2010/10/10

dziesięć dziesięć dwa tysiące dziesięć

























Podczas ostatnich wspólnych fot z Katką zginął Prezydent RP. Gdy my robiliśmy zdjęcia lodów zamknięci w wielkiej lodówce na krańcach cywilizacji w ekologicznej fabryce z dala od informacji i bez aktywnych telefonów, działa się historia.

Pół roku po tamtych wydarzeniach Katka i Jaro towarzyszyli mi w wycieczce na dni otwarte budowy stadionu. Większość powyższych fot zrobiła Katka (na bank te z nich, gdzie ja na nich jestem). Dziękuję za pomoc i towarzystwo.

Jarek dodatkowo wymyślił i użył ładną odpowiedź na zaczepkę o archaiczność Toyo: "ale na lepszy mnie nie stać".

2010/10/09

Kino Warszawa

















Jakoś wcześniej nie wrzuciłem całości zdjęć. Część fotografii zrobiłem małym aparatem na potrzeby inwestora. Olej powiedział, że wygląda to jak mapa ze S.T.A.L.K.E.R.'a. No trochę tam było jak w grze. Niebawem tam wrócę.

Dzisiaj byłem chwilę na weselu. Ja nie lubię tańczyć prawie tak samo, jak słuchać muzyki biesiadnej. A jeszcze głośna muzyka biesiadna nie jest dla moich uszu tym, czym COIL czy choćby nawet Duran Duran. Mój Syn też nie lubi wesel. Boi się tańczącego tłumu, nie lubi hałasu, a uspokaja się w aucie przy Unkle lub Einstuerzenden Neubauten. Wykapany tatuś.

2010/10/08

landszaft



Landszaft w drodze na obiad. Dzisiaj 13.50 zł za zupę pieczarkową i rybę w cieście piwnym z surówką z rzepy i ziemniakami z koperkiem. Nie jem ziemniaków, ale i tak byłem syty. I ryba - więc zgodnie z duchem wychowania w kulturze. Żadnej kontrkultury.

zaczęto dopisywać o 23:08

Dzisiaj od rana mam nastrój daleki od jakiejkolwiek euforii. Nie jest to stan łapania emocjonalnego dołu, ale zaczynam czuć jakiś kontakt z całkowitym dnem. Ale przez dno rozumiem sięgnięcie tych pokładów emocji, które są rdzenne, leżą u postaw światopoglądu. Jestem nerwusem. Zamknięty za drzwiami samochodu, skryty za kierownicą potrafię zionąć wielką siłą nienawiści do przechodnia czy współtowarzysza asfaltowej drogi. Ale z drugiej strony zaczynam dostrzegać w każdym człowieku wątki uniwersalne.

Rano do tramwaju wpłynął człowiek w wieku około 40 lat, choć pewnie miał mniej, ale alkohol ewidentnie zabrał mu władzę nad ciałem. Jakoś tak stał, że jego profil stal się właśnie uniwersalny. W taki sposób, jaki każdy ma jakąś swoją część siebie, która nie podlega wpływowi czasu, która wygląda tak samo u dwulatka, jak i starego, zdrowego i chorego, abstynenta i pijącego na śmierć. To strasznie podłe, jak słaba jest konstrukcja człowieka, że z pięknej, być może wyczekiwanej istoty, być może kochanej, być może przeklinanej, staje się za sprawą własnych, złych wyborów istotą odrażającą. Mam głębokie współczucie, choć chyba tylko dlatego, że nie dotyczy ono mnie w jakimś sposobie. To człowiek, którego nie znam, nie zrobił mnie ani nikomu z rodziny czy przyjaciół żadnej krzywdy. Komuś - być może.

Na przykład niedźwiedzie nie mają takich problemów, tylko ludzie potrafią swoimi wybrykami doprowadzić się do ruiny, jakiegoś wyjścia poza nawias w sposób niszczący ich naturę. To bardzo smutne.

Chciałem dzisiaj też napisać post na blogu miejsce fotografii, ale się powstrzymałem. Sprawa ważna, choć wydaje się nieistotna. Na Fotopolis przeczytałem, że jeden człowiek przedstawia w galerii swoje prace i od razu zatytułował wystawę w sposób, który narzuca ich (obrazów) inność, bo są przygotowane w technologii z połowy XIX w. To moim zdaniem głupota. Tylko u nas spotykam się nikoniarzami, otworkowcami, czarnoramkowcami. Po co? To bezcelowe i bezsensowne. Zamiast szukać wspólnych cech obrazu, starania skupiają się na ich rozdzieleniu. Nie da to możliwości powstania "ekumenicznego" gruntu dla myślenia o twórczości. Wieczne podziały doprowadzają do powstania kolejnej, bezsensownej nauki, zamiast ciągu przyczyn i skutków. Niestety mój - chyba jedyny - głos w tej materii zrobi nic.

