdym razie w czasie dojazdów często myślałem, ile razy ocieram się o idiotów, którzy na trasie mojego przejazdu generują wypadki. Na pewno o wielu. Na pewno prawdopodobieństwo jest wyższe niż trafienie na "kanara" w tramwaju, co i tak mnie nie przeraża, bo jako uczciwy obywatel posiadam bilet na przejazd. Dojazdy środkami komunikacji publicznej miały ryzyko to zmniejszyć. Nie wiem, co dokładnie wydarzyło się na owym przystanku, ale ślad hamowania i rozwalona barierka to znak, że gdyby ktoś tam stał, kto chciał uniknąć drogowego idioty, właśnie by takiego jednego spotkał i rozkwasił np głową jego szybę czołową.

A gdybym to był ja?

Z tą myślą jadąc w pociągu zbliżałem się ku końcowi książki: "Capa - szampan i krew" Alexa Kershaw'a, gdy okazało się, że w Oławie pociągi stoją na stacji. Nie wiedziałem czemu, ale dzisiaj rano jak wszedłem na peron, pociąg czekał na podróżnych już przynajmniej od czasu, gdy przyszedłem, czyli siedmiu minut przed czasem odjazdu. Ciekawość. Gosia zadzwoniła, że między Oławą a Brzegiem podmyło tory - dowiedziała się od pani w kasie, bo ciekawość zjadała. Wszystkie pociągi, które korzystają z tej głównej na południu Polski magistrali jadą przez Jelcz-Laskowice do Opola, a te do Warszawy przez Łódź Kaliską. Na dworcu Wrocław Główny pandemonium. Ale jakoś kolejna fota tego nie oddaje. Choć to bardzo jakoś blisko mnie, bo nie wiem, czy wrócę dzisiaj normalnie pociągiem.

Co do bliskości tematów ważne się okazało, że to co na prawdę ważne w twórczości jest do ogarnięcia w przypadku, gdy jest po prostu bardzo blisko. Nie są to tylko moje słowa, ale choćby Sally Mann, która jak mam być szczery wydaje mi się lekko odjechana od realności i jej mówienie o rodzinie rozumiem niemal wyłącznie w kontekście rodzina - matówka - ona. No cóż, brak umiaru może zabić wszystko. Robiła tak dobre fotografie własnego otoczenia, że finalnie poznała ją na obrazach, a nie w rzeczywistości.

Dzisiaj rano potwierdzenie tezy o poszukiwaniach w jak najbliższym otoczeniu doszukałem się w słowach Duncana, kolegi "po fachu" Capy: [Fotografia wojenna] to najłatwiejszy rodzaj fotografii na świecie: strzelić fotkę komuś, kto został właśnie zastrzelony. Do tego nie trzeba geniusza. Łatwizna." Temat aktualny do dzisiaj. W każdej kompetycji fotograficznej. Podobnie jest z każdym tematem, który jest miałki i nośny tylko dlatego, że pokazuje coś egzotycznego i niespotkanego TU. Stąd dla mas fotografia to np. National Geographic. Fotografii bliskiej sobie się nie robi, bo to przecież mało popularne, bo swoje. A skoro tak, to po co robić coś, za co nie będzie się chwalonym? Czy trzeba czekać latami? Jak Stefania Gurdowa? Jak Gustav Aulechla? Aż zmieni się kontekst i sens? Czy trzeba wpaść na skraj szaleństwa jak Sally Mann i podejść do tematu tak blisko, że przekroczysz granicę i fotografie staną się bliższe niż otoczenie?

I na koniec o wspomnianej książce. Dobrze się ją czyta, ale chyba korektorzy się nie przyłożyli i jest więcej błędów stylistycznych niż u mnie na blogu.

