2008/12/28

Góry Sowie, Zombie, wyro dla Mikiego.

Lokalny dzisiaj wdychał piękno krajobrazu Dolnego Śląska. Woziłem go ja, bo gdyby to Lokalny siedział za kierą, to nawet ESP by nie pomogło. Tym bardziej, że jechaliśmy obaj z Gosią, a jej szybkie manewry samopoczucia nie poprawiają. Tym bardziej, że finisz ciąży bliski. Wcześniej, tzn już od sierpnia, planowaliśmy z Pawłem jakiś spacer po górach, bo moja waga mnie przeraża. Dobijam powoli, ale bardzo skutecznie 90kg. Wiążę to z tym, że rozpocząłem proces scalania Lokalnego ze mną. Oczywiście nie obyło się bez wpadek. Pierwsza to taka, że Lokalny dalej lubi focić landszafty. No może nie to, że lubi, bo i tak nic z tego super nie wyjdzie, ale nie o to mu chyba chodziło. Po prostu chciał to zarejestrować. Jak wyjechał z domu, to było ponuro aż do Rościszowa. Przecierać się zaczęło tuż przed Przełęczą Walimską. I było mniej więcej tak, jak to uchwyciła Gosia. Poniżej.


Wyszła za mną (Lokalnym?) zobaczyć, czy mu łapy do statywu nie przymarzły. To co fociliśmy (ja i LA) to mniej więcej jest wycinkiem tego, co teraz jest poniżej. Dorzucę skany, jak je zrobię. Jutro dam film do wywołania, a teraz we Wrocławiu E-6 nie ma od ręki w 90 minut. Teraz się czeka długo. Ale za to dobrze.


Jak wjechaliśmy na nasze (moje, Gosi i LA) miejsce na skrzyżowaniu dróg na Przełęcz Walimską z drogą na Glinno, to niebo niemal całkowicie przetarło się i mgła ustąpiła całkowicie. Obraz, jaki pozostawiła po sobie chmura w mroźny (jakieś -8 st.C) był intrygujący. Igły szronu jak na Śnieżce, tyle że w skali i nie trzeba się męczyć z buta, tylko można autem wjechać. Stąd zamiłowanie do Gór Sowich. Tak to wyglądało miejscami.


Lokalny i ja dorwaliśmy człowieka, co na szybko łapał te widoki swoim fociakiem, Gosia z brzuchem wielkości blendy operowała światłem, łapiąc promienie Słońca, którego nie widzieliśmy już z tydzień...


...ale światło miało swoje plany. Człowiek się sfocił, ale nie mamy pojęcia, jak to wyjdzie. Film jutro będzie wołany, więc się okaże. Człowiek chętny do współpracy - jak się uda - zasili cykl Autobiografia - Ludzie po drodze. Wracając do światła, to nasza gwiazda zamieniła się chwilowo w białego karła i tak to wyglądało. Zrobiło się minus pierdyliard. Ja i Gosia uciekliśmy. Lokalny tam został. Prawdopodobnie we środę rano wraz z Tomkiem pojedziemy tam i może go zgarniemy. Powyższe zdjęcie z poniższym dzieli kilka minut. Po pewnych 2 elementach widać, że to to samo miejsce.


Zawinięcie było wskazane. Zawinięcie do domu, zahaczając o pstrąga w Rościszowie do Wrocławia, wymienić cholernego Prince of Persia na coś dla zdrowych ludzi. Wybór był jeden:


Wystarczyło zabić kilkudziesięciu żywych trupów, by doznać ataku agresji majsterkowicza. Musiałem zmontować to wyro. Czasem tak bywa. Na przykład idąc ulicą niektórzy wpadają na myśl, że jak nadepną na łączenie płyt chodnikowych, to na przejściu dla pieszych rozjedzie ich auto. Ja tak miałem z wyrem.

Tak niedziela zleciała. Muszę w góry. Połazić. Wrócić do 80 kg wagi, zanim urodzi się Miki. Czyli 4 tygodnie "na oko". Nie chcę wyglądem generować u niego stresu. Nie ja.

2008/12/27

Polecą łby do końca roku.

Pojechałem dzisiaj z Gosią nabyć fanty dla kindera, gdyż zostało już niewiele czasu do przewidywanego przecięcia wstęgi. Kupiliśmy wózek, kosmetyki i masę kaftaników, śpiochów itp. Sam wybrałem niemal wszystkie, bo jak Gosia zacznie przebierać, to im dłużej to robi, to tym bardziej irracjonalne wydają mi się kryteria jej wyborów. Musiałem wziąć się za to sam. Dzięki temu synek będzie mieć śpiochy moro i kaftanik w traktory.

Okres między Świętami a Nowym Rokiem to jedyny moment, kiedy bezkarnie mogę trwonić czas na cięciu głów na PlayStation. W innych dniach szkoda mi życia na wymachiwanie szablami. Ale właśnie ten moment jest dobry. Dzień jest tak krótki, że nie zdążę otworzyć oczu, jak się kończy. Obżarstwo nie pozwala ruszyć się szybciej i dłużej, niż droga do auta i z auta do domu. Idę ćwiczyć.

* * *

Dodano po 3 godzinach: Prince of Persia to ścierwo. Jeśli marnotrawić czas, to na jakiejś dobrej grze, a nie na takim szmatławcu. Chyba nic nie pobije God of War I czy II. Straszna gra.

2008/12/24

Połączenie z przeniesiem

Lokalny jest Normalny. Dzisiaj zakończył się trzymiesięczny proces stawania na nogi czy też odbijania się od dna. Możliwe, że dzisiejsze święto ma ku temu jakieś podłoże. I smutno, i gorzko. Całe szczęście est lepiej. Nie wiem na jak długo. Może do czasu, gdy Wojtek skiluje Loklanego. A może zamiast go zabijać, może lepiej go znowu wcielić do jednej osoby. Może. Niebawem. Skończyłem pakować fanty pod choine. Zaraz spadam wypełniać żołądek przemyśleniami. Może nie utyje. Tylko zawsze po nich kurwa zgaga.

