Showing posts with label trele-nowele. Show all posts
Showing posts with label trele-nowele. Show all posts

2009/07/20



To dalej Wrocław, choć mogą powstać złudzenia, że to nie Wrocław.



- Meine Dammen und Herren... po lewej, po drugiej stronie platzu jest Kunstschule od muzyki, Akademia Muzyczna po polski, ale my pójdziemy zobaczyć teraz ostatni niemiecki zakład fryzjerski na Księcia Witolda Sztrasse.

Grupa dwudziestu białogłowych turystów z Bonn przechodzi swoimi śnieżno białymi tenisóweczkami pod dawnym Placem Pierwszego Maja, idą wzdłuż fosy, w dole ławeczki i masa syfu koło nich. Za fosą po prawej ciąg budynków.

- Herr przewodnik, a czy tu dalej jest szpital? - pyta białogłowy z papierowym krążkiem na szyi z napisem Helmut.
- Nein, szpital jest kaputt.
- Warum dlaczego on kaputt?
- Zachorował na kapitalizm. Nie przeżył.

Idą dalej, co raz bliżej ledwo co wyremontowanego mostu nad kanałem. Przewodnik toczy historię, że za zakrętem rzeki stoi budynek arsenału, a w dali widać Uniwersytet, a przed nim modernistyczny zabudowania elektrowni wodnej. Oczywiście niemiecka budowla hydrotechniczna.

- Herr przewodnik - tym razem zachrypnięta pani z cyfrową lajką, pięknymi tytanowymi implantami wraz z podwójnym "er" wypluwa nieco śliny - Czy coś tu będzie? Bo tu widzę łąka taka przed mostem. Tu kiedyś pracował mój tato, często tu przychodziłam po niego jak szłam do szkoły, o tam...
- Szanowna Frau, tu trwała do niedawna budowa Odra Tałer. Ale chyba globalny kapitalizm zjadł ją jak ten szpital.
- Ach ja...

Idą dalej, zeszli z mostu podziwiając świeże tagi wymalowane filcowymi markerami na nowej powłoce lakierniczej stuletniej konstrukcji. Podziwiają pięknie łopoczące na średniowiecznych murach wielkie bannery z żółtego brezentu wyklejone reklamą firmy usługowej.

- Das ist piękne - drą się zachwycone białe głowy - macie tu tak ja tam gdzie byliśmy w zeszłym roku, gdzie to my byliśmy, Horst?
- Birma - Horst kuleje lekko, proteza stawu biodrowego wyprodukowana w Polsce ma się dobrze, ale Horst lubi sobie pokuleć. Zawsze może ktoś zapytać, dlaczego kuleje, a on wtedy może mu pokazać blizny na biodrze. On to lubi.
- No Birma. Jesteście pomysłowi, budujecie ze wszystkiego, co się da. Gut, gut.
- To konserwacja elewacji, jest świeżo odnowiona i konserwator zabytków czeka aż do mistrzostw Europy w Fussballu, żeby ładnie było... - ucina przewodnik.

* * *

Na forum fotograficznym mam konto. W ramach tego konta umieściłem te fotki. Opatrzone zostały przez wszechpatrzące oko moderatora i osób do niego kapujących takim komentarzem: Przyczna moderacji
: Niestety jakość wykonania zdjęcia uniemożliwia jego prezentację na forum fotograficznym. Zachęcamy jednak do dalszych prób, mamy nadzieję ze bedą udane.

Oczywiście w słowie będą jest błąd. Albo obłąd. Albo obłęd.


2009/03/03

niepublikowany

- Ja cię nie podjudzam, ale na pewno nie rozbierzesz prysznica.

*Symulacja, to zdarzenie nie miało miejsca.

2009/02/17

nie wyjdzie

- A pan co tak stoi na przejeździe?
- Robię zdjęcie.
- Ale co tu ładnego jest?
- No nic, sobie robię.
- A pan taki ładny? (ironicznie)
- Nie wiem, być może...
- Na pewno fajne ma pan gacie, ale żeby sobie fotkę robić? Lepiej dziewczyny jakieś rozebrane.
- Może i lepiej, ale tu żadnej nie ma.
- A aparat to jakiś taki zabytkowy pan ma, ja taki dostałem na komunię, ale to dawno było, ze 30 lat temu. To chyba nawet taki, może by można takim jeszcze zdjęcie zrobić, ale po co, mnie córa teraz panie tak raz dwa i ja mam zdjęcie i widzę, jak ona mi je zrobiła.
- No ja ten mam od dawna, ale od razu nie pokazuje.
- Nie pokazuje, i nie pokaże, pewnie zdjęcie nie wyjdzie.
- Dlaczego nie wyjdzie?
- Bo pod światło pan robisz.
- Aaa... No może, ale to nie istotne.
- Jak nie istotne, to po co pan je robisz?
- A tak, po prostu.
- Artysta jakiś? W polu, w mróz? Na rowerze? E, pewnie nie artysta.
- Pewnie nie, nie wiem (uśmiech)...
- Tam pan zrobi, jak te śmieci wyrzucają.
- Robiłem już.
- Do gazety?
- Nie, dla siebie.
- Po co dla siebie śmieci robić?
- Nie wiem, może dla sztuki?
- Śmieci dla sztuki? Paaanie, coś pan bez sensu gadasz.
- Być może, ale mam ten luksus, że nie muszę gadać z sensem.
- Bez sensu. A nie zimno panu w tych gaciach?
- Nie, ciepłe są, jak się jedzie.
- To teraz pewnie panu zimno? To po co pan stoisz?
- Bo zdjęcie robię.
- Ale marznie pan.
- No marznę, ale zaraz będę jechać dalej, tylko zrobię zdjęcie.
- Aha. Hmmm... to nie zatrzymuję. Do widzenia.
- Do widzenia.
- Tylko nie rób pan pod Słońce. Ze światłem, nie pod, bo nie wyjdzie.
- Dobrze, dziękuję.