2009/06/11

Polska Gościnność

Plener szykowałem od początku kwietnia. To miała być kontynuacja zeszłorocznej imprezy, w czasie której przemierzyliśmy z Pawłem masę nieprzejezdnych dróg w Kotlinie Kłodzkiej i od tamtej pory to miejsce stało się naszą obsesją. Ale w granicach rozsądku. Nie nacinamy sobie skóry na plecach trzcinką i nie nacieramy się solonym chrzanem powtarzając: Kłodzko - Glatz - Kłodzko - Glatz.... itd. 

Agata z Pawłem i ich psiakiem przyjechali po mnie w czwartkowe południe. Spóźnione śniadanie, całus dla Gosi i Mikiego i mkniemy na Strzelin, potem Łagiewniki, Ząbkowice Śląskie, Bardo, Kłodzko, Bystrzyca Kłodzka, Nowy Waliszów. Godzina z małym nakładem i już chodzimy po kuchni u Sypka, przez którą płyną sobie dwa strumienie. Musiał zerwać podłogę do żywej gleby. Kilka kroków dalej i jest agroturystyka - nasza baza. Szybki zrzucenie klamotów i lecimy na spacer. W pokoju mamy drzewo. Nie jakieś małe, tylko normalna okorowana wielka korona dużego drzewa. I jest polakierowana, pełno na niej bibelotów, gniazd z drewnianymi ptakami. I kominek, moje wyro, wyro psa i Olejniczaków

Idąc w głąb wsi, czyli w kierunku na Lądek Zdr. podziwiamy wymyślność budowniczych ogrodów. I tych, co ozdabiają elewacje budynków. Tego nie da się opisać. To trzeba zobaczyć. Bez żadnego szydzenia. Jakoś udało mi się rozpoznać, że rok wcześniej byliśmy tu z Pawłem, jadąc już na resztkach sił po udarze słonecznym, jakiego doznaliśmy focąc to. Jadąc z Nowego Waliszowa w kierunku na Idzików było to. Ale wcześniej jakoś miałem dziurę w pamięci i nie potrafiłem dokładnie tego określić. Zresztą tu jest mała relacja z zeszłego roku (fotka właśnie 2km od Nowego Waliszowa w kierunku na Idzików przy drogowskazie na Marcinków). Problem tylko w tym, że co chwilę dostawałem kolejne smsy, które oznajmiały, że coś się wydarzyło i kolejni planowani uczestnicy nie mogli przyjechać. 

Obeszliśmy kościół wraz z cmentarzem, na którym znalazłem rodzinę Syposzów. Potem szliśmy po prostu przed siebie, by w pewnym momencie skręcić w górę w polną dróżkę. I tak doszliśmy do starego, wielkiego pieca wapiennego. Na stercie starego popiołu mała przerwa na papierosa i przegląd zebranych kleszczy. Fota i wspinamy się dalej. Wspinamy to dla nas dobre określenie, ale my z naszą kondycją wejście na więcej niż 6 schodów nazywamy wspinaczką. Im wyżej tym większe zdumienie, bo okazało się, że piec to tylko mała atrakcja w porównaniu do reszty, a reszta to dość duży nieczynny kamieniołom, rozebrana góra, której fotę kilka dni później zrobił Paweł. Weszliśmy na jedną z wielu śnieżno białych ścieżek wysypanych marmurowym tłuczniem, na niej znaki, że prowadzi do kamieniołomu. Na pewno czynnego - pomyśleliśmy, ale już nie mieliśmy siły iść sprawdzać, a ja nie miałem siły naciągać Olejniczaków na dalsze penetracje, bo byli w drodze od 6.00 rano, a już zbliżała się 20.00, więc wracaliśmy na kolację. Po drodze jakoś przeszliśmy górą nieczynnego, starego kamieniołomu, który wcześniej widzieliśmy z daleka. Ja lubię takie widoki, ale źle się czuję nad przepaściami. Chyba nawet jednej fotografii nie zrobiliśmy. Droga powrotna przechodziła przez prywatne podwórko, ale ludzie tam życzliwi, więc nie było problemów. Powrót do agroturystyki, kolacja, zupa smaczna jak mało kiedy, tak się zmęczyliśmy i tak zmarzliśmy. Kilka piw, ramka papierosów i spać. Przyszedł w porywie zasięgu sms od Efy, że będzie na drugi dzień wieczorem.