Wesołych Świąt.

2008/12/21

na zimowy czas - letnia nimfa

Lokalny Artysta wkurwił się na zimę. Cały dzień nie miał siły na nic. Na spacer nie dało się iść, bo wiało. Nawet pies Lokalnego, którego ciężko z dworu do domu zaciągnąć, nie chciał wychodzić na dłużej niż 2 minuty. W tiwi trąbią, że zima idzie. Lokalny pyta: gdzie? Jest 21 grudzień. To może by ona ta zima już przyszła? Drugą rzeczą, która wkurwiła Lokalnego to to, że sprawdził na stronie swojego operatora komórkowego, jak wygląda jego stan połączeń. Wyszło, że operator znowu co innego mu oferuje, a co innego realizuje. Dodatkowo wyszło, że ktoś w czasie, gdy był na Becvie, ktoś dzwonił z jego numeru na jakiś czeski numer. Lokalny nie dzwonił na pewno. Nie pił też na tyle dużo, by o tym nie pamiętać. Dziwi go także fakt, że niby dzwonił w niedzielę 14 grudnia o 12.35. A w tym czasie jechał już do domu i nie dzwonił, bo jadąc nie dzwoni.

Dodatkowo jadąc przed 2 godzinami do teściów z prędkością równą 50 km/h przez miasto, strąbił starszego pana, co szedł nie po pasach dla pieszych, tylko kurwa 20 metrów od nich. Facet chyba nie spodziewał się klaksonu, więc się spłoszył i strasznie szybko przemieścił się na chodnik. Zamiast przeprosić Lokalnego za to, że złamał przepisy i naraził na gwałtowne hamowanie, a Lokalny w aucie ma żonę ciężarną w końcu 8 miesiąca, więc jadącą bez pasów, to starszy pan z wykrzywioną twarzą pokazał Lokalnemu FAKA!

Kiedyś Lokalny by to zlał i nosił w sobie. Ale nie po trzech miesiącach wglądu w siebie. I nie po tym, jak rano ogolił łeb. Zawrócił, podjechał, otworzył okno i ryknął:
- Człowieku! Taki ciężar iść po pasach? Zgłupiałeś? I jeszcze palec pokazujesz?
- E ty tam miejsce (sepleniąc, bo on tak sepleni, bo Lokalny zna go z widzenia)...
- Co to ma za znaczenie, nie przechodzi się tak i jeszcze chamsko zachowuje, durniu!
- A masz dziadu, jeszcze raz Ci pokaże (celowo bez "ę")
I dziadek pokazał FAKA po raz drugi. Lokalny nie wytrzymał i wysiadł z auta. Dziadek struchlał (tak po świątecznemu). Lokalny drugi raz wyryczał:
- Jeszcze raz pokaż palec dziadu! Naucz się dobrych manier.
Dziad tylko przyspieszył kroku zmierzając do marketu dla niezamożnych.

Co na plus? Dziad już zapewne w życiu nie pokaże faka komuś na drodze, że nikt nie wie, kiedy ktoś bardziej łysy od Lokalnego nie będzie z nim gadał, tylko mu przypierdoli, jak łysy.

Skąd więc obrazek na dziś? Na dobry humor, bo wspomnienie fajnej chwili uregulowało napięcie. To protest przeciwk ozłej pogodzie. Tak samo skuteczny, jak rozmowa z dziadem.

Kiedy Olej się ustawiał, co Lokalny zarejestrował, zrobił tę fotę. Nowy Gierałtów, 31 maj 2008 r.

2008/12/19

inne


Kolejna fotografia pod wezwaniem, porównanie tego, co miało być z tym co było. Wolę opcję zniszczeniową. Kiedyś, pod koniec 1999 roku albo na początku 2000 w Kwartalniku Fotografia były prezentowane prace pana Leśniaka. Ot, na pierwszy rzut oka spieprzone foty, bo wszędzie cień fotografującego. Jednak istotą tych fotografii było to, że artysta rejestrujący "widok rzeczywistości" wyszedł po za ramy standardowego myślenia o otoczeniu. Nie musi potem krytyk pisać bzdur, że oto pan Leśniak wybrał fragment otoczenia i przez to jego egzystencja została pokazana za pomocą rejestracji widoku rzeczywistości.... bla bla bla... Poszedł krok dalej, bo w obraz rzeczywistości wplótł swój cień. Bo ten krajobraz czy fragment otoczenia po prostu stał się jego i tylko jego niepowtarzalnym widokiem.

Wiecie, ile takich fotek, z takim układem i taką pogodą (lub zbliżoną) powstało od 100 lat na tym moście z taką dokładnie (lub zbliżoną) kompozycją i kolorami? Ja nie wiem, ale z kilka na pewno. Takich, jak ta niespieprzona po lewej. A takich jak ta z prawej? Nie wiem ile, ale ta z prawej to mój kaptur czy tam rękaw i niczyj inny. Za 100 lat w idealnych warunkach ten widok przetrwa nieporuszony. Niezmieniony. Ale nikt go nie zarejestruje tak jak ja. Bo nikt nie będzie mieć mojej części garderoby. Nie będzie mnie. Spieprzone - lub teraz już kreacyjnie poprawnie: moje - zdjęcie jest to i tylko to i jest najlepsze. Choć spieprzone. Ale sentyment większy.

Z ostatniej chwili: Lokalny Artysta nie śpi. Zdecydował się na przeprowadzenie cichej akcji wspomagającej przenikanie informacji o nim jak o o swoim alter-ego - Wojtku Sienkiewiczu - do sieci. Pierwsze akcje dywersyjne dały już oczekiwane efekty w postaci nowych elementów w prawym panelu bloga. Zapraszamy, kurwa mać!