* * *

Cisza. Mróz szczypie po policzkach. W dali szum opon aut sunących po wstędze autostrady A4. Ludzie spieszą się na Sylwestra. Do Nowego Roku pozostało już tylko kilka godzin. Słońce bardzo nisko nad horyzontem, tak nisko, jak rzadko kiedy mam okazję to zobaczyć, zwykle o tej porze siedzę schowany za monitorem, a od świata oddzielają mnie czarne pionowe żaluzje. Żal stąd ruszać. To światło tak przyjemnie ogrzewa, asfalt taki ciepły i ta cisza. Zakręty, drzewa, stary park przy Oleśnicy Małej. To ładny koniec 2008 roku. Za mną narasta szum opon i terkotanie rozwalonych przegubów. Jedzie pewnie jakiś zdezelowany gruchot pamiętający zakupy w Pewexie. Ale jedzie szybko. To cecha mariażu takiego auta z tutejszymi kierowcami. Skrzypienie zużytych klocków hamulcowych i takie "trrrrrrr' opony, która bieżnik widziała na bilbordzie.
- Nie masz gdzie stać chuju?!
No tego właśnie brakowało w całości doznań przeżywania przestrzeni. Wiem, że jestem w Polsce. Bardzo dobrze już o tym wiem. Nie chodzi o to, że to Polska, tylko że to tacy ludzie. Tu. Trochę oblatuje strach, ale cóż. Uciekać? Po co. Odchodzę bardziej w kierunku rowu, choć i tak stoję na poboczu.
- Przepraszam, myślałem, że jest dość miejsca.
- Chuj mnie obchodzi. Po co tu fotografujesz?!
- Pamiątkę chcę mieć.
- Nie do żadnej gazety? Bo kurwa co rusz to tu piszą o nas.
- Nie, ja nie do gazety.
- Masz kurwa szczęście, bo by już wpierdol był.
- Mhmmm... no cóż, mam nadzieję, że nikomu tu nie przeszkadzam.
- A wie pan, bo tu kurwa co rusz to jakiś chuj pisze o nas bzdury.
- Ja bzdur nie piszę.
- To pan jednak z gazety, jak pisze?!
- Ja nie piszę do gazety, ja dla siebie, na pamiątkę.
- Coś pan z tymi pamiątkami kręcisz.
- Nie kręcę. Mam mało czasu i robię sobie takiego bloga. I na niego wrzucam to co mnie spotyka.
- Aaaaa.. Bloger z pana, taki nowoczesny. To jak pan taki nowoczesny to co pan za antykiem zdjęcia robisz? Taki to ja na komunię dostałem, jak powódź była.
- W 1985 roku?
- Nie, 1997 -
no to się chłop słabo trzyma, jak tak wygląda, a pewnie młodszy ode mnie prawie o dziesięć lat - ale mi go na przystanku zajebali jak żniwa były. Chciałem zdjęcia robić. I nie zrobiłem. Chuje jebane.
- Niech pan uważa, bo jedzie jakaś ciężarówka, żeby tu pana nie skosiła.
- A chuj mu w dupę!

Klakson, stary liaz ledwo wyhamował przed otwartymi drzwiami pierwszego rozmówcy.

- Nie masz gdzie stać chuju?!

- Chuj cie to obchodzi, pierdoło. Wolniej jedź, to nie będziesz musiał trąbić chuju.
- Nie chujaj mi tu łepku, stoisz na zakręcie i radjolisz a gościem z rajtuzach. Co wy pedały jakieś? Spierdalać stąd, bo pogonię. Szprycowac się mi tu będą pierdolone cioty.
- Jeb się!
- Pierdolone pedały! - starszy wsiadł do liaza i pojechał dalej, jakby celowo blisko przejechał koło auta pierwszego, by mu o drzwi zahaczyć, które całe szczęście same się przymknęły od wibracji silnika liaza. Dym, kurz smród. Jestem bardzo tu. Teraz wiem to jeszcze lepiej.

- Jebany dziad, niech go kurwa znajdę. Ale mu napiedolę, kurwa. Spierdalam.
- Narazie.
- Nara. I nie rób pod światło!
- Proszę?
- Nie proszę kurwa, tylko nie rób pod światło, bo nie wyjdzie.
- Nie robię pod światło, tylko przez gałęzie.
- Jeden chuj, nie wyjdzie. Zawsze

* * *

Lubię Osiek. Zawsze jest tu cicho. Do tego teraz to światło, mróz, lekki wiatr. Dymy wylatujące z kominów malowniczo podświetlone przez Słońce dopełniają harmonii. Zatrzymałem się na chwilę, muszę się poprzyglądać. Chcę zatrzymać na dłużej ten widok i nałapać do pamięci więcej szczegółów. Zawsze dodatkowo wyobrażam sobie, jak to miejsce wyglądało 30 lat temu, 100, 300 i tak dalej. Wyobrażam sobie ludzi, którzy w mroźną niedzielę szli do kościoła, napici wracali z gasthausu za kościołem i dziewczyny uciekające z wrzaskiem przed chłopakami w letni wieczór. Ot takie dyrdymały. Ckliwy jestem. Podnoszę FED'a do oka, mniej więcej kadruję (FEDem nigdy na poważnie nie kadruje bo i po co). Migawka trzaska cicho i słyszę miękki, nieco zachrypnięty głos.

- Ha, ładna lajka!

Kurwa, nie widzę źródła mowy, a słyszę wyraźnie. Tyle jechałem rowerem pod Słońce, że teraz jestem ślepy na cienie.

- Tu jestem, obok ławki - fakt, coś widzę. Prawie na niego wlazłem. Dziadek siedzi. Już zaczynam widzieć, ściągam okulary słoneczne.

- Dzień dobry, to nie lajka. To radziecka kopia, nie doskonała, ale prawie jak kopia - uśmiechnąłem się.
- Ta, ci to kopiowali wszystko. Co na spacerek pan przyjechał?
- A tak sobie dla zdrowia i przyjemności w cichy dzień pozwiedzać. To moja stała trasa.
- A daleko pan jedzie?
- A do Oleśnicy, potem Wiązów i dalej do Oławy przez Jaczkowice.
- Ho ho! to ładna trasa! Dawno już tam nie byłem, w Wiązowie. Ze 20 lat będzie, jak nie chodzę.

Faktycznie, staruszek siedział na nieco chyba młodszym niż on sam wózku inwalidzkim. Na rurach między łuszczącym się niklem rudo świeci rdza. koła z zaśniedziałymi szprychami i takie odblaski, za jakie kiedyś w szkole można było płacić kanapkami.