Złudzenia, w przeciwieństwie do nadziei, powinny umierać pierwsze.

2010/10/07

powrót do kina warszawa


Dzisiaj rano fotografowałem plac budowo-remontowy. W czasie fot zaczepił mnie starszy pan, taki około 70 lat (już poza placem budowy):
- Przepraszam, czy mogę pana o coś zapytać?
- Jasne - odpowiedziałem - proszę pytać.
- Wie pan, bo ja dostałem aparat na urodziny od dzieci - mówiąc to potrząsał żółtą foliową torbą - mam go przy sobie tutaj, ale nie potrafię go obsługiwać...

Nie miałem aż tyle czasu. Moja głowa jest od wczoraj zajęta myślą, jak wyglądała by cywilizacja, gdybyśmy (my ludzie) byli wielkości kotów. Albo bardziej skrajnie - myszy. Zakładając całe pozostałe cechy jako niezmienne (intelekt, pomysłowość, miłość do wojen itp). Jak wtedy wyglądała by budowa mostu nad taką rzeką jak Odra? Czy może szukalibyśmy innej opcji? Przy dążeniach do opanowania świata, napewno opcja przeprawy rzek była by konieczna.

A gdybyśmy byli wielcy jak kaszaloty, to czy udało by się polecieć na Księżyc? Albo zbudować odpowiednika jumbojeta? Na 800 25 tonowych istot? Ile paliwa by zużywał taki pojazd?

Pytania głupie, ale pozwalają zdać sobie sprawę z innego problemu: czyżbyśmy byli tak doskonali, że możemy i budować mosty, i latać w przestrzeń kosmiczną; albo czy jesteśmy wyobrażeniem naszej doskonałości ograniczeni? Postać grana przez Kevina Spacey'ego w K-Pax tak wyjaśniała, dlaczego - skoro jest kosmitą - wygląda jak człowiek: "przyjąłem najbardziej odpowiednią i energetycznie wydajną formę, jaka żyje na tej planecie". Czy my, ludzie, mimo naszej wiedzy i wizjonerstwa, w ogóle dopuszczamy, że niekoniecznie jesteśmy ostatnim, finalnym i najdoskonalszym ogniwem ewolucji?

2010/10/06

zadomem

Chodzi za mną, by napisać mądrość jakąś, ale nic mi mądrego nie przychodzi do głowy. Albo jest gorzej. Wiele mądrych rzeczy siedzi mi w głowie, a ja czuję, że nie mogę ich zwerbalizować.

Czynię dość silną ochronę swoich fotografii. W takim rozumieniu, że nie chcę, by publikacja fotografii w galerii była wtórna, po-blogu. Inną rzeczą jest blog, inną wystawa czy szufladowe fotografie. Nie chcę popełniać tego samego błędu, jak w przypadku Autobiografii. Ta już się miała nie pokazać.

Realizuję równocześnie dwa tematy. Jeden to budowy, ale nie w sensie ich samoistnego bycia, ale budowy jako miejsce i zbiór działań mają dla mnie szczególnie istotną symbolikę. Druga rzecz to foty, które robię tak blisko domu, jak to tylko możliwe. Zacieśniam powoli promień wyjazdów, wyjść spacerowych. Czasu - co mnie potwornie przygnębia - mniej i mniej. Rzeczy, na które chciałbym mieć czas - więcej i więcej.

Ta fotografia powstała na niewielkim wzniesieniu, 7 minut jazdy rowerem od mojego domu. Widok na południe to Gromnik (niecałe 400 m n.p.m.) i przy dobrej widoczności widać stąd całe niemal Sudety, od Gór Opawskich po zasłaniające resztę Sowie. Patrząc na wschód można dostrzec elektrownię pod Opolem, na zachodzie niebawem będzie dominować wieża właśnie budowanego drapacza chmur we Wrocławiu. O ile znowu go nie skrócą w trakcie realizacji. Kiedyś był to Potegor, teraz musi wystarczyć ciepłownia na Kurkowej i elektrownia w Siechnicach. Na północy, u stóp widać Oławę i dalej, za lasami Jelcz. Lubię to miejsce, gdzie tubylcy wywożą na dziko śmieci, a lisy mają tu deptak. W zimie widziałem stąd potężne stado saren, z lornetką doliczyłem się ponad setki zwierząt.