2008/12/18

Czasem jak coś się zjebie, to na dobre wyjdzie - spacer


Był spacer, pisałem o nim mniej więcej na początku grudnia. Taki czysty, wyłącznie dla ducha i ciała. Nie myślałem o niczym konkretnym. Po prostu rozłożony statyw z przypiętym aparatem. Senne miasto w niedzielny poranek i ja. Ograniczony kanałami Odry przenikałem z jednego końca ulicy na drugi łapiąc jakieś maleńkie historie. Łapałem je wszystkim, byle nie więzić na matówce. Dobra, nie będę smucić. Po prostu łaziłem sobie dla sportu nosząc ciężką kamerę i miałem jedną z takich maleńkich cennych dla mnie chwil: chwilę dla siebie. Postanowiłem ją wykorzystać na pomyślenie o tym co wokół mnie i w czym ja. I tak się zamyśliłem, że otworzyłem kasetę zanim zwinąłem film do ostatniej klatki. To co widzicie powyżej to most w trakcie remontu. W sensie widzicie tylko mały jego fragment, który zdążył schować się pod wstęgą czarnego papieru. 

Ale jak można zrobić inaczej, gdy rano (30 listopad 2008) w radiu była audycja o Himilsbahu, co mu w papiery przy urodzeniu wpisali datę 31 listopad? To nie miało prawa skończyć się inaczej. Foty ze spaceru i tak, a na tej odbiło się moje roztargnienie, bo układam sobie w głowie, co wiem i czego nie wiem. I o tym drugim napiszę w końcu felieton do Pięciuklatków. Nie wyróżnię się zatem na tle innych felietonistów. I krytyków.

2008/12/17

Factory


Tama w Horní Bečvie, druga sobota grudnia 2008 r. Spacer na zjeździe. W czasie zjazdu. Między zajęciami. W poszukiwaniu jedzenia innego niż w hotelu.

Na focie od lewa (lewej) Szymon Szcześniak, Staszek Heyda, Ania Matuszna, Rafał Siderski, Paweł Supernak i Magda Sokalska. Focił Wojtek Sienkiewicz.

Na focie od prawa (prawej): Magda Sokalska, Paweł Supernak, Rafał Siderski, Ania Matuszna, Staszek Heyda i Wojtek Sienkiewicz. Focił Szymon Szcześniak.

Ania i Rafał

Ania foci modelki, mieszka w Warszawie, ale w gruncie rzeczy jej nie lubi i woli rejony bliższe Żywca. Rafał jest z Białegostoku, też mieszka w Warszawie, pracuje w Dzienniku jako fotoedytor. Do niedawna byli parą, teraz są przyjaciółmi. I ponoć im tak dobrze. Oboje są moimi serdecznymi przyjaciółmi. Horni Becva 13.12.2008 r.

* * *
Anię świeciło Słońcę, Rafała świeciła Ania.

Michał

Michał to mój poznański kolega z ITF'u, sfotografowany podczas powrotu ze szkoły w niedzielę 14 grudnia 2008 r. koło miejscowości Ponięcice przy drodze nr 45 Opole - Racibórz. Michał przed dwoma tygodniami wrócił z Iraku, gdzie przez pięć miesięcy żył i fotografował społeczność Kurdów. Przywiózł ponad 200 fotografii, którymi zdominował ten zjazd szkoły. Jego tato jest znany ze swoich wielkich rzeźb owadów ze stali.

* * *
Świeciła Katka

2008/12/15

Syndrom becvianski

Set organicznych obrazków komórkowych. Mniej więcej pierwszy odpowiada czwartkowi, drugi piątkowi... itd, itp, itf. Było ciężko, tym bardziej, że trzeba było określić temat pracy dyplomowej (teoretycznej). Niby mam, niby klepnięty, ale w dziwne rzeczy wejść trzeba, bo pierwsza opcja, która dotyczyła Roya Stuarta i Erica Kroll'a została skilowana

Czwartek upłynął na dojazdach i zakupach wstępnych. Alkoholu nie kupiłem po raz pierwszy od początków lotnictwa. Świderek zapewnił kratę Króla, więc było czym zabić efekty spożywania posiłków na terenie ośrodka Pekárny Rališka. Co dziwne, na tej stronie podana jest informacja: W ośrodku serwowane są smaczne posiłki. To ja mam problem z tym, by określić, gdzie na prawdę byłem. Z niedzieli na poniedziałek, czyli na dzisiaj, nie spałem tez zbyt wiele. Za to wiele czasu spędziłem w kiblu.

Z Michałem i Katką uczyniliśmy wstęp do nowej świeckiej tradycji. Przyjazd na Becvę rozpoczynamy od kanonady fajerwerków.


Na przykład w piątek Kaśka (tu w czarnej bluzce) nie spodziewała się, że w sobote 30 polskich gęb zaśpiewa jej Sto Lat z okazji trzydziestu pięciu lat. Winni tej sytuacji w jakiejś części znjadują się poniżej.

Na przykład taki pierwszy z lewej, Rafałek, co asystyje Szymonowi w jego testach. Rafałek wpadł na pomysł, że trza TW Sagatowskiej coś przekombinować. No nie on, a przypominacz z portalu społecznościowego. Na barierce siedzi Najmniejsza Ania Świata, opiera się odpowiedzialny za gruzińską aferę z udziałem polskiego prezydenta Pawka. Prawie niewidoczny jest Stachu, w ogóle nie widać Magdy.

I przez to niedziela łatwą nie była. Tu już w Polsce, objazd tuż za granicą, jeszcze przed Raciborzem. Nie spałem. Prawie nic. do tego kupiliśmy z Katką set fikuśnych chrupek z chin i zaczęła swędzieć mnie twarz, język, gardło. Zapiłem znalezioną przypadkiem tabletkę telfastu i jakoś się udało.

Działo się dużo dobrego, ale zdecydowałem nie brać cyfraka ze sobą, a senność nie pozwala mi wydusić z siebie więcej słów. Było dużo dobrego i fajnego, dużo rozmów, których mi brakowało i chyba już za tym tęsknię. Sukcesywnie będę dodawać materiał, bo kilka rzeczy poszło na slajdach.