Rano po śniadaniu wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy wyfocić kamieniołom i znaleźć ten czynny. Nie było ciężko, tylko pogoda jakaś marna. Wiatr, zimno, deszcz. Czynny kamieniołom okazał się nieczynnym, bo w wyrobisku znaleźli jaskinię i musieli przerwać wydobycie. I trzy moje ulubione kadry poniżej.




Jeszcze w tym samym kamieniołomie dwie zabawy. Dla lepszej współpracy używaliśmy z Pawłem jednego statywu, żeby się nie przedźwigać. Ponieważ każde jego ustawianie się trwało dość długo, to ja ganiałem z eRBetą i fleszem, ale nie wyszło to tak, jak sobie wyobraziłem. 


Na koniec pobytu w nowowaliszowskim kamieniołomie wyszło na kilka milisekund Słońce. Akurat statyw okupowała Vista 45, ale trafiłem taki ładny widok.  


Jeszcze przypadkiem pierwsza fota do Autobiografii sama się znalazła w postaci byłego sołtysa. Długa przerwa, rozmowy. Na prawdę świetne przeżycie.

I w tym miejscu skończyła się sielanka i proste zachwyty. Zaczęło się kurwowanie, rzucanie chujami na lewo i praco, bo wszystko, absolutnie wszystko się zmieniło, gdy w tych pięknych chwilach zamiast odnaleźć Chrystusa - otarliśmy się o śmierć. Zaczęło się dość niewinnie. Super obiad w Bikers Choice. Set pstrągów, super obsługa, pies dostał michę wody, wszystko pięknie. Mało nam było kamieniołomów, więc pojechaliśmy do Stronia Śląskiego. Czynny kamieniołom, pozwolenie na wejście od strażnika, strumyk, co płynął pod górę nie zdawał się ostrzegać przed czymkolwiek. Idziemy sam dół na przodek wyrobiska, które akurat już nie jest eksploatowane.

Paweł wyrzucił z siebie: "o kurwa". Ale to nie chodziło o zwykły zachwyt, ani o zachwyt w ogóle.

Chodziło o to, że nie mieliśmy przy sobie żadnych środków obronnych przed jakąkolwiek agresją z wyjątkiem ciętych dowcipów i zaskakującej riposty. Jednak na nic się mają takie środki wobec wielkiej, rudej Akity Inu, którą zobaczyłem pierwszą. Zza gabarytu Pawła udało mi się dojrzeć wielkie - wtedy powiedziałbym, że zielone w cętki - cielsko Fila Brasileiro. Najgorsze było to, że nie widziałem gdziekolwiek ich przewodnika. Tłumaczyłem sobie, że dobrze, że to nie dwie File, bo Akita to pewnie taki pociągowy pies. Ale skoro tak, to może pierwszy wpaść na pomysł paniki i Fili włączy się tryb mordercy i po nas. Szybka kalkulacja możliwości. Statywem mogę pierdolnąć raz, ale jak chybię, to po mnie. Nie, przyciągnę go do szyi i przycisnę najmocniej jak mogę, to nie rozerwą mi krtani. O kurwa, a w domu Gosia, Mikołaj nie zobaczy już taty. O Boże. Z potoku myśli wybudziło mnie cholerne: woooffff!!! - Fila coś powiedziała, ale nie zakminiłem. Nie mamy dokąd uciekać, nie mamy czym się bronić. Paweł udawał brzozę, ja chyba też, nie wiem. Sytuacja była patowa. W teorii, bo my wiedzieliśmy, że jakby co to możemy zrobić nic. Psy miały mniejszy wybór: napierdolić im albo ich olać. Ale jak olać, skoro są na naszym terenie (teraz obaj wiedzieliśmy, skąd te ślady wielkich łap w mule na dnie kałuż, kurwa, że się nie domyśliliśmy). Ślady za to na pewno za chwilę będą na bieliźnie. Rany, masakra. Nie było nawet czasu na retrospekcję. Tylko czekanie na atak. 