- No taka pętla, na szybki przejazd.
- A tego FEDa to ja mam też. Ale lajka lepsza.
- Pewnie lepsza, ale FEDa lubię, bo nic mu nie straszne.
- Ja taką lajkę mam, dostałem od Niemca. Jak nas z Pokucia przywieźli i kazali wysiadać z wagonów, o tu jak złom jest teraz, to tu nam kazali domy sobie zajmować.
- Ale to po wojnie zaraz?
- No tak, panie, po wojnie. I jak my przyszliśmy do tej wsi, to już Niemców nie było. I my do tej chałupy żeśmy weszli. I tak każdy brał. W nocy baby w krzyk, że one tu spać nie będą, bo tu straszy. Wiesz, jak to ludzie sobie ubzdurają. Tu wojnę widzieli, tu na froncie ginęli, a tu się myszy boją.
- I pewnie to myszy?
- Co myszy?
- No myszy to były?
- Nie, ten Niemiec właśnie. Jak Czerwoni tu weszli, to wiesz pan, oni tacy sami jak hitlerowcy, albo i gorsi. I jeden się chyba schował w piwnicy i nie wychodził przez miesiąc. Tak mówił. Myśmy go wypuścili do dniach kilku ledwo, bo nikt nie widział, gdzie wejście jest.
- To taka jakaś pod podłogą?
- Tak, taka dziura w ziemi, na dole klepisko, trociny i ziemniaki. Ten Szkop jadł tylko ziemniaki. Smród tam był, panie, że hej. W domu też śmierdziało, ale wieś to wieś. I to nie nasza, to co nam było.
- I on tę lajkę panu dał?
- Tak, miał tylko małą torbę, chlebak jakby i dał mi taka lejkę. Piękna była. Ten szkop był fotografem. Chyba. Daliśmy mu szmaty na przebranie, pomyli, odkarmili i gość dał mi za to aparat, zwinął tylko szpulkę z filmem i dał mi.
- I co z nim?
- A w domu leży.
- Ale co z Niemcem.
- Nie wiem. Poszedł w kierunku Oławy. Nigdy potem nie widziałem go. Nawet jak chyba pod koniec osiemdziesiątych lat zaczęli Niemcy przyjeżdżać tu, to ani on, ani nikt z jego rodziny tu nie trafił.
- Może on nie stąd.
- Możliwe, inaczej by z innymi pojechał wcześniej. A tak go zamknęli.

Ja w tym czasie chciałem mieć pewność, że zrobiłem wiejski widok, naciągam migawkę, ostawiam kadr (mniej więcej) i trzask.

- Nie wyjdzie panu.
- Słucham?
- Zdjęcie. Pod światło nie robi się.
Nie wyjdzie.

* * *


2009/01/21

zaszybie - mało-polska



















- Pszzzszszszczz---- khjgdsg 0900----- - as-a- s--- suszą?
- Kolego powtórz, nie słychać cię...
- Mobilki jak ścieżka na Oświęcim?
- Skąd lecisz?
- Na Tychy, przed autostradą w lewo na stacje

- szzczczzccczczzcz czczc zczcz czd %^&*(

- szzzzczczcz zz e ee e e Ty debil. Pacz, zdjencia robi.... szczczc c zcz

- debil pewnie jakis - pacz jak suszom azfalt - szzczzc ckdhtrtrrrrtrrrtttrrrrrr

- mobilki jak ścieżka na Wadowice.... trrrrrrrr rsczczczszszczszcszczszczszc - halo mobilki jak ścieżka na Wadowice - szzzczcz zpiiiiii

- czysto było. przed wiaduktem stali po lewej suszyli.

- dzięki. szerokości. na Tychy czysto było.

- szzzzzczccz z z - w Kalwarii ty chuju jak jedziesz.

- ....kupi burak radio i ściemy zapodaje...

- ... chuju ty zbolały, kaj się wpierdalasz z tym drezyna?

- szczczszszszczczcz

Lokalny Kocha wyjazdy służbowe. Lokalny kocha społeczność CB. Lokalny kocha łapać widoki mknące za oknem drzwi pasażera siedzącego z tyłu. Łapie chwilowe dynamiczne rozmyte światy. W każdej sekundzie tworzy wizję mieszkańca każdego domu i pieszego idącego każdym chodnikiem. Odtwarza chwilowe nastroje siedzące w wyimaginowanych umysłach chwilowych bohaterów analizując ich życie w świetle swojego. Dlatego Lokalny kocha szatkowany roletą migawki świat mknący za atermiczną szybą, bo zawsze by chciał, a nigdy prawdopodobnie tam nie wróci. Od dziecka łapał tak świat aparatem i do teraz tak ma i tak mieć będzie. Łapie świat zza szyby. Przez szybę. Dzięki szybie. Zza szyby wygląda często lepiej. Taki problem Lokalnego Artysty.

Miałem czas by tym pomyśleć w czasie poniedziałkowego wypadu do Wadowic na pielgrzymkę do klienta.


2009/01/06

na chorobę te foty - zapytałby Lokalny


Siedzę teraz w domu z gorączką pod 38 stopni i mnie szlag trafia, że taki piękny dzień przesiedziałem w domu. Takie dni, chorobowe, są jednak potrzebne, by uporządkować kilka spraw. Może to i dobrze, że taki moment zdarzył się na początku 2009 roku. Całkiem niedawno, bo 28 grudnia 2008 roku spotkałem Lokalnego Artystę gdzieś w okolicy Przełęczy Walimskiej w Górach Sowich. Chociaż w sumie nie wiadomo kto kogo spotkał. W jednym momencie rozkładam statyw, zachwycam się widokiem stojąc 50 metrów ponad chmurami, w nos szczypie lekki mróz i sypiące się z drzew igły szronu, gdy w drugim podnoszę oko znad kominka mojej eRBetki i widzę stojącego obok Lokalnego Artystę. Kto już raz go spotkał, ten wie, że to nie jest postać, która budzi sympatię wyglądem czy aparycją.

