2008/08/29

Dość!

Dość patosu. Czas na rekreację.

Fota dokumentacyjna dla tych wszystkich, którzy chcą robić remont. Ten człowiek remont zrobił. Dwoił się, troił się... zwielokratniał. I nic. Poświęcam te 20 minut ustawiania statywu, 5 minut zrzucania z karty, rok leżenia na dysku i chwilę nudy w pracy zabitą szybką zabawą. Niech obecny tu w wieloosobowej formie Paweł zagości na Waszych monitorach. Niech głęboka troska bijąca z jego oblicza przemówi do Waszych umysłów.

Moi drodzy: na prawdę kiedyś będzie jeszcze tak, jak kiedyś.

2008/08/25

Bezdomna w CSW - nie widziałem więc piszę.

Jak to tradycyjnie w Polsce się odbywa, najwięcej pisze się o tym, w czym się nie było lub nie uczestniczyło. Ja uczestniczyłem choć nie byłem, a wszystko co napiszę tu jest przekazem szczątkowych rozmów telefonicznych z autorem tych zdjęć, którym jest Paweł Syposz. Od soboty finalnym elementem wystawy pod kuratelą Adama Mazura Efekt Czerwonych Oczu jest Galeria Bezdomna jako projekt Tomka Sikory, Andrzeja Świetlika i Jakuba Winiarskiego. Lokalny Artysta dzięki uprzejmości przyjaciół był na niej obecny duszą i pracą. Na fotografii powyżej w górnym rzędzie mały wycinek jego słynnego cyklu Autobiografia, który od momentu jego wymyślenia stał się podwalinami dla zupełnie od nowa piszącej się historii fotografii polskiej na początku XXI w. Ta fotografia (powyżej) jest dowodem na to, że ktoś to zauważył. Poniżej moich prac zainstalowała się Magda Wunsche.

Paweł Syposz, powiernik mojego dzieła i wielki przyjaciel swą wielkość udowodnił trzema metrami kwadratowymi papieru prezentując silnie konceptualną pracę mówiącą wprost o rzeczach jasnych, o których nie piszemy i nie myślimy, i o których boimy się myśleć, choć myślimy o nich cały czas. Pawłowi z tego miejsca składam serdeczne i stokrotne dzięki za pomoc w realizacji powieszenia.

Anna Karolina Wajs przejmuje wino od Winiarskiego na czterech metrach kwadratowych trawy na ziemi. Tak bywa na trawie.

Była też kniga, która kilku osobom zrobiła kilka dziur w życiorysie. Paweł Syposz, Armand Urbaniak i Wojtek Sienkiewicz produkowali rok ponad książkę poświęconą przyjacielowi 2/3 z nas, choć ja się też dość dobrze z Mariuszem Piesiewiczem pośmiertnie zaprzyjaźniłem. Traktuję więc go jak przyjaciela, choć nie dane nam było się poznać osobiście. Może kiedyś przyjdzie na to czas. Tu właśnie jeden z 1000 egzemplarzy, który udało nam się opublikować po roku pracy i Bóg wie czego jeszcze.

* * *
Paweł powiedział, że było super. Więcej nie mówił, bo był zły, że wracał do Wrocławia 20 godzin. Mniejsza o przyczyny. Paweł to przyjaciel, więc ja mu wierzę. Było super. Będzie jeszcze super, bo wystawa wisi do 30 sierpnia. Bywający w Warszawie fani tego bloga muszą to zobaczyć.

2008/08/22

moje prace w CSW od 23.08.2008 przez tydzień...

...podczas Galerii Bezdomnej. Zawiśnie 10 prac z serii roboczo nazwanej "Ludzie po drodze", a finalnie rozpoczęty w tym roku cykl nie tyle nazywa się, lecz jest "Autobiografią" w myśl tego wszystkiego, co napisałem w postach o tej co ten etykiecie (LPD). Zapraszam do CSW, mnie raczej nie będzie, ale dobrzy ludzie mają zadbać, by było mnie widać.

2008/08/21

Co L.A. ma w lodówce, kogo to ma obchodzić, jakie są tego konsekwencje dla potomności i co do tego ma Biedronka?


W roku 1984 zostałem wprowadzony w tragiczny błąd, który owocował aż do roku 2008, czyli przez 24 lata. Ale od początku.

W 1984 roku miałem 5 lat i pamiętam z tego czasu już niemal wszystko, prawie dzień po dniu. Pamiętam, jak w sklepie spożywczym sieci (kto by to wtedy tak nazwał) Społem w pod wieżowcem w Oławie na superdługich półkach leżały (stały) puszki zielonego groszku, ciągnęły się połyskujące butelki z octem i właśnie puszki z czymś białym, co miało dziwny smak i nikt nie wiedział, jak to się nazywa. Szarpiąc swoją mamę za rękę nakłoniłem ją do zakupu tego czego czegoś, w domu rozpocząłem konsumpcję i byłem zachwycony niesamowitym smakiem, aromatem, konsystencją owoców z puszki. No, czytać nie umiałem niestety w języku dalekiego wschodu, ale jakoś wszedł mój tato do domu i zapytałem go - jako autorytetu od dziwnych rzeczy - co to jest. Odpowiedź była tak pewna, że przez 24 lata byłem pewny czym to jest. Ojciec bez namysłu rzekł, że to "kasztany". Oczywiście nie znał języka dalekiego wschodu, w jakim były informacje na puszce, ale był wizerunek tego:
Rysunek ze strony: http://www.insideout-architects.com/reddogrambutan.html

Chyba rozumiecie, że gdyby powiedział, że to marynowane jeżowce, to mógłbym tego więcej nie tknąć. Albo szukałbym bym dalej. Zrozumcie też, ile razy w sklepach zrobiłem z siebie idiotę pytając obsługę (przez 24 lata) o kasztany w zalewie. Nawet google tego nie wie. Nie wie o tym ani Alma, ani EPI Market, ani Hala Targowa we Wrocławiu, ani Stadion X Lecia. Nie wiedział nikt.

W miniony weekend przypadkiem będąc u kogoś na stole zastałem spodek i właśnie coś, co zapachem zaczynało mi przypominać aromaty z dzieciństwa. Nie mogłem się oprzeć tylko cholera bałem się zapytać, co to jest. Więc żeby nie zrobić z siebie większego idioty powiedziałem: "O ja pierniczę, sto lat ich nie jadłem" jednocześnie nabijające jedną białą galaretowatą kulkę na widelec i bacznie się jej przyglądając pochłonąłem.

To było to. co prawda nie do końca, bo to było liczi w syropie, ale osoba goszcząca mnie szybko i bez użycia brutalnej siły powiedziała, że są też w Biedronce rambutany i mają intensywniejszy smak i aromat. No właśnie, intensywniejszy. One i tak mają bardzo charakterystyczny smak, ale pamiętałem go z dzieciństwa. W wieku 5 lat człowiek ma kubki smakowe chyba jeszcze na łokciach, no więcej ich ma niż teraz i bardziej wyczulone na słodycz. Kupiłem kilka puszek rambutanów w zalewie po 7 złotych 99 groszy i jadłem, jadłem jadłem. Chciało się ryczeć z jakiegoś powodu. Raz, że wspomnienia stały się żywsze, a dwa, że teraz ich smak w sumie przypomina już nie nieosiągalnego kasztana w syropie, a po prostu zwykłego rambutana. Nic ponad 731000 odnośników w google.