Słychać gwizd. To nie moja astma ani Pawła kondycja. Ani nawet tracące siłę zwieracze. Cmokanie. Zza winkla wychodzi młoda kobieta w czerwonej kurtce, woła psy. Oba zwierzaki mają miny jak wioskowi zadymiarze, którzy od poniedziałku układali plan sobotniej zadymy na dyskotece w remizie, a tu zielone świątki i dyskoteki nie ma. 

- Przestraszyły was?? - pani pyta krzycząc z jakichś 20 metrów.  
- Nie (forte) - Nie!!! - Nie luz... spoko, ładne psy (forte) - kurwa mało się nie osraliśmy kurwa (piano).
Teraz nie wiem nawet, choć to jeszcze nie minął tydzień, o czym rozmawialiśmy. Wiem, że było dużo słów kurwa, chuj, coś o defekacji, trzęsących się rękach, papierosach, sensie życia i o tym, jak bardzo się szanujemy i że co by było. Było to, że nie chciało nam się robić fot, choć ta poniżej jest właśnie z tego miejsca, ale montowaliśmy ze trzy minuty aparat na statywie, bo nie mogliśmy trafić płytką w szybkozłącze głowicy. 

Na koniec zauważyliśmy, że nad wyrobiskiem krążył orzeł. Choć spokojnie mogliśmy sobie wmówić, że to sęp. Jak Agata - która została z Geetem na dole w aucie - spytała w konkluzji opowiadania, co to za orzeł, Paweł pokazał jej, że taki sam jak na rewersie jednozłotowego bilonu. 

Szybka była decyzja, że wracamy do Waliszowa, że pofocimy coś jeszcze i że Agata idzie spać, bo się czuje źle nieco. Jakoś nam przeszły już nerwy, wzięliśmy moje sprzęty i poszliśmy upolować kilka portretów do Autobiografii. Ponieważ na Słońce nie można było liczyć, to pierwszy raz w plenerze postanowiłem użyć błysku. Jak o tym gadałem z Pawłem, to ustaliliśmy, że sztuka sztuką, ale przecież to nie problem, że w ramach jednego projektu zmieniam technikę, bo to też coś wnosi. Projekt może być spójny, ale monotonny. Ma rację. Wieczorem czytaliśmy o tym na głos w publikowanej polemice między Adamem Mazurem a Krzysztofem Jureckim. Ale mieliśmy z nich śmiechu. Na prawdę. Jeśli to są główne głowy reprezentujące jako znani kuratorzy osiągnięcia polskiej fotografii, to mogą np Birgusowi umyć stopy. O ile łatwiej zbijać sobie kolejne pionki, zamiast starać się dobrze dbać o porządek na szachownicy. Bardzo to polskie.


W nocy przyjechali Czesi w składzie: Eva Malusova, Eva Pandulova (Słowaczka mieszkająca w Pradze) i Petr Mentberger. Błądzili ale na 22.00 dojechali. Pogadaliśmy i z programem na następny dzień poszliśmy spać. W programie głównym była replika zdjęć Terezy Vlckovej z bliźniakami, ale u nas z trojaczkami. Tło kamieniołomu było do tego idealne, więc poszliśmy do znajomego bliskiego kamieniołomu. Pusto, czysto, a zamiast wielkich psów biegały tylko zające. Ale zające nie podgryzają gardeł. Foty zeszły miło i wesoło.

Rzeźnia dopiero nadchodziła. Pojechaliśmy do Bikers Choice, gdzie dzień wcześniej obsługa w postaci drobnej kelnerki w turbanie uwijała się jak z ogniem i była na prawdę świetna (daliśmy duży napiwek) o tyle teraz była inna. Samo zło. Pies nie dostał wody, Agata dostała zimne ciastko przed golonką, a po daniach nikt nie sprzątał talerzy ze stołu wielkości paletki do pingponga. Jak ktoś wstał i spytał małej sepleniącej kelnerki, co mamy zrobić z talerzami, to ona nie wpadła na to, żeby je sprzątnąć, tylko skinęła, że na bar. Efa i Petr zamówili kawę, a dostali rozwodniona inkę. Masakra. Problem był nawet z liczeniem rachunku. Miałem napisać maila do właściciela, którego rok wcześniej z Pawłem poznaliśmy, ale nie mogłem na sieci znaleźć. 