Taka jest moja okolica. Powinienem być szczęśliwy.

Czekają mnie w najbliższych godzinach foty w remontowanym kinie, w najbliższych dniach wielkiego mostu, oczywiście w budowie. Praca nabiera i tempa, i rumieńców.

2010/10/04

błędy







Nie wszystko musi się udać. Tym bardziej, gdy wywołałem przeterminowany o 5 lat slajd, a nie zrobiłem dubla na świeżym, bo nie opisałem kaset. Albo robiąc dubla na korekcie -1EV przy podniesionym szyberku robię test migawki i potem ekspozycję. A już na bank może nie wyjść wtedy - gdy sam nie wiem i czy w ogóle - zaświetliłem błonę. Całe szczęście na 16 wołanych szitek, taki los spotkał tylko 4. Jednej tu nie pokazałem, bo aż wstyd.

2010/10/03

takiego wała



Widok dość niecodzienny dla nietutejszych. Droga skręca do lasu, przy drodze rząd białych worków z piaskiem, stojących tu od końca maja, czyli ponad cztery miesiące. Tabliczka mnie zaintrygowała, lokalna gazeta w swej bystrości nie pominęła faktu jej pojawienia się (link). Sprawa zabawna, jak wiele małomiasteczkowych intryg, dotyczy mniej lub bardziej przyzwoitego zachowania.

Obok droga z ruchem wahadłowym, byłem dobrą, często familijną rozrywką dla pasażerów aut stojących na czerwonym świetle, gdy robiłem foty z białą szmatą na głowie. Przynajmniej może przez chwilę nie gadali o zakupach w markecie albo kolejnych ofiarach zatruć dozwolonymi, lecz nielegalnymi artykułami kolekcjonerskimi.

telefon doskonały



Świat mediów elektronicznych ukłonił się telefonom komórkowym i ich użytkownikom. Foty są szybciej, za mniejszą kasę (głupio pisać, że za darmo, mając na uwadze obowiązujące honoraria, bo to synonim). Ale co najważniejsze, zdjęcia, choć już pozbawione postaw estetycznych, bardziej prawdziwe. Z tego samego powodu, dla którego lepiej sprzedaje się amatorskie produkcje filmów przyrodniczych z ludźmi w rolach głównych, niż ten sam temat zrealizowany przez wielkie różowe koncerny.

Nic w tym złego. Tak po prostu jest i dyskusje o zmianie widzenia czy świadomości odbiorców są tak beznadziejnie niespełnialne, jak beznadziejna jest myśl, że można cokolwiek tym zmienić.

Idę spać, o 8.00 rano foty.

2010/09/30

under construction


Od jakiegoś czasu zwiedzam różnego rodzaju place budów. To jedne z magicznych, przyciągających miejsc, które w równym stopniu przyciągają uwagę pięciolatków czy sześćdziesięciolatków. Bardzo często sama budowa, maszyny i fakt powstawania czegoś jest dalece bardziej interesujący, niż skończony, gotowy efekt. I to chyba najbardziej mnie zajmuje. Wczoraj pisałem o pewnej naturalności form, nieomal dzikości wymuszonej współistnieniem na miejscu tworzywa i tworzących, jak i obiektów chwilowych i stałych (przynajmniej w potocznym rozumieniu). Niezależnie, czy są to mufy przewodów przypominające splot naczyń krwionośnych, czy są to żurawie poddające się wiatrowi jak wysokie trawy. W tej zwykłości kryje się masa niezwykłości, obecna całkowicie mimo estetyki.

Budowa obwodnicy energetycznej wrocławia | Budowa Sky Tower.

2010/09/29

anatomia organizmu remontowego





Instalatorom nie są obce instalacje naśladujące naturalne formy. Co bardziej interesujące, owe formy nie powstają umyślnie, dla nacechowanego intelektualnym podparciem pomysłu, lecz przez konieczność. Daje to w całości remontowanego dworca - olbrzymiego w końcu placu budowy - poczucie jednego organizmu. W środku już funkcjonujący ludzie i kolej - jak serce bijące w embrionie. Wciąż zdarzają się pomyłki, przesiadki, opóźnienia - jak u "uczącego" się istnieć organizmu. A ciało wciąż rośnie, ale nie rosło by, gdyby nie te wszystkie ruchome arterie. Większość wielkich placów budów zaczyna przypominać mi właśnie takie żywe organizmy w jakiejś monstrualnej skali, gdzie i tak - przy odpowiednim odniesieniu - jawią się prymitywnymi przy złożoności procesów zachodzących w Paramecium caudatum.

