2010/09/16

siedem lat temu - Suvenir



















Siedzę w domu. Męczy mnie jakieś zapalenie górnych dróg oddechowych. Męczy mnie też kilka innych rzeczy, niekoniecznie związanych z fizycznością. Z racji robienia niczego wydłubałem rzecz, którą na tym blogu już raz - fragmentarycznie wrzuciłem w 2007 roku. Cykl Suvenir zacząłem realizować w 2003 roku, we wrześniu. Ale jeszcze nie realizować pod względem rozpoczęcia rejestracji. To chodziło za mną kilka lat, ale czekało na bodziec. Zawsze chciałem zrobić coś z tą konfrontacją marzeń o tym, co znajduje się za murem jednostki radzieckich wojsk. Czas mijał, zostawało mnie i mniej. Dzisiaj już niemal wszystko zanikło. Nawet rozebrano bocznicę, bohaterkę ostatniej fotografii.

Wszystko zaczęło się (realizować), gdy na portalu aukcyjnym znalazłem stare, koniecznie radzieckie filmy Foto 32. Kupiłem chyba 20 rolek za cenę dwu paczek papierosów. Zrobiłem test, z racji tego, że materiał miał datę przydatności do 1985 roku, czyli był pełnoletni (co najmniej) z miejsca trzeba było wybrać szybki i niezadymiający wywoływacz. Bardzo lubiłem tę mieszankę alchemii, nauki i takiej dedukcji. Okazało się, że papier odciskał się miejscami na emulsji i to dawało ładne efekty na jednolitych płaszczyznach. Zacieki itp. Ale jednocześnie negatywy były pełne detali, ostre do tego stopnia, że gdy w 2005 roku pokazałem to jako część mojej teczki na egzaminy na ITF, nikt nie wierzył, że to nie jest wielki format, tylko 6x4.5 cm. Wszystko szaro-szare, z pięknymi, dobitymi i pełnymi "mięsa" czerniami na moim ulubionym Ilfordzie MG IV FB Heavy Matt. Jedna kopia, po jednym egzemplarzu.

Lubię ten cykl. Tylko 9 fotografii w ciągu 2 lat. Ja chyba tak mam, że jednym aparatem realizuję jeden ważny i zamknięty cykl. No, czasem dwa. Mam nadzieję, bo co raz trudniej kupić fajny aparat.

2010/09/14

taki jestem zajebisty - coś o psach i kumoterstwie

Paweł Syposz, Etna
Kuba Ceran, bez tytułu (Sunia)

Dzisiejszy dzień to poniekąd klęska. Dowiedziałem się, że nie udało mi się osiągnąć zamierzonego celu, co boli tym bardziej, że autorytet, od którego to zależało jeszcze tydzień temu powiedział, że mogę być spokojny o realizację planu. Okazało się, że ów autorytet - choć niekwestionowany - nie jest jedynym autorytetem i są inne, choć mniej autorytatywne, to jednak są. Oczywiście nie jest do końca źle, przecież życie na tym polega itd. Milion pocieszeń. Mogę pisać odwołanie od decyzji i tym podobne. Ale kto lubi być w obiegu powracając z drugiego przelotu? A może gdzieś wsadzić na wyrost pojmowaną hipokryzję i bez nadmiernego skrępowania poddać się płynącemu życiu? Nie jestem z tych, którzy w walce widzą sens. Takiej walce, gdzie sens tej w jej przypadku traci wartość. Są inne rzeczy, o które warto walczyć, jakkolwiek by to miało wyglądać. W tym przypadku chodzi nie o walkę, ale żeby się nie poddać. Czyli o walkę, ale z samym sobą.