Dobra, tu nie było słodko, to chodźmy na mamuty obok do muzeum Ziemi. Celowo nie piszę z wielkiej litery. Wchodzimy, robimy fotki małpami, otwierają się drzwi, a z nich pani krzyczy, że musimy już wejść zwiedzać, że płacimy itp. Ale my nie chcemy, bo chcieliśmy tylko zobaczyć co to jest. O nie, musimy płacić. Dyskusja, pani się drze na nas, my na nią, ona na Czechów. Wychodzimy. 

Paweł mówi Petrowi: Widzisz, to jest ta sławna polska gościnność; a jak pójdziemy wieczorem na balety, to dostaniemy w mordę.

Jeszcze wizyta w monopolowym w Stroniu Śl. i spadamy do hotelu. Tak, trzeba się wyciszyć. Oburzeni jesteśmy. Czesi robią akty w pokoju. Albo modę. My mamy dość. Piejmy piwo i luzujemy się. Jak jeden mąż wpadają do nas i wezwanie do wyjścia na dyskotekę, której niskie rytmiczne tony już słychać. Piski kół, brzęk szkła też. O rany.
- Efa - mówię, przemawiam - nie chcecie tam iść.
- Chcemy - chyba nie zrozumiała sarkazmu - Bardzo chcemy.
- Efa, widziałaś, co było w Kletnie? Chcecie jeszcze gorzej?
- Chcemy - Petr z uśmiechem już tańczy. 
Z dobrą godzinę oni nas namawiali, my ich odwlekaliśmy od pomysłu. 
- O Boże - mówię - piwo się skończyło, muszę i tak tam iść po Żubra. 
Poszliśmy o 22.00. I tak jako główny złorzeczący wyszedłem ostatni z tej imprezy. Cicho, spokojnie. Przegrałem trzy piwa w bilarda w jakichś ośmiu rundach. Zdobyłem dużo znajomości, wiem, dlaczego woda Cyranka z Gorzanowa jest lepsza od innych. Towarzysze zabawy okazali się mili i dla nas i dla Czechów, którzy byli dla nich atrakcją do tego stopnia, że spokojnie już rozmawiali w trzech językach, włącznie z węgierskim.

Rano śniadanie i zagięcie z płaceniem za pobyt. Pani liczyła dzienne jedzenie drożej o 4 zł, a Czechom policzyła za każdą kawę po 10 zł. Cóż...

* * *
Set pamiątkowy. Nie miałem innego aparatu, więc poszło z łapy eRBetą. Ktoś mi kiedyś mówił, że nie da się nią zrobić ostrego zdjęcia z ręki. Nie da się włożyć kasku na lewą stronę. 

Nowy Waliszów, Kamieniołom

Nowy Waliszów, Kamieniołom - Paweł foci Masyw Śnieżnika.

Nowy Waliszów, Kamieniołom

Efa w agroturyźmie.

Petr w agroturyźmie.

Paweł w agroturyźmie.

2009/06/08

po plenerze

fot. kolektywna: Eva Malúšová, Eva Pandulová, Petr Mentberger, Paweł Olejniczak i Wojtek Sienkiewicz

wróciłem lekko chory i nieprzytomny, ale było bardzo dobrze. obszerniejszy wpis za kilkanaście godzin. teraz martwi mnie to, że dzwoniła Gosia i powiedziała, że iMac nie chce odpalić. zrobiliśmy kilka wspólnych polsko-czeskich akcji, szkic jednej z nich powyżej. taki mały "tribute to..."