- Na chuj się gapisz? - wypaliłem, zgodnie z zasadą, że najlepszą obroną jest atak. Lokalny wyraźnie zbladł. Wypaliłem nieco za szybko (bo to nie w mojej naturze tak do ludzi agresywnym być) bo Lokalny patrzył w komin swojej eRBetki. Kontynuując, Lokalny zbladł, podniósł głowę znad swojego aparatu i blednąc jeszcze szybciej spojrzał na mnie.

- Nie wiem jak wcześniej ale teraz to by się zgadzało.

- Że co by się zgadzało? - traciłem nad sobą kontrolę, nie wiem co we mnie wstąpiło, ale nie chciałem go ani przeprosić, ani odpuścić. Wkręcanie się w dyskusję sprawiało mi nadzwyczajną frajdę.

- No że teraz to na chuj się patrze.

Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi, byłem przekonany, że gość sobie odpuści i podda się, ale widać, że jest twardszy ode mnie i słowami go nie przekuję.

- Ale ja nie do pana mówię - wypaliłem już zupełnie bez sensu pogrążając się jeszcze bardziej - Ja do tego tam, przecież nawet na pana nie patrzyłem.

Lokalny obrócił się, spojrzał w dal i znowu na mnie. Oczywiście nikogo tam nie zauważył, więc z miejsca spaliłem swój image. Złożyłem swój sprzęt, z mniejszą niż zwykle dbałością o czystość i ostrożność wrzuciłem aparat do torby, nerwowo poskładałem statyw. To se kurwa pofociłem - burknąłem pod nosem. Znowu stałem się ofiarą własnej fantazji. Przecież znam Lokalnego nie od dzisiaj, nie od teraz. Wiem, co by mógł zrobić, ale przecież dobrze wiem, że tylko prowokowany staje się nieznośny i bezczelny. Co za głupek ze mnie. Aż takie widoki, znowu ktoś zrobi te zdjęcia, a ja nie. Co za bałwan (psychologowie mówią tu o autoagresji połączonej z poczuciem winy). Odchodzę do swojego auta, gdy słyszę śmiech zza pleców. No mogłem się spodziewać, że Lokalny nie przepuści takiej okazji, że teraz, gdy już podkuliłem ogon, będzie po mnie jeździć jak po łysym (!).

- Ej, człowieku, ale o co Ci chodzi, ja nie chcę focić tego co Ty, ja tu czekam na kogoś...

- Ta - jeszcze się nie odwróciłem, ale udałem, że niby się przejąłem - to po jaką cholerę masz akurat w tym miejscu wszystko rozstawione i wymierzone dokładnie tam... małe te góry kurwa są? Małe?

- Ale na prawdę, ja tu czekam na kogoś - ciągnął dalej Lokalny - nie robię landszaftów.

- Jasne, widziałem Twój profil na plfoto, robisz krajobrazy, oszuście!

- A tam, ale teraz akurat nie, tu czekam na typa, co właśnie zaraz tu przejdzie i robię portret i spadam.

No ręce to mi opadły. Portret? W taką pogodę? Z takimi zjawiskami? Taka szadź? Takie światło? Ech, co za ignorant. Teraz to mu dowalę:

- To, skoro robisz tu portret, to... - hmm, no nie wiedziałem, co na nim zrobi wrażenie - ...yyyyyyy... - dalej nic -...yyyaaaaayyy... - mam - ...to może potrzymać blendę? No Sienkiewicz, dałeś mu do pieca. Facet się rozsypie pewnie i w życiu już nie zrobi foty. W życiu nie będzie mieć już kolejnych dobrze ocenianych fot na forum.

- No toś pan dziki jest. Strasznie dziwnie pomoc oferujesz. Ale nie, dziękuję. Mam dzisiaj asystenta.

- Ale to portrety robić? Jak za plecami takie landszafty?

- Człowieku, dziwak jesteś. Ja jestem dziwak, ale Ty jest dziwakowatniejszy.

- Po prostu chciałbym w końcu być na pierwszej stronie plfoto. Już zrobiłem na prawdę wszystko Już nawet znam Pohrybnego, nawet mam średni format, kupiłem sobie filterki połówkowe i polaryzacyjne, na slajdach robię i nic.

- Ale co Ty pierdzielisz, człowieku, co mnie to obchodzi, rób se jak chcesz...

No tak, ale jak tu robić, jak mi ten Lokalny tu stoi, i ani się skupić, ani pomierzyć. Przecież ja tego nie lubię, wstydzę się. Nie wiem czemu, ale nie lubię widowni. Lokalny Artysta jednak ciągnął dalej.

- Wiesz, jesteś dziwak. Zamiast robić swoje, to czaisz się i rzucasz do innych, grzecznych i spokojnych ludzi. I wiesz co, w dupie mam to, co sobie kupiłeś i co chcesz. Nikt na kolanach nie będzie cię błagać: wróć, postaw statyw, pomogę ci. Chuj Ci w dupę. Powiem jeszcze coś. Zrobię to zdjęcie. A chuj. Zrobię...

- Nie waż się... - syknąłem. Nie miałem pomysłu, co mu odpowiedzieć, gdy zapyta "bo co", mam nadzieję, że nie zapyta.

- Bo co?

- Bo Ci wymoderuję każda kolejną fotkę, jaką tam dasz!

No to wymyśliłem! Myślicie, że nie zrobił tej fotki? Zrobił, jest na górze tego bloga, a nawet tu, na moim ulubionym forum. I nic. Ja chciałem zrobić swoją. Ale Lokalny przez moją głupotę i swoją porywczość zrobił ją pierwszy. I ostatni. Całe szczęście landszafty Lokalnego nie cieszą się takim uznaniem forumowiczów, jak portrety. Całe szczęście. Jest jeszcze nadzieja dla mnie.

* * *

Ha ha! Udało się! Nie będzie sobie Lokalny wielkim Artystą! Zgłosiłem jego fotkę do moderatora, że gówno daje na forum i zaśmieca nam nasz zakątek czystej fotograficznej sztuki. Lokalny dzisiaj wrzucił tą fotografię. Pierwszy ją zgłosiłem do moderacji, a admin nawet słowem nie zająknął, tylko uznał, że to się nie nadaje do naszego forum. Dobrze, że poza artystami są jeszcze trzeźwo myślący ludzie. Dzięki Bogu.