Dzisiaj przeczytałem pracę dyplomową mojego przyjaciela, Pawła Olejniczaka. To bardzo ważna i wartościowa praca, choć krótka jak na standardy polskiego myślenia krytycznego i używa ze trzy lub cztery trudniejsze wyrazy. To też nowość. Może dlatego została przedłożona w Czechach. Mniej więcej Paweł w swojej pracy przeprowadził wewnętrzną dyskusję - wspomaganą rozmowami z przyjaciółmi-fotografami - o sensie nadużywanego określenia, jakim jest "nowy dokument". Ten absurdalny zwrot towarzyszy obecnie niemal każdej wystawie fotografii. Jest już tak irracjonalny, jak w 1999 roku irracjonalne były dyskietki do komputerów z naklejką "Odporne na efekt Y2K". Równie można by było napisać na gąsienicy czołgowej, że jest odporna na zderzenie z ptakami.

Ja podobne rzeczy poruszyłem w swojej pracy, niemniej uderzyliśmy z kompletnie innych stron bez wcześniejszego porozumienia. Pytanie pozostaje o to, dlaczego dwie ważne prace o istotnej części polskiej fotografii powstały w niepolskiej szkole? Mam swoją wizję tego stanu rzeczy. Po pierwsze troszkę jedziemy po "polskiej fotograficznej racji stanu". Ale nie dlatego, że mamy w tym interes. Dlatego, że wkurza nas pewna hipokryzja (drugi raz używam tego wyrazu, święto, ale bardzo mi się on podoba). Hipokryzja tu polega na tym, że kiedy raz coś zostanie wymyślone i na dany temat powstanie pierdyliard książek (lub jedna), to choćby się niebo waliło, nikt tego nie zmieni. Nie unowcześnie, nie uderzy się w pierś i przyzna do porażki, która naprawi zaległość. O nie. Trzeba brnąć w zaparte.

Rozmawiam z wieloma znanymi postaciami poskiej sceny fotograficznej. Pada hasło "dokument". Aha DOKUMENT! REPORTAŻ! - Nie, nie reportaż. Dokument, co innego - o nie, to to samo, ktoś tu był, jest reportaż. - straszne gówno. A czy Jeff Wall nie robi dokumentu? Czy to nie jest piękny subiektywny dokument? Wręcz najpiękniejszy. A Eggleston? Czy jest reportażystą? Tak, jak ja jestem czołgistą.

Jeśli raz w polskiej historii fotografii wpadło słowo fotografik, co wg Pawłowej pracy oznacza artystę tworzącego: "obrazy bardziej zamazane", to pokutuje ono do dziś dnia. Nowy dokument pęka w szwach od przeładowania. O ile czytając teksty towarzyszące wystawom za granicą można coś przecztać osobistego, coś o emocji, o tyle u nas wprowadzenie zawiera litanie próbujące uporządkować to, co zobaczymy lub zobaczyliśmy. Po cholerę? Czy tacy jesteśmy porządni? Jak tak, to dlaczego na trawnikach jest tyle psich kup, a na fasadach budynków gniazda reklam zamiast sprawnej fasady? Przecież fotograf to nie elektronik, który w każdej szufladce musi mieć oznaczone rezystory, tranzystory i inne masy szpejów.

Nie rozumiem, dlaczego pan Jurecki stawia na piedestale Natalię LL, a dyskredytuje Kubę Dąbrowskiego, skoro na swój czas obie te postacie są równorzędne w mojej ocenie? Bo Kuba nie używa tylu trudnych słów? Dlaczego książka o historii polskiej fotografii pana Mazura (to celowy splot znaczeń przez podejrzanie niedbałą konstrukcję zdania) nie zachęca tych, którzy by mogli się tym zainteresować do jej lektury? Ja wiem dlaczego - po burzliwej dyskusji obu panów nie daję wiary, że coś wartościowego może za ich przyczyną powstać.