Jaka rada: Kłamcie swoje dzieci albo ich nie kłamcie.

Jak skłamiecie maskując niewiedzę, to jest szansa, że coś zostanie bardziej docenione.

Jak nie skłamiecie, to jest szansa, ze wszystko stanie się zwykłe i na wyciągnięcie ręki. I sama puszka rambutanów za 7.99 zł nie wystarczy od pełni szczęścia.

2008/08/19

Akira Komoto - Widzenie

Akira Komoto - Seeing - reprodukcje pochodzą stąd.

Akira Komoto (ur. 1935) to jak łatwo zgadnąć japońskiego pochodzenia artysta. Jest wyjątkowy nie tylko dlatego, że jest jednym z bardziej znanych twórców z tego kraju, ale również dlatego, że stosunkowo łatwo zapamiętać jego imię i nazwisko. Dziwi zatem, że google po wpisaniu jego godności do wyszukiwarki podaje nieco ponad 8000 odwołań. Wojtek Wieteska ma ponad 53 tyś odwołań. Nie dyskredytuje tu Wojtka Wieteski, ale fakt ten dziwi nieco. Dziwi też, że w Polsce ten artysta był obecny (1981 rok, CSW) i Polscy artyści byli obecni z nim na świecie podczas wszelkiej maści festiwali (głównie Natalia LL).

To, co mi nakazuje podzielić się ze światem działaniami Akiry, to to, że wydaje się on mi być rasowym outsiderem. Nie jak na dzisiejsze standardy bycia nim (dzisiaj jego prace były by nazywane celowym anachronizmem). Jak na standardy lat, gdy w Polsce królował konceptualizm. Gdy tu wystarczyło pić na sympozjach i zrobić 100 odbitek baby z parówką w zębach. Komoto może też pił, może też konceptualnie pracował, ale był wtedy malarzem, który postanowił się sprawdzić, jak uda mu się zakłamać świat za pomocą krajobrazu, farb olejnych i slajdu 4x5 cala.

2002 roku widziałem album, do którego nie mam już niestety dostępu, nawet nie można go namierzyć w sieci, ale widać w nim, w jak skrajnych warunkach artysta ten musiał pracować. Na prezentowanych fotografiach akurat chodziło o wywołanie pewnego złudzenia, natomiast na wielu reprodukcjach nie można było odróżnić gdzie gdzie malarstwo łączy się z obrazem rzeczywistym. Wyobraźcie sobie ogrom czynności i zmiennych, które Akira musiał kontrolować. Musiał wiedzieć, jak zapewne jakiś Kodachrome zarejestruje błękit nieba, jak on się zmienia w krótkim czasie, jak schnie farba na danym podłożu i jak przesunie się Słońce na nieboskłonie. Nie wspomnę o samym malowaniu, ob to jakby dla malarza naturalne.

By uzmysłowić w realiach dzisiejszych czasów jego działania, to chyba trzeba by było cyfrakiem sfocić obraz później focony, wydrukować go z na skalibrowanym sprzęcie i wywiesić czy okleić dajmy na to telefoniczny słup. Można to zrobić od razu wszystko w edytorze graficznym. Ale ile w tym będzie ze sztuki? Czy wtedy też będzie chodzić o obraz? Czy o czynność? Czy o pomysł? Czy o docenienie kunsztu? W przypadku Akiry Komoto nie wiem jak to ocenić. Wydaje mi się, że najprościej: mi się podoba. Dla mnie to niesamowite i przekorne prace. Mają ładunek, którego nie mają w większości dzisiejsze realizacje.

Poza wszystkim dają kolejny punkt zaczepny: czy dzisiaj ktoś ma pomysł na medium fotografii?

Dla mnie Akira Komoto to ten sam poziom niesamowitości i wdzięku jak prace Andy Goldswothy'ego.

Bartek z Jaśką na pasku.


Bartek z dwuoczną Jaśką na pasku nad jeziorem na Opolszczyźnie. Bartek to kolega kupel z pracy Bogusia z Opola, którego fotografii nie mam jeszcze. Z Bogusiem studiujemy na ITFie.

* * *
Lichym światłem zza chmur wiercąc blendą 150x110cm manewrował Paweł.

2008/08/16

Transkarkonosze 08.2008 - cz. II

Dupa. Nie pojechaliśmy. Rano o 5.20 za oknami piorunowa dyskoteka. To nie pogoda na spacer po górach, w których notuje się najszybsze wiatry w Polsce. Trudno. Traskarkonosze odwołane do odwołania.

2008/08/15

Transkarkonosze 08.2008

Już za kilka godzin wasz Lokalny Artysta, kwintesencja odszczekalizmu, głupiogadalizmu, pierdupierdulizmu i oberupieprzyzmu wsiądzie w pociąg, który przetransportuje go do Jeleniej Góry. Wcześniej dołączą do niego 2 postacie. Łącznie będzie ich 3/4 z tego, co na powyższej archiwalnej fotografii (o lewej: Loklany Artysta czasem też będący Wojtkiem Sienkiewiczem, dalej Stefan czyli Kryśka, Patrycja co jej jutro nie będzie bo ma 2 dziecko w drodze, na końcu Kamil, co jest po trzydziestce a dalej nie może kupić piwa w budzie). Fota powstała w listopadzie 2003 roku. Jutro tam będą spać zajedyne 26 zł 70 gr wraz z opłatą klimatyczną. Musieli by dopłacić 7 zł jeśli nie mieli by własnych śpiworów. Nie lubią być dymani przez PTTK, więc biorą śpiwory. Samotnia w Kotle Małego Stawu czeka. Lokalny Artysta będzie walczył jutro z ciężką pogodą, bo liczy na to, że w końcu zobaczy Śnieżne Kotły. Zobaczy albo nie zobaczy, bo waga pokazała z klamotami 102550 gramów. To i tak 20000g więcej niż Lokalny Artysta netto. Niebawem powinna się ukazać notatka z tego wyjazdu po latach. Miał jechać Oleyneetschack, ale magnetyzm Mazowsza nie pozwolił mi wyrwać tyłka z fotela. Ale nie poddał się bez walki.

2008/08/14

Pierwszy wywiad z Lokalnym Artystą po urlopie. Bez cenzury.


Redaktor: Wypoczęty?

Lokalny Artysta: A tak sobie, powrót z urlopu, mimo bardzo małej odległości (110km - przyp. red.) zawsze wyczerpuje cały zapas energii zebrany podczas urlopu. Jednak całe szczęście wróciłem z urlopu szybciej. Miejsce piękne, jednak coś było nie tak z pokojem, niby drugie pięto, a zadyszka jak na szczycie Mariottu po schodach. I nie spaliśmy. Pies też nie spał. Jednak zostało nam kilka dni wolnego i w domu odsypialiśmy (śmiech).