2008/09/19

Fotograf nerwicowiec na dogoterapii


Lokalny Artysta w czwartkowe popołudnie zapakował się do muchowozu* po pracy i przeleciał koło Mostu Trzebnickiego przez zakorkowaną Kurkową na focenie kolejnej imprezy fundacji Dogolandia. Tylko L.A. ma na tyle zrytą głowę, by pojechać na zlecone prace ze sprzętem którego nie zna, ale dzięki temu, że nie jest w stanie skupić się na temacie, tylko na rozpoznaniu sprzętu, zrobił kilka dobrych fot. Lokalny jak za dużo myśli, to potem nie ma zdjęć.

Ponieważ wszystkie serwisy fotograficzne poświęciły bardzo dużo miejsca dla recenzji sprzętu, jakim posługiwał się Lokalny Artysta - t.j. Nikonie D700 - także i tu na blogu postanowiono nie być w tyle za innymi, znacznie mniej poczytnymi miejscami w sieci, niż to, które właśnie przeglądasz.

Z Lokalnym Artystą rozmawiał jeden z przedstawicieli handlowych dystrybutora sprzętu fotograficznego, Jan Zych**:

J.Z.: W tzw. środowisku znane są pańskie reportaże z punktowo świecącą lampą umieszczoną w stopce aparatu. Dlaczego po kilkunastu minutach fotografowania - co zaobserwowałem - zdjął pan lampę z sanek?

L.A.: No nie wiem, przestała mrugać, to ją zdjąłem...

J.Z.: Jak to przestała? SB-800? To jedna z naszych najlepiej sprzedających się lamp!?
L.A.: No może i tak, ale szkoda, że baterie o dużej pojemności skończyły się po jakichś 80 ekspozycjach.

J.Z.: To pewnie akumulatory były niezgodne ze specyfikacją producenta.
L.A.: Na pewno. Tak samo jak menu tej lampy, bateria aparatu i wszystko inne. Straszna kicha, panie... jak pan się nazywa? Bo niedosłyszałem?
J.Z.: Jan Zych.
L.A.: No właśnie, panie Zychu. Janie, przecież to niesamowity badziew. Gdzie to urządzenie było projektowane? Dlaczego, żeby cokolwiek zmienić w menu trzeba przejść dwa lewele, zabić bossa przez fatality i rozwiązać sudoku?

J.Z.: No wie pan, przecież to wszystko jest w instrukcji...
L.A.: Widział Pan kiedyś kogoś, kto czyta instrukcję? Obsługa aparatu powinna być intuicyjna. Tu nie jest. Dlaczego nie można lampy ustawić jednym przyciskiem na zwykły TTL albo tyrystor? Dlaczego mimo zadanych prześwietleń/niedoświetleń aparat wciąż na drabinkach pokazywał mi jakieś inne zmieniające się parametry? E, jakiś skandal. No szybki jest, to fakt, ale nie kosztem prądu.

J.Z.: Ale to pierwszy taki aparat, z takimi innowacyjnymi funkcjami? Z takimi prędkościami, z Live View...
L.A.: Z czym? Jakim Live? Na żywo to znaczy od razu, ale nie że obraz ma sekundowe opóźnienie, a ekspozycję robi po kolejnej sekundzie. Lepiej było tego nie dawać w ogóle...

J.Z.: Ale to przecież się przydaje, rzesze fotografujących zgłaszały producentowi poprzez siec handlową potrzebę takiej technologii...
L.A.: Jasne. trzeba było lepiej peryskop dołożyć. Fakt faktem jakość obrazu i ustawienie ostrości jest genialne, ale szkoda, że nie da się tego obsłużyć...

J.Z.: No, ja się z panem nie zgodzę...
L.A.: No ma pan prawo, w końcu pan tego nie używa, tylko sprzedaje.

J.Z.: To jak pan taki "artysta" ot co byś pan polecił, no?
L.A.: Nic. Nie ma już fajnych aparatów, od kiedy skończyli produkować F3.

J.Z.: No i masz, kolejny outsider.
L.A.: Troglodyta.

J.Z.: Dupek.
L.A.: Chujek

J.Z.: Ciota.
L.A.: Chujek.

J.Z.: Cipek.
L.A.: Co by pan nie wymyślił, to D700 fajny nie jest, a to i tak nie zmienia faktu, żeś chujek.

* Muchowóz: Opel Astra moich teściów, rok temu jak z Katką, Michałem i Anką L.A. jechał na Becvę, to w drodze wylęgły sie w nij muchy z białych robaków, które uciekły z pudełka, które szwagier L.A. zabierał na ryby.

** Imię i nazwisko zostało zmienione. Wszelka zbieżność imienia i nazwiska do kogokolwiek z rzeczywistości jest przypadkowa.


2008/09/14

Wspominek

Fot. Kryśka Sobiecka (od tygodnia Sobiecka-Nawrot)
Na zdjęciu: Leży Piotr Komorowski, w tle Wojtek Sienkiewicz (ja).
Maciejowiec, maj 2003 r.


Sprzątając w domu znalazłem w końcu pamiątkę z pierwszego szkolnego pleneru w afie. W drugi dzień ja, Kamil i Kryśka (te dwie ostatnie postacie właśnie przed tygodniem się ożeniły) oraz Piotr Komorowski pojechaliśmy do Maciejowca, na północ od Jeleniej Góry (za Jeżowem Sudeckim i Pilchowicami). Tak teraz z perspektywy czasu patrząc to to by chyba - a może nawet na pewno - najfajniejszy plener w życiu. Fotografia dla samej przyjemności fotografii, widoki dla samych widoków. Nie robiliśmy tam landszaftów, tylko fociliśmy najzwyczajniej to, co było ciekawe i inne. No, co ambitniejsi (m.in. ten na zdjęciu po prawej przy statywie - LA) starali się zrobić coś, co później w innej szkle nazywa się "emotivne". Było po prostu fajnie. Szokujące jest to, że to fotografia sprzed nieco ponad pięciu lat, a ile się zmieniło w samej fotografii. Wtedy nikt nie miał cyfraka poważniejszego na plenerze. 90% miało małoobrazkowe aparaty, kilka osób pentaconsixy, ja miałem mamiyę. Teraz? Teraz plener wygląda inaczej. W lesie nie jest cicho, tylko bezkarnie trzaska migawka. Wtedy było to niewyobrażalne. Teraz na plenerach po foceniu ludzie piją z oczami wlepionymi w ekrany laptopów, wtedy piliśmy po prostu by pogadać. I ja wolę takie plenery, gdzie nie ma laptopów.