2008/12/10

Humorodajnia na czas wyjazdu



Jutro wyjazd do Horní Bečvy, na czas nieobecności przekazuję Wam to, co dzisiaj doprowadziło mnie do łez. Śmiechowych łez.

2008/12/08

Strefa 51

Tak tak, pamiętam jak dziś, gdy Gosia mieściła się w centralnym punkcie pomiarowym mojego starego - już sprzedanego - Canona. Teraz, na początku 34 tygodnia ciąży jej gabaryt zdołał ogarnąć tylko 51 polowy sensor Nikona D700. To prawdziwy triumf nauki i współczesnej myśli technologicznej nad odwieczną materią tajemnicy cudu życia. Chyba hormony w moim mózgu dokonują przygotowań gruntu do przyjęcia nowego, mojego człowieka, że serce zaczyna mi mięknąć i stąd zaczynam lubić - tudzież przekonywać się - do tej cholernej PlayStation 4 z miejscem na obiektyw.

2008/12/04

rano na zachód, wieczorem na wschód. miesiąc do trzydziechy.


Tak. 10 lat ponad Loklany przemierza bezkresny fragment drogi numer 94 na odcinku Oława - Wrocław. średnio 6 razy w tygodniu. Około 27 razy w miesiącu. Około 312 razy w roku. 3120 razy w ciągu 10 lat. Średnio 80 km dziennie. 249 600 km na dekadę. Do emerytury pozostało 35 lat. 873 800 km. Łącznie będzie ponad milion. Grubo ponad. Dziennie średnio 2 godziny w aucie. W tygodniu będzie około 12-15 godzin w aucie. Około 728 godzin rocznie. 7280 godzin na dekadę. To 303.333... dni spędzonych w aucie na dekadę. Blisko rok. Dziewiąta częśc życia. Było już o ósmym dniu tygodnia. Teraz przyszła kolej na dekadówkę. Trzecią skończoną dekadówkę.

2008/12/03

przystań!

Lokalny się dzisiaj ujawnił i powrócił w wielkim stylu, z wielkim hukiem, z wielką pompą przywitany na łamach Obrazowego Terroryzmu. Tym razem ku swojemu zadowoleniu i zadowoleniu swojego właściciela prezentuje co i jak się znalazł w pustym niedzielnym centrum Wrocławia. Ujawnił w cieniu odbicia pół sztucznego futra okalającego kaptur jego przyodzienia. Zafascynowany ciekawą architekturą poznał ją na przestrzał wprost z widokiem na drugą stronę Odry. I tak jednym jedynym strzałem unicestwił formę budynku zaklętego za oknem drugiego w odbiciu trzeciego i siebie samego.

2008/12/02

Kolejne spieprzone zdjęcie


Maciek (z prawej) i jego kolega Paweł. Maciek, z którym pracowaliśmy 2 lata temu w agencji reklamowej, zaprosił mnie kiedyś na plan filmu fabularnego, który kręci wraz z ekipą pasjonatów. Ekipa jest wyposażona w pełen rynsztunek żołnierzy z czasów II Wojny Światowej, odwzorowany z pietyzmem, od mundurów po broń i konserwy czy butelki wódki. Tu na moment przed rozpoczęciem zdjęć na ceglanym forcie obok Muzeum Narodowego, chłopaki pozują na tle jednego z symboli Wrocławia - Panoramy Racławickiej. Paweł gra główną rolę filmu. 30.11.2008 r.

Fota jest absolutnie spieprzona. Po pierwsze chciałem zrobić ją w czerni-bieli, by przełamać strukturę Autobiografii, ale wydaje mi się, że to nie jest dobry pomysł, chociaż światło mi się tu podoba. Po drugie teraz nie widać o co chodzi, a to dlatego, że zapomniałem (a taki był pomysł), że Maciek miał w ręku trzymać kamerę, którą pracuje. Tak czy siak fotka choć mi się podoba, to idzie do poprawki przy okazji kolejnych zdjęć. Ale warto ją wrzucić do linków LPD, żeby nie było, że wszystko się udaje.

W ciągu tygodnia dorzucę kilka fot głównych bohaterów, których fociłem na prośbę Maćka.

2008/12/01

miała być Irlandia, a jest Ameryka

Wrocław, róg Księcia Witolda i Jagiełły. 30.11.2008 r.

Trzymam się z dala. Trzymałem. Od pewnego czasu nastąpił mały przełom w tym co i jak robię. Ja jako Ja. Wczoraj rano zjadłem śniadanie w postaci szybkiej bułki i pojechałem po prostu fotografować. Ale to było inne fotografowanie niż zwykle. Nie zrobiłem tych zdjęć, które chciałem, ale kilka wyszło. Samo z siebie. To nie jest żaden cykl, nic takiego. Po prostu pojechałem robić foty. Odpocząć od uduchowionych scenariuszy, napompowanych opisów i patetycznych form. Pojechałem zrobić kilak fot. Zaparkowałem auto na Księcia Witolda, pod Costą. Puste ulice, a ja łażę z rozłożonym statywem i przypiętą mamiyą i szukam po prostu na małym wycinku miasta swoich miejsc. Lubię je i są dla mnie ważne, co dzień od lat widzę wschodzące nad miastem Słońce i sylwetki starego miasta schowanego za lekką mgłą, cienie platanów nad Odrą i majestatyczny budynek archiwum. Wczoraj nie było Słońca, ale i tak nic z tego, bo było mi po prostu dobrze. Nigdy tak się nie cieszyłem tym, co robiłem. Podchodzili ludzie, porozmawiać ot tak, jeden że ma cyfraka, a inny, że tu plac właśnie miał być sprzedany Arabom, ale nic nie budują, a tam, za Mostami Mieszczańskimi jest 15 hektarów miejsca po wojskowych. Aż po port miejski. Potem światło niby ciekawsze, ale jakoś za bardzo z góry i już mi się nie chciało dalej chodzić. A jak mi się nie chciało, to poszedłem do auta i pojechałem w inne miejsce. Ale o tym jutro.