Redaktor: Jednak mimo zapowiedzi w rozmowie telefonicznej sprzed urlopu zarzekał się Pan, że nie weźmie ze sobą żadnego aparatu. Że wakacje będą dla duszy. Że nie będzie męczenia małżonki, by blendą świeciła ludziom po oczach... rekreacja. A jak było?

Lokalny Artysta:
Było ciężko. Mamiya i statyw swoje ważą...

Redaktor: ...czyli jednak sprzęt pojechał z Panem?

Lokalny Artysta: Ależ oczywiście. Wie pan, ja jestem jednak troszkę idiotą, zabrałem sprzęt, woziłem się z nim na plecach rowerem trekingowym po górach. No, każdy normalny już na sam widok roweru na kołach 700C jadącego kamieniach (bez amortyzatorów) puknął by się w czoło. Ci normalni, których ja spotkałem byli wyrozumiali - pukali się w czoło jak widzieli, gdy z całym majdanem tnę w dół po kiepskiej drodze, a z tylnych hamulców dymi się i rozrzucają na boki fragmenty zniszczonych klocków hamulcowych.

Redaktor: Słowem kupa śmiechu. No dobrze, ale urlopy i wyjazdy są domeną ludzi pracy, szarych zjadaczy chleba, którzy pracują dzień po dniu i żyją od weekendu do weekendu, od urlopu do urlopu. Artysta w końcu co dzień robi to co kocha, więc robią to co kocha nie musi mieć od tego odskoczni, bo całe jego życie kreuje on sam w sposób jaki chce.

Lokalny Artysta: Po części ma pan rację. Taka sytuacja jest możliwa w kraju, w którym dba się o kulturę, a Polska takim krajem nie jest. Nie mamy ani rozwiniętego rynku sztuki, który uniezależniłby artystów od konieczności codziennej pracy na to, by utrzymać swoje prawdziwe życie. To wszystko dopiero zaczyna się dziać. Są tego pierwsze oznaki, są artyści, którzy mogą jednym obrazem zarobić na spokojne życie na rok lub dwa. Możliwości są, ale są wciąż za małe. Z wyłączeniem Warszawy jest mało galerii, które zajmują się promowaniem młodych artystów, wyłapywaniem ich z tłumu itp. I żeby to nie byli sami koledzy kolegów...

Redaktor: czuję tu znowu pewne odniesienie do aktualizacja.info...

Lokalny Artysta: ...no to jest piękny przykład matolenia (taki nowy wyraz). Zobaczmy na listę. Pisałem już o tym wielokrotnie. Na tego rodzaju rankingach najłatwiej znaleźć klucz: już sławni, już modni, paru kumpli. Cel ma to taki, że bez sławnych i modnych na listę nikt nie zwróci uwagi. Krytyków jest u nas jak na lekarstwo, a poziom ich umiejętności średni, co widać po wystawach pod ich kuratelą.

Redaktor: No dobrze dobrze, ale może wróćmy do tematu samych wakacji. Co zwróciło Pańską uwagę na kanikule?

Lokalny Artysta: ...hmm... no była taka jedna rzecz. Młodzi rodzice po czterdziestce z dziećmi w wieku 2-3 lata. wyobraź sobie piękny hotelik, położony w pięknym miejscu nad śliczną rzeczką płynącą między Górami Bialskimi i Złotymi. Poranek, schodzę do kuchni, by w orzeźwiającym powietrzu przygotować śniadanie. Pachnące czeka na stole, schodzi żona, siadamy do jedzenia (posiłki przygotowywaliśmy sami, ob żona ma alergię pokarmową). Wsłuchując się w dźwięki łąki pierwszy kęs jajecznicy na maśle i jakiś smarkacz z wielką koparką hucząc plastykowymi kołami po terakocie drze się udając widlastą ósemkę. I zapierdziela tak w kółko. Czterdziesto-kilku-letni tatuś, w krótkich bojówkach, koszuli z krótkim rękawem wpuszczonej w spodnie, telefonem przy pasku, sandałach i błękitno-spranych skarpetkach przerywa tylko na chwilę rozmowę z identycznym tatusiem, ale z telefonem przypiętym z drugiej strony pasa, by rzecz: Mikołajku, dobrze się bawisz? Super chuju jebany - taka mi odpowiedź się wyobraziła. Bawię się w chuj dobrze, szczególnie mam w chuj frajdy jak zapierdalam po kuchni przy stole, gdzie ta pani w ciąży z tym łysym panem jedzą śniadanie. Tak, pięknie potrafi być na wakacjach. Albo inna młoda mama koło pięćdziesiątki z chodem kaczki, zielonych gaciach i kucykach a'la Pipi Langsztrumpf (nie wiem czy dobrze przeliterowałem). Czytała swojemu Antosiowi cholerną bajkę na głos. Jemu i 25 innym jedzącym w jadalni śniadanie.

Redaktor: Czyli młodzi rodzice na progu XXI wieku to zmora wypoczynkowa?

Lokalny Artysta: Nie, absolutnie,ale chyba ja wolę inne metody wychowawcze niż te już wypaczone z artykułów prasowych kolorowych pism. Rodzice tak już oszaleli, że nawet nie starają się budzić we własnych dzieciach poczucia autorytetu-rodzica. Dzieci traktują otoczenie już nie z ciekawością, a jako poligon. Nie licząc się ani z roślinami, ani ze zwierzętami, ani z ludźmi. A rodzice co? Bierze taka mama takiego dzieciaka i mu tłumaczy co ja robię. A on się drze jak cholera bo on woli terkotać cholerną zabawką niż zobaczyć, jak piecze się pstrąga. I ma to w dupie, że może ja po to przyjechałem na koniec świata, by mieć cisze i spokój.


Redaktor: Ależ niech pan da spokój, przecież to dzieci, nie ma co się unosić...

Lokalny Artysta: No tak, tak. Ale jak nie ma! To nie problem dzieci, tylko rodziców idiotów, którzy nie widzą, że dziecko nie wie co to jest kara, co to jest nagroda. Nie chodzi o to, by je bić czy namiętnie karać, ale jakim rodzicem będzie dziecko, które nie umie znaleźć różnicy. Jak ja będąc brzdącem przywaliłem wczasowemu koledze klockiem w głowę, to zostałem publicznie upokorzony klapsem w tyłek. W życiu nikogo nie uderzyłem od tamtej pory. Teraz te dzieciaki tłuką się cały czas, a rodzice: Michaśku, tak nie można, pobrudzisz sobie ręce, ty wiesz na czym on mógł siedzieć?? A potem te rączki pchasz do buzi, oj Michaśku...

Redaktor: No tu pan troszkę przesadził.


Lokalny Artysta: Wiem, ale koloryzowanie służy. Niech pan zobaczy na wojnę, która mnie zaskoczyła na koniec urlopu. Nie ma autorytetów, bo dwa skrajne. Jest mama USA i tata Rosja. Jak mama napierdziela Irak i Afganistan, bo zacieka ropą, to tata krzyczy - zostaw, niech cieknie. Pocieknie pocieknie, a zdrowa blizna jest lepsza niż pudrowana zszyta rana. Jak Tata bywa brutalny, to mama wkurza się również, że ona owszem też tnie lancetem, ale przynajmniej upudrowane to jest. A dzieci? Rodzina NATO, Rodzina ONZ, Rodzina Unia... Wszystkie jak zwykle wolą pudrowane rany mamy niż ciężkie sznyty taty, a potem się wszyscy dziwią, że tata posądza mamę o cynizm. Ja pierdykam.