2010/09/27





Żeby nie było za dobrze. Jesień musiała pokazać się ze swojej najgorszej strony. Piękno tej aury znika z pierwszym momentem, gdy krople wody przedostaną się przez warstwy bawełnianej tkaniny i zaczną wychładzać ciało smagane wiatrem. Wtedy ten parasol ma się ochotę wsadzić w pierwszy lepszy kubeł. Albo inne, równie ciemne miejsce.

Od wczoraj czytam książkę, którą powinienem już znać, a czytam ją dopiero pierwszy raz. Wilk stepowy. Zaczynam odrabiać zaległości.

2010/09/26

mokry dzień fotografii



Dzisiaj byłem chwilę na meczu. Ale bardzo lało i było zimno. Idę się rozgrzać.

2010/09/25

i znów: low end & high end





Dzisiaj miałem wrzucić foty z opolskiej imprezy przygotowanej przez 2.8. Ale musiałem wykopać wielką dziurę. I potem ją zasypać. I zrobić kilka innych rzeczy. Cały dzień chodzą za mną słowa mojego kolegi, które padły niemal miesiąc temu (dokładnie 4 tygodnie temu): Wojtek, dlaczego drugi dzień pijemy ciepłą wódkę? Może dlatego, że po takiej pracy dobrze się napić?

Ale bilans musi wyjść na zero. Pojechałem zrobić planowane od kilku dni zdjęcie. Ze szwagrem. Opowiadałem mu, że czasem jest męczące fotografowanie przy pomocy Toyo. Niedawno wysłałem 18 szitek do wołania. Każda z nich to przynajmniej jedno tłumaczenie, że to nie jest stary aparat, a fotografia to nie moje "dziwne" hobby.









Zakaz publikacji danych osobowych i wizerunku.

Teraz siedzę i piszę ten post. Na połowie monitora okno z tym edycją tego posta, a druga połowa zajęta przez Świnkę Peppę. Lewa półkula pisze wpis, druga (prawa?) kontroluje siedzącego na kolanie Synka i pilnuje, by nie dotykał klawiszy klawiatury używanej przez lewą półkulę. To piękny wewnętrzny dialog.

2010/09/24

jak strzelić gola





Ziemie w mojej okolicy pełne są niewybuchów z ostatniej wojny. W lesie zamiast borowików niektórzy znajdowali kilkaset bomb. W lokalnej prasie można kilka razy do roku przeczytać albo o tym, albo o wrakach liberatorów, które po nalotach na Niemcy nie miały już dość paliwa, by powrócić do baz i uszkodzone przez artylerię wroga spadały gdzieś tu. Broń nie powinna tu nikogo dziwić.

Pojawiła mi się w głowie przez chwilę pierwsza scena z filmu z Bruce'm Willys'em - Ostatni skaut, gdzie zawodnik biegnie z owalną piłką pod pachą, zamiast taranować masą swojego ciała i pancerza przeciwników, po prostu rozwala ich strzałem z rewolwera, z normalną - jak na początek lat 90. - zimną krwią i popełnia samobójstwo.

Tam zawodnicy wycyckani, kąpiele w basenach, drogie fury i kobiety sprowadzone do roli zaplecza seksualnego. Taki wyidealizowany obraz sportowca, który ćpa, pieprzy i wydaje masy forsy na to, by jak najszybciej doprowadzić się do ślepej uliczki i biec po murawie z klamką wycelowaną w przeciwnika.

Wiele scenariuszy będących dla nas (mojego i starszego pokolenia) czystą fantazją przemysłu filmowego mainstreamu, a teraz spełnia się w niusach.

Ja całe szczęście odkrywam inną, ciekawszą stronę sportu. Wolnego od sportowców rodem z planu filmu akcji. Dopiero ich poznaję, ale dopiero teraz ten sport jest ciekawy. To nie są zawodowcy, ale też nie chodzi o jakiś lokalny patriotyzm. Chodzi o grę. Oczywiście, że jest presja na wygraną, bo lepiej być w dobrej drużynie, niż złej. Jest presja, być grać z tymi, a tamtymi nie. Wszystko się rozwija.