2008/11/28

Niedługo nawet drewniany bocian stąd wyleci.


Nic mi się nie chce. Koniec listopada już za kilka godzin. Choć w szczerości można przyjąć, że listopad skończył się po pierwszym jego dniu, bo od drugiego dnia media wszelkiej maści zasypują mnie i LA ofertami z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia. 15 listopada w mojej skrzynce na korespondencję znalazłem ze 3 kartki świąteczne od banków i systemów ratalnych. Każdy wyliczył mi jakąś kwotę kredytu, który mogę wziąć bez zaświadczeń. Każdy wg swoich danych. Finalnie mogę wziąć ze wszystkich trzech kredytodawców, co da mi kwotę trzy razy większą niż teoretycznie mogę wziąć. Koniec końców było by tego tyle, że faktycznie potrzebuje grubo ponad miesiąca, żeby wydać całość pieniędzy. Oczywiście nie jest tego jakoś obrzydliwie dużo, ale dość by było.

Jeśli dojdzie do tego więcej banków, to będę spodziewać się takich ofert w połowie lipca będzie trzeba robić zakupy, bo ofert będzie 6 albo i więcej. Co gorsze, te oferty przyjdą zaraz po tym, jak 4 miesiące wcześniej zaczną banki zachęcać do kredytów na wakacje, na których za taką kasę spędzę z 3 miesiące, co 2 tygodnie przemieszczając się po globie.

Mamy już co święto kościelne lub państwowe informację od właśnie banków, że coś będzie, np nowy rok szkolny - kredyt na knigi. w październiku pożyczka na kwiaty dla nauczycieli na 14 października. zaraz po tym kredyt na zakup flag by czcić 11 listopad, a wcześniej na zakup zniczy na groby. Lawina.

2008/11/21

Zamalowali mu gnoje

"Najłatwiej tak zamalować. Gnojki tagują szarą ścianę już nie tyle nie myśląc, że to ma nic wspólnego z ładnym, ale nie wiedzą, że zamalowują muzealnej wartości dzieło, dzisiaj nazywane muralem. Było ich w każdym mieście kilka, czasem i więcej. Taka propagandowa reklama wielkoformatowa, ale z duszą, robiona ręcznie, a nie plotowana na wielkoformatowych drukarkach na nowoczesnych materiałach odpornych na światło, deszcz, wiatr i Bóg raczy wiedzieć co jeszcze.


To w końcu znak czasów, który za z górą 10-15 lat całkowicie zniknie z murów naszych miast. Nie będzie wizerunków starych monet przy PKO, złodzieja przy PZU, kłosów zboża przy Spółdzielni GS (Gminna Samopomoc Chłopska). Co by złego chcieć przez to powiedzieć, to kawał i historii, i żmudnej roboty i pewnej karkołomności. Może zachować ich kilka? Może pomóc? Może za kilkanaście, kilkadziesiąt lat ktoś zechce o tym napisać książkę? To nie byłby zły pomysł, tym bardziej, że to przecież kawał naszej historii. I ja jako nostalgiczny romantyk o lewicowych skłonnościach za tym tęsknię. Bardziej, niż za wielkimi vinylami z herbatą lub reklamą sklepu. Tu każdy był inny i indywidualny.

Od z górą 15 lat moje i inne mu podobne miejsca w Polsce zakrywają na chwilę takie wstydliwe rusztowania oklejone siatkami. Spod nich ze wstydem spoglądają odrapane mury i tynki. Nagie cegły zdają się zasłaniać łopoczącymi na wietrze kotarami w rumieńcami. Albo może ze wstydem, że je stare - cegły i fragmenty wielkiej płyty - odrapują i zmieniają w cuda architektury z XXI w. Okleją standardowo styropianem i wrzucą białe okna z PCV. Super. I tak ani one młode, ani stare, ani do wyburzenia, ale też nie postawione ledwie co. Jak starzec, co dostał z okazji transplantacji serce dwudziestolatka..." - Lokalny Artysta zaciągnął się kolejny raz ulubionym L&M niebieskim, zaklął i zniknął za węgłem. Nie minęły dwie sekundy, gdy pojawił się z powrotem odpalając kolejnego papierosa i trąc silnie podeszwą buta o chodnik: "Cholera, nie da rady przejść, nie wiem, czy tak trudno wychodząc na spacer w psem zabrać jakiś worek foliowy i pozbierać po nim grzyby?

Czytał Tomasz Knapik


2008/11/20

Grzegorz

Grzegorz z Sosnowca, wujek mojej żony. Pracuje w oddalonej o 17 km kopalni. Kiedy pierwszy raz odzwiedziłem jego dom w 1999 r., w Sosnowcu czynnych było 5 kopalń. Na osiedlu fińskich domków z drewna mieszka wraz żoną Ewą, córką Kamilą i nadpobudliwym psem Fuksem. 9.11.2008 r.

* * *
Świeciła Gosia.

2008/11/19

Aleksander i skutki bycia ojcem córki

Olek od lipca jest szczęśliwym ojcem Amelii.
Do sierpnia był posiadaczem wielkiego terenowego Jeep'a do taplania się w błocie i lesie. Od września jeździ na motorze. Na co dzień zajmuje się szkoleniami motywacyjnymi itp. Wrzesień 2008 r.

* * *
Świeciła Gosia

Jurek - mój tato

Jurek - mój ojciec.
Od 4 lat jest wdowcem, od 20 lat prowadzi sklep ogrodniczy. Za 5 lat osiągnie wiek emerytalny. Za rok będzie dwa razy starszy ode mnie. Jego pies Bolek ma jedno jądro. W końcu kupił normalny samochód. Listopad 2008.