Redaktor: To może jeszcze jedno...


Lokalny Artysta: Nie! Już dziękuję, nie chce mi się gadać. Wyczerpały mnie te gadania, boli mnie łeb i kręci mi się głowie. Mam to już w nosie. Byłem miły i tłumiłem w sobie agresję, która zawsze ze mnie wyciekała w kierunku moich rozmówców. Teraz się doigrałem...

Redaktor: ...no ja przepraszam, nie chciałem wyczerpać pańskiego...


Lokalny Artysta: Dość. Dodam tylko, że ilustrujące ten wywiad zdjęcie jest nieudane i wcale nie jestem z niego zadowolony. Nie pokazuje nic wartościowego, jest kiczowate, źle zeskanowane, nie ma dobrego tematu ani powodu, by je wykonać. Tak, cicho kretynie, wiem o co chcesz spytać! Zrobiłem je po to, by nie wrócić z nienaświetloną rolką. By się ludzie nie śmiali, że przepadłem w górach na kilka godzin na rowerze z kilkunastoma kilogramami sprzętu na plecach i nie zrobiłem jednego zdjęcia. To kurwa macie. Dwa!

Redaktor: ...ależ ależ, panie Lokalny A...


Lokalny Artysta: Milcz! Dość, mam dość, Wszyscy won! Mam dość, jestem już zmęczony...

2008/08/09

obiektyw(nie) winietuje

Wobec konfliktu zbrojnego jaki dzisiaj wybuchł w Gruzji postanowiłem skorzystać z mniejszego ruchu na innych niż informacyjne witrynach. Obejrzałem denny film na TVP 1 i obudziłem iMac'a. Klepiąc bez sensu po kolejnych linkach dotarłem do galerii pokonkursowej BZWBK Foto. Oglądam i nie powiem co mi się podoba, a co nie. Ale ponieważ wredny jestem i podniesiony do kwadratu przez bycie malkontentem, doszukałem się klucza do sukcesu. Winieta. Okazuje się, że fotografowie jak kiedyś musieli znać się dość dobrze na technikach ciemniowych, by cokolwiek pokazać takim jak chcą, tak teraz muszą tylko czytać fora internetowe. I zdolności do pracy w edytorach graficznych też najwyższe być nie muszą.

Z czego to wynika?

Mam teorię. Kiedyś, gdy zerojedynkowe media dopiero wchodziły do powszechnego użycia, ludzie martwili się, czy podołają jakościowo. Potem - nie wiadomo kiedy - okazało się, że ich jakość dalece przeskoczyła ilość informacji, które można było przekazać za pomocą środków technicznych sprzed dekady. Słowem: NIC NIE CHCE SIĘ SAMO SPIERDZIELIĆ. Przy wysoce doskonałej jakości obrazów cyfrowych nie ma tego czegoś, co tak urzekło kiedyś wielu z nas. Elementu przypadkowości.
Skoro nie da się, skoro fotografie w pewnym momencie z każdego aparatu będą wyglądać tak samo, to trzeba je indywidualizować w taki sposób, by choć w niewielkim stopniu je zniszczyć i pozbawić bezdusznej dosłowności.

Dla poparcia tego twierdzenia wystarczy sobie wyobrazić, co by było, gdyby w erze ubiegłej, srebrowej fotografii istniał tylko jeden film, jeden wywoływacz i jeden cykl ogólnego postępowania z obrazem. Wszystkie foty, jak bardzo nie były by kombinowane, były by bezduszne. Nie ma momentu magii, nie ma tych 5% przewołania, przesuszenia, rysy itp. Doskonałość "cyfry" w końcu stała się (no, dość szybko) nudna i monotonna. Jeszcze 5 lat temu nikt by się nie odważył - mówiąc technologicznie wprost - poobcinać histogramu. Teraz skończyła się pewna era.

Czy dobrze? Myślę, że tak. Ale chciałbym, żeby fotografowie zrozumieli, że tak jak kiedyś w ciemni zrobiło się złą technologicznie odbitkę, to nic jej nie ratowało. Teraz tylko im (no nie wszystkim) wydaje się, że ich nowe narzędzia są łatwe, ale wystarczy "rozebrać" kilka z prezentowanych zdjęć, by zrozumieć, że technicznie są złe. Szanowni Panowie, do roboty. Uczyć się trzeba. Książki tanie, koledzy chętni do pomocy. A jurorzy kiedyś przestaną może oglądać foty na matrycach swoich laptopów, albo ktoś zrobi porządne printy. I nie będzie litości. Oby.

2008/08/05

Nie ma autorytetów

Wakacje się skończyły, ale urlop jeszcze trwa. Wczoraj wróciłem i Andrzej poinformował mnie via Skype, że Ireneusz Zjeżdżałka nie żyje. Znaliśmy się wyłącznie przez kilkadziesiąt rozmów przez e-mail i GG, ale - mimo szczerych chęci - nie dane nam było się poznać "na żywo", czego bardzo żałuję. Tak czy siak boli mnie bardzo. Nie chodzi już o to, że to młody człowiek, nie chodzi o to, że dla mnie ważny jako artysta, krytyk i redaktor. Nie chodzi nawet o to, że nie wiedziałem tego, że wszyscy mówili o nim "Eryk". Już o nic nie chodzi...

2008/07/25

Lokalny Artysta w drodze do...

No nie nie nie. Nie nad jezioro. L.A. był nad jeziorem w niedzielę, ale jako rasowy outsider lansujący się na wysoką sztukę używał średnioformatowego aparatu a nie cyfraka, stąd foty w piątek. Lepsze to niż lansować się na styl EMO, bo przyjdą Ruscy i wszystkich EMO do lagrów. Tak pisali wczoraj w sieci. Bo u Ruskich EMO to tacy nowi punkowie, ale zamiast irokezów mają po dwie próby samobójcze.

W drodze do to temat dzisiejszego wpisu. L.A. od lat związany jest z miejscami wokół zbiornika Jeziora Turawskiego na Opolszczyźnie. Ponieważ załapał się nolens volens na okres komuny, to pamięta doskonale jak nad to jezioro w lecie ciągnęły zastępy górników, hutników, spawaczy, nauczycieli. Wesoło, pogodnie. Dwa dansingi, jedna smażalnia, dwa sklepy.

Teraz to zupełnie inne miejsce. Mimo to L.A. choć raz w roku musi tam być. To jest jak magnes. Co roku L.A. obserwuje zachodzące tu zmiany i co roku jest smutniejszy. Poza tym wyjazdem. Co prawda to było kilka godzin w czasie których L.A objechał rowerem jezioro dookoła, ale widać jakiś ruch. Jakby odżywało. Może coś się wydarzyło. Może w końcu coś się ruszy.