Naszła mnie taka analogia, że oglądanie zawodowych sportowców i ich zmagań to jak filmy porno. Wszystko fajnie, ale to przecież tylko mechanika i produkt na potrzeby rynku. A tu, to czego jestem świadkiem - to potrzeba odreagowania, realizacji ambicji. To ludzie budzący się rano, idący do pracy albo szkoły, zmagający się z codziennością. W czasie gry to nie jest istotne. W czasie gry chodzi tylko o piłkę. Tak jak w Podziemnym kręgu (co za przekład tytułu).

2010/09/23

auta i mury




























Dzisiaj od rana chodzi za mną Hamburg. I to, jak tym miastem byłem zachwycony. Nadal jestem. 17 lat temu byłem tam po raz pierwszy, a to co pozostało w pamięci to długie wypady rowerowe po dzielnicach przemysłowo-portowych. Miałem wtedy 14 lat, mój Brat zostawił mnie tam na kilka dni samego z kumplami więc cóż robić. Rowery, pepsi i ryby w porcie. Wszystko zostało w głowie włącznie z zastanawianiem się, kiedy i czy w ogóle będą u nas drogi dla rowerów, czyste powietrze itp. Wtedy nawet nikt nie marzył o wejściu do UE i takie tam. To było 4 lata po upadku komunizmu, choć dla czternastolatka te cztery lata to inne cztery lata, niż teraz dla trzydziestolatka. Wtedy był to skok między dzieciństwem a młodzieżą, a teraz to okres tanich rat za telewizor albo auto. 1993 rok i koniec wakacji i powrót z Hamburga zostały mi w pamięci głównie za sprawą muzyki - kupiłem sobie walkmana za kasę, którą Brat zostawił mi na te kilka dni na życie i kasetę U2 - Zooropa. Ja bardzo ciężko przeżywam do dzisiaj (ale kiedyś ciężej) wyjazdy z miejsc, które lubię i powroty do miejsc, których nie lubię. Nie lubiłem domu. To nie jakaś wielka trauma, ale po protu nie lubiłem. I jak brat pakował mnie do autobusu cały czas liczyłem, że nie będę musiał wracać, że mógłbym zostać w Hamburgu i nigdy nie wracać. Albo raczej jak już to wracać "do Hamburga". Brat mi mówił, że spoko, podróż szybko minie, posłuchasz sobie muzy (kupił mi na zapas baterie) i będzie dobrze, jeszcze tu wrócisz. Ja nie chciałem słuchać tej muzy, bo wiedziałem, że od tej pory zawsze będzie mi się kojarzyć z powrotem z tego magicznego miasta. Nie pomyliłem się. Lemon - to wyjazd na mecz football'u amerykańskiego drużyny Hamburg Rubberducks, gdzie dziewczyna mojego brata tańczyła w przerwach. Some Days Are Better Than Others to dosłowni przelot z dużą prędkością pożyczonym Saabem 900 Aero (krokodylem) przez ten wielki most nad portem. Tytułowa Zooropa to ostatni tamtego pobytu wyjazd rowerami do parku na Harburgu, mglisto, dżdżysto, ale ludzi pełno, zdalnie sterowane łódki na stawie i odpoczynek. Taki miejski (o tym Filip Springer zrobił robotę, tekst w Kwartalniku Fotografia, więc nie będę się rozpisywać, bo sens ten sam). Wtedy też w radiu rządził Spin Doctors i 4non blondes. Ale jakoś mało to "Hamburgowe". Muszę zacząć spisywać te wszystkie wydarzenia. Nie robiłem wtedy dużo zdjęć.

Ten tekst ma się dobrze do fotografii, które są powyżej, i której już w części publikowałem na blogu. Teraz w miarę uporządkowanej formie (choroba=czas na to). Wszystkie - z jednym wyjątkiem - są z mojej okolicy, którą nie to, że polubiłem. Ja ją trochę musiałem polubić. Musiałem ją oswoić i zacząć używać, by wiecznie nie czekać na każdy wyjazd, by móc tu w tym miejscu w pełni egzystować. Kiedyś w rozmowie kompletnie kumplowskiej ze znanym podróżnikiem mojego pokolenia padło takie stwierdzenie, że jest tyle jeszcze rzeczy, a tak mało czasu. Zaczynam zauważać, że nawet na tę bliską, najbliższą okolicę czasu jest co raz mniej. Dobrze, że mało podróżuję. Dobrze, że nie wszystkie marzenia się spełniają.