Małe porównanie z tamtego czasu vs dzisiaj:
Mamiya 645 proTL zestaw - 15.000 zł ----- EOS 5D + dobry kit - 8.000 zł
Wtedy dSLR powyżej 14.000zł (6mpix) ---- Dzisiaj Mamiya w secie - 4.000 zł
Laptop jakiś na pentiumie 4 - 5000zł ---- jakikolwiek silny z 4GB ramu i C2D - 2500zł
Lech puszka 0.5 litra - 2.3 zł (2003 r.) ---- Lech puszka 0.5 litra - 2.5 zł (2008 r.)

Ot takie czasy. Piwo w takim razie jedyne ani się nie rozwija, ani nie starzeje, bo trzyma cenę najlepiej ze wszystkich. Pointa? Taka jak zwykle: dawniej było lepiej. Jak dalece lepiej? Czy bardziej "lepiej" niż tylko to lepiej, które wynika z nostalgicznego rachunku o przemijaniu? Niech na to pytanie odpowie fragment wspomnień z dziennika prowadzonego przez dziennikarza lokalnej gazety:

Czekałem na przystanku autobusowym tym co zwykle w Maciejowcu, gdzie na rogu stoi krzyż, na górce pałac, a na parkingu zawsze to samo auto z plandeką AscoRutiCal'u od Jelfy. Wiedziałem, że nie zdążę do redakcji bo jak zwykle ten jedyny tu autobus do Jeleniej spóźni się o właśnie te kilka minut. Zbliża się zamknięcie tygodnika, a ja jestem kolejny raz bez tekstu i znowu w moją szpaltę wcisną reklamy. Nie wiadomo skąd zza krzaków wyskoczył facet, tak koło 25 lat z wielką torbą na ramieniu, statywem, który raczej przypominał jakąś nieokreśloną bliżej broń i aparatem wielkości kamery. Obcy sam nieco przestraszył się mnie, bo chyba nie spodziewał się zastać kogokolwiek przy wyjściu z gęstych krzaków leszczyny.

Zagadałem: Rany, ależ mnie pan wystraszył z tym ustrojstwem.
Obcy: Ja Pana? Chyba tym zielonym polarem straszyć mogę.

Ja: E tam, tu wszyscy chodzą w polarach.
Obcy: Zauważyłem.

Ja: Wtapia się Pan w tłum?
Obcy spojrzał na wielką torbę, na statyw, na aparat, na mnie i mówi: No, o ile u Was tu wszyscy obwieszeni jak japońscy turyści, to chyba wyglądam jak tubylec...

Obcy zrzucił z ramienia torbę, statyw z aparatem, zdjął polar i zaczął kląć pod nosem:
- Cholerne kleszcze, całą radość ze spacerów po lesie niszczą - i siadł na starym kamiennym drogowskazie postawionym tu jeszcze przez Niemców i zaczął dokładnie przeglądać spodnie, wspomniany zielony polar, buty. Po chwili otworzył torbę, wyciągnął z niej metalowy termos i nalał parujący napój do postawionego na asfalcie kubka. Z bocznej kieszeni torby wyjął zawiniętą w foliową torebkę bułkę. Rozwinął szeleszczące opakowanie i zaczął jeść popijając herbatą.

- Od dawna tu pan siedzi?
- Nie, jakoś od godziny, może ciut dłużej. Chcieliśmy robić zdjęcia o świcie, ale mieliśmy problemy ze wczesnym wstaniem - tu się uśmiechnął lekko, jakby porozumiewawczo.

- To jest tu "was" więcej?
- Jak "nas"?

- No fotografów?
- No tak, jak to na plenerze.

- Ahhhh.. To plener tu jest. Tej szkoły z JCK z Jeleniej?
- Nie, Wrocław.

Wtem z rykiem zza zakrętu za dębem wyjechał autobus PKS Wleń i zatrzymał się niemal oponą na kubku fotografa. Już chciałem wejść gdy drzwi otworzyły się w z nich wyleciał kierowca z dość nerwowym stanie, zmarszczył czoło, wydął policzki zaciągając się jednocześnie papierosem, który już dawno zaczął trawić filtr. Kierowca podszedł do fotografa i zaczął krzyczeć:
- Kurwa, z wami chujami. Co sobie kurwa myślicie?
- Ale, że co?
- Jebane pedały!
Obcy fotograf spojrzał w moim kierunku, na twarzy malował mu się i niepokój, i zdziwienie. Mimo sapiącego szalejącego kierowcy PKSu ugryzł kolejny raz bułkę z makiem i sięgnął po stojący obok opony autokaru kubek. Nie zdążył się napić, bo kierowca wytrącił mu go z rąk. Sapał jeszcze głośniej, a łyse czoło stało się już purpurowe.

- Panie kierowco, ale o co panu chodzi? Rozumiem, że chce pan sobie pokrzyczeć, ale wytrącanie komuś kubka z herbatą to już nie jest fajne - odezwał się obcy, opluwając nieco kierowcę resztkami bułki.
- I co? I tak gadać będziesz cioto? Na tyle tylko cię stać?
- No było by mnie stać na więcej gdyby wyartykułował pan swoje pretensje do mnie, choć pojęcia nie mam jakie by one mogły być?
- Nie wiesz? Kurwa nie wiesz? Teraz nie wiesz? Będzie mi tu bufon pierdzielił, że nie wie?!!? Ja wam pokażę, kurwa, o co mam pretensje. Kuuuurwaaaa, wszystkim Wam pokażę. i Chuj.

Kierowca odwrócił się na pięcie i wsiadł do steranego pomarańczowego autosana PKS Wleń. Odpalił silnik, zawył starą turbiną i ruszył wzniecając równie obfite tumany kurzu, w jakich się tu pojawił. Zniknął za zakrętem i po chwili już nie było go nawet słychać. Znowu jedynymi dźwiękami były świerszcze budzące się do życia po tym, jak słońce oświetliło ich łąkę.