* * *
Świeciła Gosia

2008/11/18

Lokalnych obraz Staszka

fot. Staszek Heyda

Tak oto Staszek Heyda widzi dom/rodzinę Lokalnego Artysty. Żona, ciąża, anioł ze Świętej Lipki, Pies-Sunia-foxterrier.  Wszystko na jednym wyrku z naturalnego drewna wyposażonymw materac Sultan® IKEA® made in China.

2008/11/16

Stach wpadł do domu Lokalnych.

Znany w kręgach sztuki przed duże eSZ Staszek Heyda (dla mieszkańców Stolicy: w pozostałej części kraju innej niż Mazowsze Staszek to zdrobnienie imienia Stanisław - odpowiednich stołecznego imienia Stach). Staszek przyjechał rano tuż po godzinie dziesiątej. Powód: fota. To jeden z pierwszych na świecie twórców, który włączył obraz powierzchowności Lokalnego, jego Małżonki i ich psa do części swojej pracy, co oczywiście jest dość istotnie nobilitujące. Dla obu twórców. Po foceniu była tradycyjna runda pokazowa prezentująca możliwości powiatu oławskiego i okolic. W czasie kilkugodzinnego pobytu głównym tematem rozmów podczas spacerów, obiadu i focenia były bulwersujące wyniki wczorajszego odcinka programu "Mam Talent" emitowanego przez stację TVN. Otóż wg wielu z nas zwycięstwo we wczorajszym odcinku śpiewaczki operowej Ewy L. jest głębokim nieporozumieniem. 

O godzinie 19.30 Staszek ruszył do domu. Dzień dzisiejszy kończy wiatr i przerwy w dostawie sygnału telewizji kablowej.

Plusy dodatnie i ujemne:
1. Staszek zapomniał kabla do zasilania lamp.
2. Staszek obiecał dostarczyć foty z dzisiejszego dnia, które niebawem wylądują tu bez wątpienia szybko
3. Jutro można spodziewać się dołożenia około 4 kolejnych postaci do serii Autobiografia.
4. Proszę zwrócić uwagę na powyższą fotografię. Nawiązuje ona emocjonalnie do wielkich dzieł Pieta Mondriana i Kazimierza Malewicza. Urocze.

2008/11/12

Przeworno - mała mekka Lokalnego Artysty



Lokalny Artysta kocha ideały. Jak był mały jego ideałem była Linda Evangelista. Była takim ideałem, że nie dopuszczał do siebie myśli, że ktoś tak boski jak ona oddaje się tak prozaicznym czynnościom, jak choćby defekacja. Lokalny Artysta w swoich ideałach próbuje znaleźć sens swojego życia. Żyje myślą, że sięgnięcie do kolejnego wytworzonego w jego głowie ideału da mu coś, lecz sam nie wie co. Wiedział, że to co mu to da, będzie przełomem i kiedy go sięgnie, nic już nie będzie takim samym, jak było do tego momentu.

Tak miało być z osiemnastymi urodzinami, otrzymaniem Prawa Jazdy, pierwszym seksem (kolejność oczywiście niechronologiczna). Ideałem stała się też mała miejscowość ok 15 km na południowy wschód od Strzelina, czyli Przeworno. Lokalnego ciągnie tam coś, co nie daje mu żyć i coś, co jest gwarantem na zrealizowanie doskonałej fotografii. Był tam wczoraj, ale fotki nie zrobił. Jak wiele razy zresztą. Ciągnie go tam czasem zalany wodą mikro zbiornik retencyjny, pałac Czirnów, wszystko go tam ciągnie, bo jest tam tak egzotycznie, jak mało gdzie. Cała ziemia wokół Wzgórz Strzelińskich to taka mała mekka.

Powyżej jedna z fotografii wykonanych przed dwoma laty, którą przed kilkoma tygodniami odnalazł i tak sobie ją zrobił z pliku RAW w celach pomyślenia, jak rozpocznie zajęcia z kolejnym pierwszym rokiem słuchaczostudentów. Wczoraj zrobił inne foty, i przed wczoraj, ale na negatywie i poczekać muszą, aż się wywołają i się poskanują. Same się. Choć jak widać cyfrowe foty nie są gwarancją na szybką publikację, skoro ta powyżej czekała dwa lata.

Lokalny szukał, szukał, szukał i wynalazł:

Kiedyś Lokalny i Katka poszli szukać inspiracji i jakiejś wystawy do opisania na zaliczenie zajęć u Birgusa i Kunesza, i poszli do BWA Awangarda we Wrocławiu. Akurat (pech) wielka wystawa Katarzyny Kozyry. Oboje postanowili podnieść rangę jej wideo-artu i przez 4 minuty rzucali cień na jedną z jej prac. Dramatyczny efekt spotęgowany. Jeśli w Waszym mieście jest wystawa, którą należy podrasować, wzywajcie tych oto dwoje.

Inną rzeczą w przepastnym archiwum L.A. jest wspólna praca powstała z nudy kilku przyjaciół ze szkoły. Pomysł Marcin Podgórny, realizacja L.A.:


Od lewej: Kamil Nawrot, Patrycja Dołowy (już chyba inaczej się nazywa, bo się pożeniła), Mariusz Bieniek, Bożena Dzierwa, Tomek Wiśniewski, Marcin Podgórny, Kryśka Sobiecka (teraz już z Sobiecka - Nawrot, bo wieszak ich połączył). Za kamerą i obróbką stał L.A.

2008/11/10

33 sceny z życia - właśnie wróciłem z kina



Nie mam kompletnie ani nawet pół zielonego pojęcia, jak napisać o tym filmie. Jedno co mi się ciśnie na myśl to to, że są tylko dwie opcje. Obie dotyczą tego, że Małgorzata Szumowska zrobi kolejny film. W pierwszej opcji będzie to film dużo słabszy, który będę chciał zobaczyć i wyjdę z kina z uczuciem co najmniej niedosytu. W opcji drugiej może być tylko to, że lepszy film mnie kompletnie powali. Ten, czyli 33 sceny z życia mnie powalił. Nie wiem jak to napisać, by nie zabrzmiało jakoś okropnie patetycznie, ale po prostu nie da się inaczej.