Ulubione miejsce: Huta szkła Jedlice. Ma to jakąś już poważną nazwę itd, jakiś koncern. Ale L.A. bardzo ja lubi. Nie wie czemu. Po prostu te absurdalne stosy stłuczki wokół pięknie kontrastują z idealnie poukładanymi wieżami z gotowych wyrobów. Bardzo to lubi.
Tymczasem temat tego postu umknął i zaszył się gdzieś w obrazach. Generalnie chodzi o to, że od jutra L.A. zaczyna urlop. Wybywa w inne piękne miejsce, które odwiedził przy okazji pleneru wraz z Pawłem z Falenicy i znika gdzieś na zboczach Masywu Śnieżnika. I nie ma tam śmieci, przyczep, skuterów wodnych, pijanych dyskotek i pól namiotowych. Jest cicho, nie ma dróg, mały drewniany domek, szum Białej Lądeckiej i mała polana w cieniu starych drzew. Do przeczytania po ósmym sierpnia.

2008/07/23

Potomkin wkroczył w Trzeci Wymiar


Tydzień temu okazało się, że technika idzie do przodu. Jakiś człowiek siedzi w brzuchu mojej żony. Macha rękami (mają chyba z centymetr), wierci się i kręci i żywiołowo reaguje, gdy operator USG odpowiednio go poddenerwuje. chyba nawet widziałem po tych nerwach jak wystawia środkowy palec i potem obgryza paznokcie, co świadczy o tym, że to musi być mój potomek. Tyle że jeśli to zdjęcie powyżej, ma być dowodem na to, że 3D jest takie lepsze to ja nie wiem, lepiej mi się ogląda przekroje 2D, więcej na nich widać i znacznie precyzyjniej niż tu. No ale to technika. Ma robić wrażenie. Mi wystarczy i tak to, że jak wyszedłem od lekarza to szczękę miałem 30cm nad chodnikiem, choć szedłem dwunożnie i wyprostowany. Jasny gwint. Siedzi człowiek z brzuchu mojej żony.

2008/07/20

LA na tropie Brzegu




Tym razem Lokalny Artysta terroryzował się obrazowo w Brzegu, do którego zaniosły go jego nogi kręcąc pedałami ile sił w nogach uciekając przed co chwilę przesłaniającymi Słońce ciężkimi deszczowymi chmurami. Podczas drogi obiecał sobie nigdy już nie pisać długich błędnie poskładanych zdań. Trudno. L.A. myślał nie tylko o tym. Obsesyjnie myślał na temat Autobiografii, czyli nowego cyklu. Dopadło go kilka ciekawych spostrzeżeń w tej materii, ale o tym może dowiemy się niebawem. Póki co ma jedną dobrą wiadomość: tuż przed Brzegiem przy wjeździe od Brzeziny jest taka wysoka skarpa nad wielką powierzchnią doliny Odry. Z tejże skarpy widać daleko na horyzoncie charakterystyczny komin elektrowni w Opolu. Co w tym dobrego? Ano to, że L.A. bardzo ją lubi bo widać ten komin znad Jeziora Turawskiego, nad które za 20 minut wyruszy na szybko autem, po pogapić się w przestrzeń. Oława na chwilę będzie oddychać sama.

2008/07/13

Roy Stuart - Volume II - Taschen


Jakim smutnym krajem jest Polska. Doszło to do mnie, gdy na półce w Empiku znalazłem powyższą publikację i przypomniałem sobie, że znam tego autora od chyba 12 lat i nigdy nie udało mi się o nim przeczytać nic w jakichkolwiek polskich mediach. Mogę tylko snuć przypuszczenia takiego stanu rzeczy, a moje wrodzone draństwo na pierwszy ogień rzuca dwie dojmujące polskie skrajności: maniakalny lęk przed pornografią i uwielbienie dla homomniejszości artystycznej. Roy Stuart nie jest ani homoseksualistą, ani producentem zakrawających o pornografię obrazów. Jest mistrzem erotyki wyjętej z najdzikszych zakamarków ludzkich pragnień. Jego fotografie, a właściwie całe foto eseje o pożądaniu osadzone są w niesamowitych lokalizacjach i zawsze światło gra w nich pierwsze skrzypce. Tak czy owak, album Volume II to nie są typowe realizacje do gazet z różem w tytule, gdzie panie w ponętnych pozycjach prezentują swoje narządy w kooperacji z panami lub silikonowymi zabawkami. To modelki, które nie mają pudrowanych odbytów (dla celów sesji porno odbyty w 99% przypadków są pudrowane, aby miały kolor skóry pupy, by nie były ciemne i przez to mniej "apetyczne") czy nabłyszczanych warg sromowych. To modelki i modele grający (choć może "będący") ludźmi, jakich mijamy na ulicy, czy jakimi sami jesteśmy. To także opowiadania o tym, że coś dla większości z nas jest sensem życia, choć jest to teren tabu i teoretycznie w większości maskujemy jako społeczeństwo prawdziwy sens życia, prowadzonego w gruncie rzeczy po szynach pożądania i prokreacji.

Dlaczego Roy Stuart jest u nas mało popularny? Dlaczego Jock Sturges, Eric Knoll? A dlaczego Nobuyoshi Araki akurat odwrotnie? Mam swoją teorię: obłuda. Dopiero wtedy przełknęliśmy wystawy Arakiego, gdy okazało się, że już cały świat uznał jego prace za sztukę, bo gościł w najważniejszych centrach kultury. Eric Knoll czy Roy Stuart nie mieli wystawy w MOMA. Jak nie przyjęli się w konserwatywnej Ameryce, to w skrajnie udającej katolicką Polsce nie mają szans na zwiśnięcie na ścianie jakiejkolwiek galerii. Sturgesa prawdopodobnie by zamknięto w więzieniu. Innym powodem może być to, że my, Polacy, przez wychowanie w duchu katolickim nie umiemy rozmawiać o seksie w kategoriach piękna, tylko albo medycznych (srom, penis), albo podwórkowych (cipa, chuj). Nasz język stał się ubogi w słowa pozwalające na swobodną i nieskrępowaną rozmowę.

Może warto zainteresować się twórczością ww panów, by zrozumieć, że wielki fragment naszej egzystencji ucieka nam przed możliwością określenia go. Chyba że nauczymy się go spychać na tak daleki plan, jak daleko zepchnęliśmy już inne ważne kwestie, które również nas nie ominą.

Aha! A co w środku? Na prawdę piękne fotografie, niesamowite, mroczne, bijące cichym stękaniem i wilgotnym oddechem, ale warto. Na prawdę warto to zobaczyć.

Roy Stuart - Volume II - Taschen - 2008 - pierwsze wydanie 1999 - ISBN: 978-3-8228-3119-9 - 220x300mm, twarda oprawa, obwoluta - cena 49.90

2008/07/09

Z pamiętnika Lokalnego Artysty


Byłem już tam, gdzie jest Nowy Świat. Teraz nadeszła chwila, w której należy zadać sobie pytanie o to, z której strony do niego trafiłem. Niezależnie od tego, znalazłem miejsce, które spokojnie można nazwać Końcem Świata. Takie, gdzie jak coś się pojawia, to znikąd, a jak znika, to nie wiadomo gdzie.