2009/06/03

autopromocja - 5klatek

Za ciosem - dopiero jak zobaczyłem u Rafała, że to zrobił, to wpadłem, że ja też mogę:>. W nowych Pięciu Klatkach (007) można zobaczyć fragment mojego setu z Castle Party z 2007 roku. DO tego rozmowa. I kilka moim rozmów z innymi autorami zdjęć prezentowanych w aktualnym numerze tej publikacji: wspomnianym Rafałem Siderskim, Jerzym Wierzbickim, Kaśką Sagatowską, Adamem Lachem, Robertem Kowalewskim... zapraszam do ściągania i czytania. Z tego miejsca podziękowania dla serwisu fotografuj.pl, który bez problemu umieścił notkę o nowym numerze, bo pozostałe serwisy - nie wiedzieć czemu - milczą i puszczają trzy niusy dziennie o nowym kursie pewnej akademii. Życie.

2009/05/30

dzisiaj przez chwilę myślałem o tym, że chciałbym pojechać do Turawy

Miałem dzisiaj dużo pracy. W pracy i w domu. I jeszcze zajęcia ze słuchaczami. Ale ta praca akurat jest naprawdę przyjemna. Nie zrobiłem dzisiaj nawet pół fotografii aparatem. Ale kilka zrobiłem w myślach. Najbliższa jest ta powyżej. To od jakiegoś czasu moje ulubione miejsce na północnym brzegu jeziora w Turawie. Jakoś od 2006 roku. W ogóle pomyślałem sobie już jakiś czas temu, które z minionych lat były naprawdę fajne. Bardzo lubię 2003 rok. Wywaliłem się rok wcześniej z pracy w b&j, więc moglem pojechać na wakacje. W maju 2003 roku był też plener afy w Przesiece (OW Kaliniec), który bardzo dobrze wspominam. W listopadzie był jeszcze jeden, w Samotni, który też wspominam bardzo dobrze. A sierpniu z Kryśką i Kamilem pojechaliśmy sami na taki mini plener i to też było super. Na pierwszej Wszechnicy w Przesiece we wrześniu byłem (mojej pierwszej) i to także było super. Fajnie przestało być w 2004 roku. Wszystko, co było później do teraz jest próbą przywrócenia pewnego status quo z 2003 roku, a to przecież nie jest możliwe. Co ciekawe, wtedy - tzn w 2003 roku - tak myślałem o roku 1999. Jestem ciekawy, kiedy uda mi się wyprzedzić samego siebie na tyle, by docenić aktualny w danym czasie rok. Może nie ma innej opcji dla fotografa. W końcu co fotograf robi? Wyrywa fragmenty czasu, upierając się, że są ważne, ale ich prawdziwą wagę znajduje po czasie. Chyba. 

2009/05/24

po bańkach







Dzisiejsze zdjęcia były inne niż, niż inne. Miało nie być erotyki, a chyba trochę jej jest. Może nawet więcej niż trochę. Może nawet wrażliwi zakryją oczy. Było pouczająco. Nauczyłem się dzisiaj na prawdę wiele. To nie był pierwszy kontakt z - Boże, jak ja nie lubię tej nazwy - aktem, ale też może nie dalej niż dziesiąty. Akt zawsze sprawiał mi trudność, bo mam obsesję od odcinania się od figuratywności. Zawszę chcę zaszyć drugą lub entą warstwę w prosty obraz. Nie zawsze to musi być czytelne dla oglądającego. A z aktem bywa tak, że może wyjść albo golizna, albo jakieś infantylne obrazki. Przynajmniej tak to zaobserwowałem.

Nie zawsze - ale do tego już chyba już zdążyli przyzwyczaić się ci, którzy znają moje prace - to co wydaje się być oczywiste jest tematem obrazu. Stąd używam także tekstu. Jednak tu pozwolę sobie go nie dać. Powiem tylko, że powyższy set - jeszcze nie do końca przebrany i zbudowany - nie ma wiele wspólnego dla mnie z radością. Wręcz przeciwnie. Ale każdy może widzieć w nim to, co potrzebuje lub jak się czuje.