W jednej z licznych zapowiedzi w różnych mediach usłyszałem sformułowanie, że ten film dotyka jedynego w tych czasach tematu tabu: śmierci.

Może to zabrzmi nieco infantylnie, ale w końcu o śmierci jest na przykład sławne Commando z Arnoldem Schwarzenegger'em, gdzie trup ściele się chyba bardziej niż we Władcy Pierścieni w scenach bitewnych. O śmieci powstało całe mnóstwo filmów, które traktują ją jednak w formie rozrywkowej. Traktują śmierć jako efektowne rozwalenie kogoś (najczęściej złego) ku uciesze wspierających lub utożsamiających się z bohaterem filmu widzów.

W trzydziestu trzech scenach na próżno szukać jednak superbohatera na miarę Johna Matrixa. To nie ten rodzaj śmierci. To dla mnie film o problemie, który dotknął całkiem niedawno mnie. My, w dużej większości nie potrafimy przeżywać śmierci. Nie umiemy jej dostrzec ani umieścić tego zjawiska w kulturze. Gorzej, bo nawet nie zdajemy sobie sprawy z jego istnienia. Skoro coś pomijamy, to po co szukać w nim problemu? Nie wiem, ale nie tylko ja nie wiem. Mam wrażenie, że Szumowska też nie wie (nie czytałem o autorce jakoś dużo, słyszałem kilka wywiadów na antenie Trójki). Filmem tym autorka zadaje widzowi pytanie, czy wie, że śmierć kiedyś w jakiejś formie go dotknie, czy to formie pośredniej odbierając bliskiego, czy w formie ostatecznej, dotykając jego samego. To nie jest nawet problem gotowości. To jest problem świadomości. Taką mam fantazję.

Pierwszy raz od dawna wtuliłem się w fotel komercyjnego kina i miałem oczy pomarszczone od suchego powietrza, a ruch powiek sprawiał ból. Usta rozdziawione w grymasie ni to zachwytu, ni to smutku, choć obecne było i jedno i drugie. Realizm doprowadzony do perfekcji. Nie byłem na filmie, byłem w czyjejś głowie i widziałem, jak wygląda świat. Pełen skrajności, maskujących przeżywanie zachowań. Ból - potrzeba rozrywki i odreagowania. Nie by się pocieszyć czy zrobić sobie dobrze. By nie myśleć, by utwierdzać się w przekonaniu, że przecież nic się nie stało. Łzy maskowane orgazmem, egzystencjalizm przeciwko konsumpcjonizmowi. W lewo i prawo, w prawo i w lewo.

A sam film jako film - wyborny. Nigdy w moim trzydziestoletnim życiu nie widziałem czegoś tak doskonałego. W każdym calu, w każdym detalu, w każdym słowie i obrazie. Ten film jest zbyt doskonały. I właśnie z tego powodu nie mogę go polecić z czystym sumieniem. Ci nieliczni, którzy potrafią emocjonalnie przeżyć śmierć, nie uwierzą w taki punkt widzenia. Większość, która tej - niby instynktownej cechy - nie posiada, ma jedną z niewielu szans, by znaleźć bodziec, który może spowodować szereg zmian.

W tym filmie nie znajdzie się odpowiedzi. Nie dowie się nikt, jaki jest cudowny środek. Nikt nikomu nie obieca, że będzie dobrze. Ten film daje możliwość, by móc zadać sobie pytanie. Jest narzędziem.

Z całego serca mam żal do świata, że nie widziałem tego filmu pięć lat temu.


2008/11/08

REAL FOTO - ŻEGNAJ TOYOTO!

Dzisiejszy wpis to nieco słów o nawykach ludzi z Krakowa i okolic. Na popularnym serwisie aukcyjnym wystawiłem na sprzedaż dobrze wielu moim znajomym znaną Toyotę Carinę E. Wielu z tychże nzajomych dobrze wie, jak bardzo lubiłem to auto, a taki Oleyneetschack wie nawet lepiej niż ja. Aukcja wisiała około 10 godzin do momentu sprzedaży poprzez opcję KUP TERAZ. Opis był ot taki:

Witam, Toyota na wydaniu! Jak ktoś chce się pobawić w jej remont, to nie będzie zawiedziony, a ten, kto chce ją na części, to zdrowo na niej zarobi. Do odbiory jej będzie potrzebna laweta, bo:
1. Padła pompa wspomagania (koszt od 150 do 300 zł u zdzierców)
2. Padła bateria, ale na kablu auto odpali z palca, jak każdy stary dobry wolnossący diesel z Japonii Poza tym inne uszkodzenia:
3. ogniska korozji wokół szyby czołowej, bo jakiś idiota kiedyś źle wyciął szybę czołową i poranił lakier
4. na tylnym prawym nadkolu ognisko kiedyś zaprawione, ślad po parkingowym przetarciu
5. Przedni prawy kierunek skoszony przez nieuprzejmego kierowcę Mercedesa CLS, jak już naprawiłem to po tygodniu sarenka samobójczyni postanowiła zakończyć życie poprzez zderzenie z tymże kierunkiem. Jej się udało, a mi się już go nie chciało robić, ale działa, tylko mały plastik pękł.
6. Jak kupowałem auto (w październiku 2004) to oczywiście było bezwypadkowe (wg sprzedawcy), ale widać, że kiedyś lekko dostało na przód, ale nie ma śladów na newralgicznych elementach
7. w 2007 roku na parkingu przy centrum handlowym komuś do rąk przykleiły się halogeny i tylna wycieraczka.
8. Co i tak nie ma znaczenia, bo padł klakson i długie (siadła taśma co łączy przełącznik z resztą elektryki, koszt 200zł)