2008/07/08

Początki Fotografii


Kolejny z początków, choć jakby nie do końca, bo gdy go nawijałem, to już wiedziałem, że te początki mam opisane, ale zupełnie o nich zapomniałem, więc chyba się nadaje.

2008/07/07

A tak wogóle...

Szanowni Państwo, naszej redakcji udało się przed kilkoma dniami zrealizować wywiad z Lokalnym Artystą. Przepraszamy za tak późno jest publikowany, jednak nasza korektorka zajmowała się przez ponad tydzień poprawianiem błędów ortograficznych z nagranych na dyktafonie wypowiedzi L.A.

Wywiad zrealizowała nasza najmłodsza redakcyjna koleżanka podczas proszonego spaceru po centrum Wrocławia. Zapraszamy do lektury.

* * *

Mijamy właśnie ulicę Księcia Witolda, Lokalny Artysta trzyma w ręku światłomierz, ale nie widzę aparatu, więc wytaczam pierwsze pytanie:

Wiadomości Poranne: o co chodzi w tym, że nie wykonuje Pan fotografii, ale za to permanentnie mierzy światło?
Lokalny Artysta: To bardzo ciekawe pytanie, nie ukrywam, że przygotowałem się do odpowiedzi na nie. Otóż to nowy model zachowań w konceptualnym dokumencie. Już wielokrotnie dowodziłem, że bzdurnym wynalazkiem jest określenie Subiektywny Dokument, a tym bardziej Nowy Polski Dokument. Ja poszedłem krok dalej. Aby jak najbardziej odsunąć od siebie możliwość manipulacji w obraz, postanowiłem mierzyć światło.

WP: No dobrze, ale jakiś sposób na prezentację tego dzieła już pan opracował?
L.A.: Nie przejmuję się tym. Skoro przez 20 lat mało kto zwracał uwagę na tego rodzaju prace, które wykonywałem, to jakie ma to znaczenie teraz? Otóż żadne. A plusem tego jest to, że zwalnia mnie z ciężkich współczesnych dylematów.


WP: Jakich?
L.A.: No na przykład takiego, jak pracować? Wie pani, ile rozmów poważnych "artystów", uznanych artystów słyszałem, gdzie spierali się oni czy lepiej cyfrą, czy lepiej srebrowo. Albo czy lepiej na barycie, czy lepiej na wydruku... a ulubiona to czy z ramkami od negatywu czy bez nich. I to poważni ludzie z pierwszych stron gazet i z międzynarodowym uznaniem.... ehhh, a tak ja mam spokój. Nie rodzą się we mnie frustracje związane z nowym sprzętem, postępującą technologią, cropem, front focus'em... i całą masą pierdół.

WP: Przyznam, że to dość nietypowe zachowanie, nawet jak na pańskie możliwości...
L.A.: Myślę, że wszystko jeszcze przede mną. Możliwości pomiaru światła bardzo mnie kręcą, bardzo inspirują...

WP: ...i nie ma problemu z powiedzeniem, że "światło było złe".
L.A.: O dokładnie, nie ma tu to absolutnie żadnego znaczenia, bo każde śwaitło jest w przypadku tych działań dobre.

WP: A jakie były reakcje tzw. "środowiska"
L.A.: No nie ukrywam, że bardzo entuzjastyczne, choć jak później się okazało, nie mam szansy na pokazanie czegokolwiek w poważnych galeriach, prasie czy instytucjach związanych z kulturą.


WP: Dlaczego?
L.A.: Bo jestem zupełnie przeciętny. Wg dużej części ludzi człowiek twórczy może być tylko wtedy prawdziwy w ramach swojej twórczości, gdy jest w nim jakaś nutka perwersji, którą on się owija. Żonaty trzydziestolatek nie jest perwersyjny, nawet jeśli co dzień do pracy jeździ z psem.

WP: Czy chodzi panu o to, że dewianci mają łatwiej?
L.A.: Oczywiście.

WP: Ale to źle czy dobrze?
L.A.: Zależy od dewiacji i obiektu dewiacji dewianta.


WP: Nie wydaje się panu, że to troszkę paranoiczna wizja?
L.A.: Alez skąd! Proszę zobaczyć na świat mody. Widziała pani ilu tam dewiantów? A czy ktoś z wielkich projektantów pochwalił się, że ma partnera odmiennej niż swoja płci? Skąd...

WP: ...ale...?
L.A.: Nie nie, żadne "ale". Wystarczy być nie gejem, ale zwykłym pedałem czy inną ciotą, by zagwarantowac sobie droge na skróty do galerii. Bierze sie to stąd, że w umysłach wielu, choć homoseksualiści budzą obrzydzenie, to mają świadomość, że ktoś taki, kto kocha inaczej, ma w mózgu poprzestawiane pewne rzeczy, że dzięki swojej naturze jest s stanie bardziej skrajnie pokazać świat niż ktoś zwykły. Celowo nie używam słowa "normalny", tylko zwykły. Skoro jestem niepedałem, to jestem zwykłym cżłowiekiem i niczego niezwykłego nie zrobię. Skoro tak, to nie mogę wejść w świat wysokiej sztuki. Mogę robic otworki, a nawet najciekawsze inne rpojekty trafią na dno skrzynek pocztowych i ktoś za nie podzękuje wtedy, kiedy już nie będzie 2 płci, tylko sami onaniści.

WP: ...ale Jacykowowi się udało...
L.A.: ...ale co mu się udąło!?


WP: ...no w sztuce jest, ma nawet wejście do Cynamonu...
L.A.: ...spierdalaj pani.

WP: ...no ale...
L.A.: ...jebane chuje.

No i tu Lokalny Artysta stał się już dość zdenerwowany. Odszedł na już większą odległość ode mnie i kontynuował swój pełen nienawiści i złości wywód, przykuwając uwagę przypadkowych przechodniów, a było to gdzieś w okolicy Muzeum Narodowego:

L.A.: Czy pani po prostu nie rozumie, że w tych wszystkich durniach po prostu nie ma już miejsca na zwykłe, ludzkie zachowania? Że wolą sobie wzajemnie lizać tyłki, że nie wiedzą czym jest chęć bezinteresownej pomocy innym? Że wszelkie rankingi takich czy innych artystów budowane są na podstawie jednego klucza? Że muszą być trzy działy (tylko pomiksowne, żeby nie było to tak jasne): kumple, sławni i modni oraz ktoś z mniejszości seksualnych?

WP: Ależ to paranoja!
L.A.: A gdzie tam! Modnego jak kurator nie wypisze, to nikt go nie weźmie na poważnie. Jak nie da kumpla, to nikt potem nie będzie z nim w klubie siedział. Jak nie da homoseksualisty, to okrzyknął go homofobem... A w dupie to mam. Chciałem się po prostu przejść! Nie idź babo cholerna za mną. Spierdalaj!