Ogromny komfort jest wtedy, gdy ma się ze sobą dobrą ekipę, gotową na niedzielno-poranne plątanie się przez łąki, lasy, rosę i kleszcze. Jeden mnie ugryzł. Kleszcz. Dobrze mieć kogoś, kto udostępni dobrą miejscówkę. Dziękuję Dagmarze za pozowanie, Dorocie asystę, Katce za plener.

W czasie fotografowania zapytałem Dagmarę - nie mogłem o to nie zapytać - dlaczego pozuje bez ubrania. Nie spodziewałem się takiej argumentacji i takiego celu. Jakiego? Jest na tych właśnie zdjęciach. Powyżej.

Na poniższym od lewej: Suza je trawę, Dagmara, LA, Dorota. Fociła Katka.

fot. Katka Szmorąg

2009/05/08

7.5.2009 r. - Wakacje w mieście

Siódmego maja wychodząc z pracy miałem myśl, że nie chce mi się stać w korku przy wyjeździe z Wrocławia, więc może zrobię coś ze sobą w centrum. Nie wiedziałem tylko co, bo ani zakupy mi się jakoś nie wydawały atrakcyjne, ani spacer. Po prostu coś mi po głowie chodziło, ale nie wiem co. Sprawę rozwiązało Google, bo okazało się, że w Dolnośląskim Centrum Fotografii „Domek Romański” ma odbyć się właśnie tego dnia o 17.00 wernisaż prac artystki, której nie znam. Może to dobry pomysł zobaczyć, co dzieje się we własnym mieście, bo już zapomniałem, że tu też żyją twórcy. Zapomnieć nie jest o tym ciężko, bo galerie zwykły pokazywać w dużej części prace dyplomowe Akademii Sztuk Pięknych czy prywatnych szkół, które są jak dla mnie przeintelektualizowane i zbyt mało mówiące o samym twórcy, częściej dużo mówią o promotorze danej pracy, stąd przestałem je odwiedzać.

Domek Romański to dawna galeria Foto-Medium-Art, legenda początku lat osiemdziesiątych założona przez Jerzego Olka, centrum ważnego w tych latach w Polsce nurtu fotografii elementarnej, z którą związane były znane postacie, jak Andrzej Jerzy Lech, Bogdan Konopka, Wojtek Zawadzki, Piotr Komorowski i inni. Jednak legenda umarła jakoś w latach dziewięćdziesiątych i bardzo rzadko pojawiają się tam wystawy, które podobają mi się. Ostatnia to „100 fotografii” Wojtka Zawadzkiego sprzed roku. Większość wystaw była tam dość źle przygotowana, do tego stopnia, że przestałem cenić sobie na przykład Zbigniewa Tomaszczuka czy Romualdasa Pożerskisa. Oczywiście wrocławskiemu środowisku to niewiele przeszkadzało, bo ważne było, żeby przyjść na darmowe wino i ciastka i pogadać o tym, jak kiedyś fajnie było, a teraz jest źle.



Jednak wyjątkowo wyposzczony z wystawowych doznań nie nastawiałem się jakkolwiek na to, co miałem zobaczyć. Nie wiedziałem nic o artystce ani o jej pracy. „Daj sobie szansę, nie bądź krytyczny, nie nastrajaj się” – pomyślałem. W galerii był tłum, tak że nie mogłem dotrzeć do prac, dużo dzieci, oczywiście kilka wernisażowych hien, które już mają własne miejsca przy stoliku z kieliszkami, kilka znajomych twarzy. W tle ich plecami widzę wielkoformatowe czarnobiałe prace. Chyba druk na płótnie, napięty na blejtram. W hałasie nie słyszę słów autorki, nawet jej nie widzę. W informacji o wystawie czytam, że to artysta młodego pokolenia, w 2003 roku ukończyła Akademię, malarka, Agnieszka Prusak – Cybulska. Cykl nosi tytuł „Wakacje w mieście” i opowiada ze szczególną wrażliwością o dzieciach z biednych wrocławskich dzielnic, ich wyobraźni, zabawach itd. Kurator galerii – Jan Bortkiewicz – tak skomentował w tekście te prace: „Na początku nie lubiłem ich oglądać, bo pokazały mi, że od 30 lat nic się we Wrocławiu nie zmieniło”, czy coś w tej materii.