Fotograf z pytającym wyrazem twarzy patrzył na mnie, ja chyba na niego też, bo odpowiedzi w moim obliczu nie znalazł.
- Tu tak wszyscy?
- Nie, tzn do tej pory nie widziałem czegoś takiego.
- Może mu córa z tego Wlenia poszła w długą... z fotografem - i zaczął się gromko śmiać.
- Ta, albo syn...
- Hehe - śmialiśmy się obaj, wymyślając co jeszcze mogło spotkać znerwicowanego kierowcę autobusu.
- Ja wiem, pewnie córa poszła z fotografem gejem w długą, a on potem znalazł ją na rozkładówce Młodych i Mokrych", he he he... Śmichy hihy, a mi została jedna bułka.
- Śmichy hihy, a to był jednyn autobus, jakim mogłem dojechać do pracy.
- No to, masz pan dzisiaj wakacje. Ja nie mam, Słońce nie słup, stać w miejscu nie będzie.

Obcy fotograf założył brzydki polar - zielonkawy w sumie, zauważyłem, bo słońce zdążyło się przesunąć i cień już na nas nie padał, na ramieniu zawiesił wielką torbę na pasku, wcześniej schowawszy do niej pozostałości po torebkach z bułkami z makiem i termos. chwycił statyw, aparat powiesił na szyję. Wyglądał z tym już nie jak człowiek, ale raczej jak cybernetyczny organizm złożony przez nieutalentowanego plastyka i genetyka hobbystę w jednym. Machnął ręką i zniknął w krzakach.

Na miejscu gdzie się pakował znalazłem jakąś karteluchę, pomiętą, zapisaną ołówkiem i obdartą z jednej strony. Z jednej strony można było rozczytać: Lokalny Artysta, Wojtek Sien..... i kropki i szlaczki, jakie zwykle rysuje się z nudów w zeszytach, gdy nie ma co zrobić z rękami na nudnym wykładzie. Po drugiej stronie fragment listy zakupów:
- Warzywa od Rosiaka:
- marchew 1 kg,
- nać pietruszki,
- seler,
- makaron Goliard
- reszta w Rondzie:
- bułki małe 10 szt
- makar.....

Koniec. A, zatrzymam, może się kiedyś okaże, że to ktoś znany i sławny, a ja będę mieć fragment jego zapisków. Może to mi wynagrodzi to, że mnie dzisiaj wywalą z pracy.

* To wyimaginownaa historia, więc oczywiście nie można mieć pretensji do PKS Wleń, który na pewno świadczy usługi na wysokim poziomie i pracujacy dlań kierowcy są zdrowi i zrównoważeni i można mieć do nich pełne zaufanie.

2008/08/14

Pierwszy wywiad z Lokalnym Artystą po urlopie. Bez cenzury.


Redaktor: Wypoczęty?

Lokalny Artysta: A tak sobie, powrót z urlopu, mimo bardzo małej odległości (110km - przyp. red.) zawsze wyczerpuje cały zapas energii zebrany podczas urlopu. Jednak całe szczęście wróciłem z urlopu szybciej. Miejsce piękne, jednak coś było nie tak z pokojem, niby drugie pięto, a zadyszka jak na szczycie Mariottu po schodach. I nie spaliśmy. Pies też nie spał. Jednak zostało nam kilka dni wolnego i w domu odsypialiśmy (śmiech).

Redaktor: Jednak mimo zapowiedzi w rozmowie telefonicznej sprzed urlopu zarzekał się Pan, że nie weźmie ze sobą żadnego aparatu. Że wakacje będą dla duszy. Że nie będzie męczenia małżonki, by blendą świeciła ludziom po oczach... rekreacja. A jak było?

Lokalny Artysta:
Było ciężko. Mamiya i statyw swoje ważą...

Redaktor: ...czyli jednak sprzęt pojechał z Panem?

Lokalny Artysta: Ależ oczywiście. Wie pan, ja jestem jednak troszkę idiotą, zabrałem sprzęt, woziłem się z nim na plecach rowerem trekingowym po górach. No, każdy normalny już na sam widok roweru na kołach 700C jadącego kamieniach (bez amortyzatorów) puknął by się w czoło. Ci normalni, których ja spotkałem byli wyrozumiali - pukali się w czoło jak widzieli, gdy z całym majdanem tnę w dół po kiepskiej drodze, a z tylnych hamulców dymi się i rozrzucają na boki fragmenty zniszczonych klocków hamulcowych.

Redaktor: Słowem kupa śmiechu. No dobrze, ale urlopy i wyjazdy są domeną ludzi pracy, szarych zjadaczy chleba, którzy pracują dzień po dniu i żyją od weekendu do weekendu, od urlopu do urlopu. Artysta w końcu co dzień robi to co kocha, więc robią to co kocha nie musi mieć od tego odskoczni, bo całe jego życie kreuje on sam w sposób jaki chce.

Lokalny Artysta: Po części ma pan rację. Taka sytuacja jest możliwa w kraju, w którym dba się o kulturę, a Polska takim krajem nie jest. Nie mamy ani rozwiniętego rynku sztuki, który uniezależniłby artystów od konieczności codziennej pracy na to, by utrzymać swoje prawdziwe życie. To wszystko dopiero zaczyna się dziać. Są tego pierwsze oznaki, są artyści, którzy mogą jednym obrazem zarobić na spokojne życie na rok lub dwa. Możliwości są, ale są wciąż za małe. Z wyłączeniem Warszawy jest mało galerii, które zajmują się promowaniem młodych artystów, wyłapywaniem ich z tłumu itp. I żeby to nie byli sami koledzy kolegów...

Redaktor: czuję tu znowu pewne odniesienie do aktualizacja.info...

Lokalny Artysta: ...no to jest piękny przykład matolenia (taki nowy wyraz). Zobaczmy na listę. Pisałem już o tym wielokrotnie. Na tego rodzaju rankingach najłatwiej znaleźć klucz: już sławni, już modni, paru kumpli. Cel ma to taki, że bez sławnych i modnych na listę nikt nie zwróci uwagi. Krytyków jest u nas jak na lekarstwo, a poziom ich umiejętności średni, co widać po wystawach pod ich kuratelą.