* * *

Sami Państwo widzicie, że rozmowa z Lokalnym Artystą nie należy w naszej redakcji do wyróżnień. Dziennikarze boją się, ale i tak za wielki sukces traktujemy to, że aż tyle nowych rzeczy dowiedzieliśmy się o aktualnych trendach we współczesnej polskiej sztuce.


2008/07/02

Marcin z Browaru


Marcin jest dyrektorem artystycznym
Browaru Mieszczańskiego we Wrocławiu.

* * *
Świecił Marcin Podgórny

2008/07/01

Ewelina, Piotr i Marek


Ewelina, Piotr i Marek. Wrocław, Browar Mieszczański.
Ekipa regionalnego oddziału TVP, co zrealizowała materiał o wystawie, w której brałem udział. Poszło 23.06.2008 r. w Kawie czy herbacie na TVP 1 o 7.45

* * *

Świecił Marcin Podgórny

Tadek, Przemek i Kuba


Tadek, Przemek i Kuba to moi studenci (no, nie moi, ale przychodzą na moje zajęcia).

To 1/6 składu grupy, co jest u mnie pewną anomalią. Dzień wcześniej reszta strasznie zapiła, a niefortunnie moje zajęcia były pierwszymi dnia następnego. 5/6 grupy właśnie miało syndrom dnia następnego więc woleli spać. Trudno.

Znak czasów - czas znaku

Mieszkam w Oławie, to wie niemal każdy. Nie każdy jednak wie, że Oława to takie miasto z przyklejonym do niej Wrocławiem. W Oławie mieszka około 35 tyś. ludzi, z czego "na oko" 75% z nich na dużych osiedlach. Na tychże osiedlach mamy już dość dużo supermarketów, jest ze 2 należące do Społem, są 2 Biedronki, Intermarche, Carrefour, w budowie lub przygotowaniu jeszcze Aldi, Tesco i Lidl. Razem: 9 dużych sklepów. Już mam to gdzieś, że jest ich tyle, ale ten powyżej borykał się z dużym problemem: kadrą. Dwa miesiące po wybudowaniu stał nieeksploatowany, bo nie mogli zebrać ludzi do pracy. Czy to nie jest znakiem czasów? Może już nikogo nie przekonuje na kasie zarabianie 1300 zł miesięcznie? Może kasjerki będą w końcu łupać po 2000-2500 zł miesięcznie (netto)?? Z całego serca im tego życzę. Spawaczom życzę 5000 zł netto, grafikom 10000 zł netto, kolejarzom 3500zł netto i prawa do emerytury po 20 latach pracy. Życzę podatków niskich podatków, emerytury przed 50 rokiem życia, dzieci po trzydziestce, biodiesla w dystrybutorze po 2.50zł Netto.

2008/06/29

Takie o życiu

Dzisiejsze zdjęcie nie ma nic wspólnego z treścią tu pisaną. Jest po prostu jakby tłem to muzyki, której teraz słucham (Biosphere/Microgravity). Fotka wykonana w końcu kwietnia 2008 r. niedaleko od szczytu Śnieżnika (Kotlina Kłodzka/Międzygórze). Jednak powód dzisiejszego wpisu jest inny. Od dnia tego postu, czyli od niemal trzech miesięcy, dzisiaj pierwszy raz jedno z dzieci moich nowych sąsiadów powiedziało mi rano: Dzień dobry. Cholera, co to za czasy, że dzieci nie witają się już choćby z grzeczności ze starszymi od siebie. Ja wiem, że nie jestem jeszcze tak bardzo stary, ale średnio o 22 lata od każdego dziecka w tej części bloku. Nie rozumiem tego bezstresowego wychowania dzieci. A najlepiej jest wtedy, gdy rodzice to tłumaczą nieśmiałością. To jak te dzieci takie nieśmiałe będą zawsze, to ja zaczynam martwić się o przetrwanie gatunku, bo jeśli jest problem z przywitaniem, to co dopiero z seksem?

A wracając do zdjęcia, kto powiedział, że pod światło nie wychodzi? To ja Wam powiem: każdy turysta który mnie mijał. Najpierw dzień dobry, potem że nie wyjdzie, na koniec co to za maszyna?

2008/06/24

Lokalny Artysta jako głos społeczeństwa


No i jak? Żyje się lepiej?

Lokalny Artysta niezbyt często angażuje się w sprawy związane z polityką, choć jak większość artystów nie może być obojętny wobec zmian, które miały nadejść wg zapowiedzi z jesieni 2007 roku. Co się zmieniło? L.A. skomentował to tak: "Olej napędowy 4.55 zł. 4.50 jak się płaci kartą na Neste".

2008/06/23

Podwodny Wrocław - 10-13 lipiec 2008


Tym razem informacja o kolejnej wystawie, w której biorę udział. Kolejnej, a dalej w Browarze Mieszczańskim. Dokładniejsze info o imprezie jest tu. Nie wiem czy mam pisać coś w stylu zapraszam, ale ekspozycja w dobrym towarzystwie, więc może się uda zobaczyć coś ciekawego. A tu o mnie tam. Pardon, o Lokalnym Artyście.

2008/06/16

pierwszy raz nie wiem co napisać w tytule...

...ale nie pytajcie jak to się stało. W dłoni trzymam obraz efektu miłej nocy sprzed 7 tygodni i 3 dni. Serce biło 166 razy na minutę (no potomkina), co widziałem i słyszałem. Moje biło niewiele wolniej.

LA się wystawia. Czasem.

We Wrocławiu w Browarze Mieszczańskim na ul. Hubskiej trwa właśnie wystawa Objazdowe OFFO2. Jak to bywa z OFFO to ekspozycja fotografii otworkowej. Wszystko fajnie, ale jest jeden szkopuł (poza kiepski oświetleniem, co mi nie przeszkadza, bo mam lightboxy:): ja nie jestem fotografem otworkowym. No raz czy osiem posłużyłem się kamerą tego rodzaju, może udało mi się zrobić coś odkrywczego, ale nie utożsamiam się z tym - bądź co bądź - nurtem. Po prostu użyłem jej kilka razy ale w celu osiągnięcia pewnego efektu, do którego jedyna droga prowadziła przez mały otworek w aluminiowej blaszce. To nie usprawiedliwienie, ale zabezpieczenie przed zaszufladkowaniem...

A zresztą... a bez reszty.

2008/06/12

Poplenerowo Olejniczakowo

Po długim oczekiwaniu na blogu Lokalnego Artysty zagościły fotografie innych twórców. Dzisiaj: Paweł Olejniczak. Może nie jest to powód do dumy dla Pawła, bo to ani superstrona, ani nic takiego, ale to, że zdjęcia te są tu, to nie przypadek. Jak uważni czytelnicy i oglądacze zauważyli, Paweł towarzyszył mi przy tworzeniu ostatniej części cyklu Ludzi Po Drodze noszącego obecnie tytuł: Autobiografia. By nie pozostać mu dłużnym ja asystowałem mu przy publikowanych poniżej zdjęciach. Ot, takie tam: przynieś, podaj, pozamiataj. A poważnie rola ta była różna, pomiary, porady itp. Pełna wymiana. Portrecista świecił krajobraziście, krajobrazista pomagał portreciście robić portret krainy. Taka nasza zabawa. Tak czy siak ci z Was, którzy znają nas oboje, mogą zobaczyć, jak kończą się prace, gdy się ludzie zamienią na chwilę mentalnościami. Ja jestem z Pawła dumny, mam nadzieję, że Paweł ze mnie też.