Zrobiło się luźniej i mogłem swobodnie oglądać prace. Duże rozmiary zawsze dobrze grają, teraz wiem, skąd pomysł z blejtramami, malarka. Ale i dużo samych prac jest bardzo malarskich, maniera komponowania obrazu i jego obróbki czasami jest bliższa szkicowi ołówkiem niż czystej fotografii. Wiele spośród około trzydziestu prac bardzo mi się podoba. Szczególnie te, które są dość niecodzienne, dziecko leżące na kartonach w zamyśleniu, bardzo czysty obraz, bardzo jasny, wygląda jakby był układany godzinami. Albo skulona postać „osaczona” przez tło z cegieł i kostki brukowej, niemal sterylne. Były też zdjęcia ewidentnie podchwycone, moje ulubione dziewczyna zwisająca głową w dół na trzepaku z tle brudnych kamienic i inne dziecko, „jadące” wyimaginowanym pojazdem z kartonu po drukarce marki Canon. Właśnie te prace, które były bardzo dwuznaczne podobały mi się najbardziej, przez ich malarskość, przez to balansowanie na granicy dokumentu i kreacji.


Inną częścią – i to właśnie ta część mi się nie podobała – był prace podchwycone, ale tak po prostu. Po prostu dzieci, które były obserwowane, sfotografowane w zabawnym momencie, pozujące, ale i autorka jakby chciała pokazać zbyt wiele na tych pracach, bo miały i spełniać funkcję jak wcześniej opisywane fotografie, i do tego jeszcze mieć wartość bardziej dokumentalną, zbyt wiele detali, zbyt reportażowe ujęcia. Oczywiście „zbyt” jak dla mnie. Autorka i kurator mogli mieć zupełnie inne zamiary, jednak mi brakowało w tym konsekwencji. Gdyby poprzestać na malarskiej części, o ileż mogło być przyjemniej? Fotografująca malarka może pokazać zupełnie inny sposób używania fotografii, bardziej refleksyjny, bardziej kontemplacyjny, nawet w przypadku tak ruchliwych i dynamicznych obiektów swojego zainteresowania, a zapędy dokumentujące czy reporterski zostawić innym.

Co do samej prezentacji i estetyki – cóż, były niedociągnięcia ewidentne w technologii przygotowania prac, ale było ich mało i wisiały w najgorzej oświetlonym miejscu galerii, więc jakoś się maskowały.




Tyle z relacji, natomiast najważniejsze jest to, co pozostaje po takiej wystawie we mnie i co mi ona dała. Dała mi wiele. Po pierwsze nie jestem już dzieckiem, bo widząc karton po telewizorze nie odbieram go jako potencjalnego czołgu do zabawy z kumplami po pracy. I to chyba daje najwięcej do myślenia, zabawna myśl, która jest śmiechem przez łzy, że nie byłem w stanie zauważyć momentu, w którym z dziecka dziwiącego się dorosłym, że nie traktuje poważnie owego kartonu czy garści kamieni w kieszeni, stałem się dorosłym i o mały włos zapomniałem, czym jest myślenie pozbawione racjonalności, analityki i znajdowania sensu i celu. I chyba z tego powodu prace malarki młodego pokolenia Agnieszki Prusak – Cybulskiej były dla mnie ważne i jestem zadowolony, że je oglądałem.


* * *

Foty robiłem telefonem, ale na prawdę warto zobaczyć tę wystawę, nawet jak się nie spodobała recenzja, to warto sprawdzić. w końcu nikt nie ma monopolu na rację i prawdę, a już na pewno nie ja.