Redaktor: No dobrze dobrze, ale może wróćmy do tematu samych wakacji. Co zwróciło Pańską uwagę na kanikule?

Lokalny Artysta: ...hmm... no była taka jedna rzecz. Młodzi rodzice po czterdziestce z dziećmi w wieku 2-3 lata. wyobraź sobie piękny hotelik, położony w pięknym miejscu nad śliczną rzeczką płynącą między Górami Bialskimi i Złotymi. Poranek, schodzę do kuchni, by w orzeźwiającym powietrzu przygotować śniadanie. Pachnące czeka na stole, schodzi żona, siadamy do jedzenia (posiłki przygotowywaliśmy sami, ob żona ma alergię pokarmową). Wsłuchując się w dźwięki łąki pierwszy kęs jajecznicy na maśle i jakiś smarkacz z wielką koparką hucząc plastykowymi kołami po terakocie drze się udając widlastą ósemkę. I zapierdziela tak w kółko. Czterdziesto-kilku-letni tatuś, w krótkich bojówkach, koszuli z krótkim rękawem wpuszczonej w spodnie, telefonem przy pasku, sandałach i błękitno-spranych skarpetkach przerywa tylko na chwilę rozmowę z identycznym tatusiem, ale z telefonem przypiętym z drugiej strony pasa, by rzecz: Mikołajku, dobrze się bawisz? Super chuju jebany - taka mi odpowiedź się wyobraziła. Bawię się w chuj dobrze, szczególnie mam w chuj frajdy jak zapierdalam po kuchni przy stole, gdzie ta pani w ciąży z tym łysym panem jedzą śniadanie. Tak, pięknie potrafi być na wakacjach. Albo inna młoda mama koło pięćdziesiątki z chodem kaczki, zielonych gaciach i kucykach a'la Pipi Langsztrumpf (nie wiem czy dobrze przeliterowałem). Czytała swojemu Antosiowi cholerną bajkę na głos. Jemu i 25 innym jedzącym w jadalni śniadanie.

Redaktor: Czyli młodzi rodzice na progu XXI wieku to zmora wypoczynkowa?

Lokalny Artysta: Nie, absolutnie,ale chyba ja wolę inne metody wychowawcze niż te już wypaczone z artykułów prasowych kolorowych pism. Rodzice tak już oszaleli, że nawet nie starają się budzić we własnych dzieciach poczucia autorytetu-rodzica. Dzieci traktują otoczenie już nie z ciekawością, a jako poligon. Nie licząc się ani z roślinami, ani ze zwierzętami, ani z ludźmi. A rodzice co? Bierze taka mama takiego dzieciaka i mu tłumaczy co ja robię. A on się drze jak cholera bo on woli terkotać cholerną zabawką niż zobaczyć, jak piecze się pstrąga. I ma to w dupie, że może ja po to przyjechałem na koniec świata, by mieć cisze i spokój.


Redaktor: Ależ niech pan da spokój, przecież to dzieci, nie ma co się unosić...

Lokalny Artysta: No tak, tak. Ale jak nie ma! To nie problem dzieci, tylko rodziców idiotów, którzy nie widzą, że dziecko nie wie co to jest kara, co to jest nagroda. Nie chodzi o to, by je bić czy namiętnie karać, ale jakim rodzicem będzie dziecko, które nie umie znaleźć różnicy. Jak ja będąc brzdącem przywaliłem wczasowemu koledze klockiem w głowę, to zostałem publicznie upokorzony klapsem w tyłek. W życiu nikogo nie uderzyłem od tamtej pory. Teraz te dzieciaki tłuką się cały czas, a rodzice: Michaśku, tak nie można, pobrudzisz sobie ręce, ty wiesz na czym on mógł siedzieć?? A potem te rączki pchasz do buzi, oj Michaśku...

Redaktor: No tu pan troszkę przesadził.


Lokalny Artysta: Wiem, ale koloryzowanie służy. Niech pan zobaczy na wojnę, która mnie zaskoczyła na koniec urlopu. Nie ma autorytetów, bo są dwa skrajne. Jest mama USA i tata Rosja. Jak mama napierdziela Irak i Afganistan, bo zacieka ropą, to tata krzyczy - zostaw, niech cieknie. Pocieknie pocieknie, a zdrowa blizna jest lepsza niż pudrowana zszyta rana. Jak Tata bywa brutalny, to mama wkurza się również, że ona owszem też tnie lancetem, ale przynajmniej upudrowane to jest. A dzieci? Rodzina NATO, Rodzina ONZ, Rodzina Unia... Wszystkie jak zwykle wolą pudrowane rany mamy niż ciężkie sznyty taty, a potem się wszyscy dziwią, że tata posądza mamę o cynizm. Ja pierdykam.

Redaktor: To może jeszcze jedno...


Lokalny Artysta: Nie! Już dziękuję, nie chce mi się gadać. Wyczerpały mnie te gadania, boli mnie łeb i kręci mi się głowie. Mam to już w nosie. Byłem miły i tłumiłem w sobie agresję, która zawsze ze mnie wyciekała w kierunku moich rozmówców. Teraz się doigrałem...

Redaktor: ...no ja przepraszam, nie chciałem wyczerpać pańskiego...


Lokalny Artysta: Dość. Dodam tylko, że ilustrujące ten wywiad zdjęcie jest nieudane i wcale nie jestem z niego zadowolony. Nie pokazuje nic wartościowego, jest kiczowate, źle zeskanowane, nie ma dobrego tematu ani powodu, by je wykonać. Tak, cicho kretynie, wiem o co chcesz spytać! Zrobiłem je po to, by nie wrócić z nienaświetloną rolką. By się ludzie nie śmiali, że przepadłem w górach na kilka godzin na rowerze z kilkunastoma kilogramami sprzętu na plecach i nie zrobiłem jednego zdjęcia. To kurwa macie. Dwa!

Redaktor: ...ależ ależ, panie Lokalny A...


Lokalny Artysta: Milcz! Dość, mam dość, Wszyscy won! Mam dość, jestem już zmęczony...