A teraz coś dobrego:
1. W 4 lata zrobiłem nią ponad 150 tyś km i nigdy mnie nie zawiodła, a była ze mną w różnych miejscach, gdzie wymiękały inne auta.
2. Jak cena będzie spoko, to dorzucam komplet (4) zimówek na felgach 14", kupione w grudniu 2007 r. Daytony WD 520, przejechały 8 tyś km, więc są nowe
3. Na kołach teraz są założone Fulda Carat Progresso na 15", 3 sezony za nimi, wyprodukowane w 2006 roku, doskonałe gumy, spokojnie jeszcze 2 sezony przed nimi.
4. Wszelkie naprawy robiłem na super dobrych częściach (rozrząd przy 280 tyś km wraz z pompą wodną - części tylko japońskie, żadnych tanich z Korei)
5. Olej zawsze jeden: Castrol 15W-40 wymieniany co 8000 km, bo bardzo lubiłem ten samochód i o silnik dbałem, resztę olewałem lub po prostu nie przykładałem uwagi.
6. w 2007 roku wymieniłem egzotyczną do znalezienia część, która pada co 300 tyś km: pompę podciśnienia. Po prostu to jedyny element silnika który czasem pada.
7. Silnik jest zdrowy, w zimie doceni ten, co odpali go z palca na mrozie -20 st C, a inni swoje TDI będą podgrzewać i modlić się do nich.
8. W tym roku na wiosnę wymieniłem sprzęgło, docisk i łożysko, skrzynia biegów jest zdrowiutka
9. W tyle amortyzatory wymienione 2 lata temu na Kayaby
10. Z przodu amory by trzeba było wymienić i łączniki stabilizatorów z tyłu. Kontakt na mejla (24h) lub telefonicznie w godzinach 14.00 - 20.00 od poniedziałku do soboty.

No i przyjechali młodzi panowie w liczbie dwóch i uparli się, że pojadą te ponad ćwierć tysiąca kilometrów bez wspomagania. Nie doczekałem się nagatywa, więc chyba się udało, ale jak trzeba być oszczędnym, by ryzykować życie zamiast wynająć lawetę za 200 zł? Nie wiem. Ja bym nie ryzykował. Co innego, gdy auto jest produkowane bez wspomagania, ale co innego, gdy ma wspomaganie, które padło. To nic łatwego. Wolno się nie da jechać, a szybko jest jeszcze bardziej źle.

Konkluzja jest taka, że jeśli na drogach Małopolski zobaczycie białą Toyotę Carinę E z jabłkiem na środku tylnej szyby, to to już nie Wojtek Sienkiewicz, tylko trzeba spierdalać.

2008/11/04

Autobiografia - pierwsza krew

Jak niedawno podano na tym blogu w tym wpisie, Lokalny Artysta cyklem Autobiografia - Ludzie po drodze zaczął w końcu coś zdobywać. Raz, że Vaclav Podestat klepnął temat na pracę roczną, ale wybranymi portretami (bo w pracy rocznej ma być maks 8 fotek) - żeby trzymało fason. Fasonu w pewnym momencie zabrakło tu i ówdzie, jednak nie ma co się napinać i nadymać, bo nagrody zacne. Wyższe niż stypendia w tym kraju dla fotografów. W skład nagród za pierwsze miejsce konkursu pod patronatem Konsula Republiki Federalnej Niemiec weszły:
1. Książka jak na zdjęciu - to dla L.A.
2. USB Data Traveler Pendrive marki Kingston - to dla żony, bo jej pendraka zawirusowano na amen
3. Portable DVD Player - to do nowego auta dla nowego i pierwszego dziecka od L.A. I to dobrze, chociaż on by wolał, żeby chłopak oglądał widoki za oknem auta, ale co tam. Jak L.A. był mały to słowo korki było znane z dwóch spraw, mianowicie to było imię postaci z serialu TV i nieosiągalne buty do gry w piłę.
4. Dyplom.

Na tym koniec. Jedna podstawowa pozytywna cecha takich konkursów i wniosek, dlaczego warto brać w nich udział: niezależnie od nagród i rankingów to najlepszy sposób, by nieco wartościowsza fotografia trafiała do zwykłych ludzi, którzy będą odwiedzać np urzędy, w których będzie prezentowana wystawa pokonkursowa. To może mieć duży wpływ na to, jak będzie postrzegana fotografia czy każde inne dzieło jakiejkolwiek twórczości. To ważne ponad wszystko, bo w ten sposób może da się przygotować lepszy grunt dla dalszych działań.

Ta nagroda jest wspólna dla tych, którzy także mieli swój udział w powstawaniu tych zdjęć, czyli Gosia i Oleyneetschack

2008/11/02

Mark Jenkins



Mark Jenkins to kolejny przykład artysty, którego mógłbym określić mianem "artysty środowiskowego". Jak na mój sposób widzenia sztuki jest on geniuszem na równi z Andym Goldsworthym. I działa w bardzo podobnej do niego sferze mentalnej, z tym że nie pracuje na materiałach dostarczanych przez samą czystą naturę, lecz działa w naturalnym środowisku człowieka XXI wieku i pracuje materiałami będącymi efektem rozwoju cywilizacyjnego. Porusza natomiast dość proste, ale ważne kwestie. Mógłbym je nazwać nawet "oświeceniem XXI w." Dlaczego? Nie wiem, ale wydaje się być osobą wyjątkową. Wielu było artystów, którzy negowali postęp cywilizacyjny, konsumpcyjny styl życia itd. Wielu było, którzy wchodzili w łaski różnych grup obrony różnych praw. Wielu zaprzeczało osiągnięciom cywilizacji używając archaicznych metod - jak się okazywało w większości przypadków - dość mylnie i na pokaz. Jenkins wchodzi w obecny świat wyjątkowo realnie, na teraźniejszych zasadach i z poczuciem misji i wielkiej odpowiedzialności...

Resztę dopiszę w miarę czasu. Przepraszam za tak duże dziury w blogu, ale nie mam chwilowo czasu.

Jak można wyczytać w sieci, do czego zachęcam, Mark Jenkins na zaproszenie Galerii 2b wizytował Polskę w sierpniu 2007 roku, a Warszawa stała się chwilowym warsztatem jego działań.