Kilka słów o samych obrazach. Foty, które tu zamieściłem powstały podczas naszego pleneru w Ściborzu między 30 maja a 1 czerwca 2008 r. Po co? Nie wiem. Chcieliśmy po prostu poza samą dokumentacją wyłapać klimat otoczenia, które jest tam nieco inne niż to, jakie otacza nas na co dzień. Inną sprawą jest po prostu czysta i niewytłumaczalna przyjemność. A praca w takim otoczeniu, jakie tam zastaliśmy, to może być tylko przyjemność. Jeśli ktoś się spodziewał głębszych przemyśleń, to może będzie zawiedziony. Trudno.

Wszystkie zamieszczone w tym poście fotografie
są autorstwa Pawła Olejniczaka.

Kopalnia Bazaltu w Lutyni, tu nastawieniu na upał, pył powtarzaliśmy to ujęcie dwa razy, bo ja zmierzyłem światło wg ISO 100, na którym ja pracowałem. Polaroid ma ISO 25. To zdjęcie było na Polaroidzie. Tu też fociliśmy 3 panów pracowników, co można znaleźć kilka postów poniżej.


Nie mogliśmy pominąć tego kościoła w Gierałtowie (chyba Starym). Ta biała ścieżka chyba krzyczała na nas. Albo do nas.


Gdzieś po drodze ze Starej Morawy w kierunku Stronia Śląskiego.


Tu spędziliśmy godzinę w temperaturze miliarda stopni, czekając na przejazd auta po tej cieniutkiej białej drodze. Oczywiście nie przejechało. Ale i tak jest dobrze. Gdzieś w okolicach drogo 392 Lądek Zdrój - Nowa Bystrzyca


Mnie ta fota bawi, po prostu. Stara Morawa.


Widok z punktu widokowego na granicy państwa. Lutynia.


Gierałtów. Tak tak.


2008/06/07

Bezobrazowy

Może to zbyt wcześnie, by podsumowywać akcję Ludzi Po Drodze, ale zdarzyły się pewne rzeczy, które miały dość dziwne rozwiązania. Na tyle dziwne, że ja spotkałem się z nimi pierwszy raz i nie były w żaden sposób do przewidzenia. 

Pierwsza sprawa dotyczy Arka, którego spotkałem ponownie w ostatnią środę maja 2008 r. Obiecałem mu, że przywiozę mu fotkę, o którą prosił. Zdawałem sobie w pełni sprawę z jego może nie tyle ułomności, co po prostu zupełnie innego toku myślenia niż naszego, tzw "normalnego", choć bardzo nie lubię dzielenia nas na nas, a ich na ich, normalni - nienormalni, sprawni - niepełnosprawni. Byłem razem z Pawłem w Oleśnicy Małej, pokazywałem Pawłowi tamtejszy pałac. Arek pojawił się znikąd przy aucie i całe szczęście miałem obiecaną fotkę przy sobie i mu ją dałem. Ku mojemu przerażeniu okazało się, że Arek nie wie kto jest na fotografii. To dla mnie jest niepojęte, że on nie zdaje sobie sprawy z własnej cielesności, ale w sposób taki, jaki my o niej myślimy. Obraz naszego ciała jest dla nas naturalny, nierozerwalny. Często mówiąc "ja" ma się na myśli siebie jako ja-swoje-ciało. Nie wiem, jak on to rozumie, ale to było dla mnie przerażające. Nie znać swojej cielesności. Może nie jest tak do końca, ale on po prostu nie poznał, kto jest na zdjęciu. To bardzo dojmujące przeżycie dla mnie i bardzo dużo znaczące. Nie wiem też, czy przypadkiem nie wyrządziłem mu tym krzywdy większej, niż gdybym nigdy mu jej (tej fotografii) nie dał.

Druga rzecz, już jak najbardziej pozytywna to pani Stanisława, którą odwiedziłem dzisiaj. Jej reakcja na swoją fotografię, a nie ma się co owijać w bawełnę, to prawdopodobnie jedna z ładniejszych fot, jakie kiedykolwiek ktokolwiek jej zrobił, była zdumiewająca. Fakt, nie broniła się jakoś bardzo przed fotografią, ale wiele osób o tak podeszłym wieku wzbrania się przed identyfikowaniem się z wizerunkiem osoby starej (wiekiem). Pani Stanisława jednak to chyba osoba, w której duch ma kilkadziesiąt lat mniej, niż ciało. Radość, chwalenie się przed sąsiadkami. Wiem, że nie zrobiłem jej tym krzywdy, a wręcz przeciwnie, dałem jej dużo radości. Co więcej, wydaje mi się, że przez takie działania mogę sobie i innym przygotować dobry grunt pod kolejne akcje, może dzięki temu ludzie będą chętniej udostępniać nam (fotografom i nie tylko) swój wizerunek. Oby, ale to nie napawa na prawdę sporą dawką optymizmu. Jest sens w tym co robię, jest jakaś korzyść nie tylko dla mnie.

Trzecia rzecz to to, że tytuł roboczy: Ludzie Po Drodze rozwinął się chyba na tytuł tej pracy, który będzie bardziej adekwatny jej celowi, czyli przedstawieniu mnie za pomocą ludzi z mojego otoczenia. Myślę, że "Autobiografia" będzie lepszym tytułem, pozostawi więcej niedopowiedzeń. Faktem jest, że za kilkadziesiąt lat, nawet jeśli tego zestawu nikt nie doceni wystawą, albumem czy orderem, to kiedys nawet niewielki zbiór tych fotografii będzie cenny ze względu na to, że staram się pokazać na nich ludzi takimi, jakimi są, ale przez pryzmat mojej kreacji. Łatwo na ich podstawie ustalić czas, miejsce (choćby z podpisów, które w sumie mają nieś minimum informacji, które udało się zdobyć w czasie krótkiej rozmowy). To lepsze wg mnie, bardziej uniwersalne niż zadawać im to samo pytanie, czy starać się ich wszystkich wpinać ponad jeden mianownik. Mianownikiem jestem ja i moja obecność w tym a nie innym miejscu. Poza tym po jakimś czasie nie będzie problemu (o ile uda mi się kontynuować projekt dostateznie długo), aby zmontować z całości materiały zestawy dotyczące jakiegoś problemu, np. wyselekcjonowania grup społecznych, konkretnych problemów itp. Nie stworzę dokładnego obrazu społeczeństwa, które mnie otacza, to po prostu nie jest możliwe. Ale można mnie potraktować jako taki intytut statystyczny. Wybieram po prostu jakąć próbę spośród ogółu. A jaka to próba i jak bardzo ona jest reprezentatywna? To już nie mój problem.

Jeśli nawet ktoś nie będzie chciał dać się uwiecznić, to też to jakoś uda mi się pokazać. Chyba wiem jak.