Brak poważnej (i choćby starającej się być obiektywną) krytyki lub teorii jest przyczyną akcji podziemnych, w których sam uczestniczę starając się realizować za darmo i dla idei przemyt wysokich treści do publiki. Udaje się mniej lub bardziej, ale nie staram się mówić językiem hermetycznym, nie wymyślam nowomowy i nie rzucam autorytatywnych sformułowań. Nie silę się na specjalistę. Mówię o emocjach, bo to jest ta część, co do której mam absolutną (chwilową mniej lub bardziej) pewność. Stąd pewne wzburzenie Aśki Kinowskiej piszącej o nierzetelnym dziennikarskim artykule w poważnym tygodniku. TU LINK WARTO KLIKNĄĆ!!! Nikomu nie możemy zabronić tworzenia własnych publikacji. Od tego jest sieć. Tylko przeraża mnie myśl, że przez czytelników miałkich i lekkich treści jak nasza konkurencja (konkurencja dla 5klatek) dociera do ludzi pokazując hadeery, masa innych powoduje jakieś zakrzywienia treści i w końcu faktów i historii, to skoro 90% ludzi wyznaje nieprawdę, a 10% zna prawdę faktu, to czyja prawda przetrwa?

Z drugiej strony jesteśmy niewolnikami retoryki. Jedna instytucja od tysiącleci lat jej używa w wojnie o rząd dusz i prowadzi, czego efekty widać na ulicy. Skoro kilkanaście osób jest w stanie zdestabilizować życie miasta (a może i kraju). Im więcej gadasz, im więcej paplasz, tym - nolens volens - masz większe uznanie. Możesz nawijać ludziom makaron na uszy, ale musisz wiedzieć, bo mówisz. A jak mówisz, to wiesz. A jak masz pod to ważną i dużą instytucję w postaci galerii czy tytułu tygodnika, to możesz wszystko i potem pojedyncze głosy sprzeciwy czy próby korekt spełzają na niczym.

Paweł ze swoimi rozmówcami porusza masę ciekawych kwestii, między innymi o tym, jak styl fotografii/obrazu bierze górę nad tematem i jeden z naszych czołowych i bardziej znanych fotografów mojego pokolenia - Rafał Milach - opowiada, jakie to może być bagno.

Skąd w takim razie powyższe fotografie? To są fotografie, które mają piękne historie. Te historie - nie licząc warstwy emocji, jakie budzą - nie będą nikogo obchodzić, gdy ja umrę, ich twórcy i każdy, kto pamięta historię.

Pierwsza to prawdopodobnie jedyna w internecie reprodukcja pracy mojego innego przyjaciela - Pawła Syposza. Wykonana na wulkanie Etna, z pustki wyłonił się pies, zapewne suczka (kryptonim Etna) i tak powstał pełen symboliki obraz, który być może kiedyś już zaistniał w rzeczywistości dając początek historii o Remusie i Romulusie i Wilczycy... Jałowy krajobraz z pełnym nadziei wizerunkiem psa, wpatrzonego w horyzont i mającego ważną cechę - przekonanie. Człowiek stojący w tym samym miejscu i patrzący w przestrzeń byłby dla mnie uosobieniem niezdecydowania, smutku. Pies z goła odwrotnie.

Druga praca to fota mojego bardzo dobrego kumpla - znamy się jeszcze nie tak super, więc nie nadużywam tu słowa "przyjaciel" - Kuby Cerana. Kuba przyjechał do mnie na kilka dni i łaziliśmy koło mojej wsi i robiliśmy foty. Nikt nie domyśli się, że za belą słomy schowałem się ja i gadałem różne rzeczy do mojej foxterrierki, by stała w miejscu, zanim Kuba włoży kasetę, zanim wykona całą serię czynności poprzedzającą wyzwolenie migawki. W przypadku naszych pracy słowo "wyzwolenie" jest szczególnie istotne.

Niewątpliwie piękny anturaż, w obu przypadkach, choć akurat fota Pawła bije większość innych fotografii, jakie w życiu widziałem, temat podobny i teraz wyobrażam sobie tekst wystawy w poważnej instytucji: "Psy w polskim nowym dokumencie". To pejzaż, to sztafaż, to fotografia inscenizowana, to fotografia dokumentalna, to nowy dokument, fotografia przyrodnicza... chmura tagów.

Podobna wystawa przygotowana poza Polską: "wymowne i pełne symboliki obrazy..." i tak do kropki.

Pewnie będzie masa błędów, ale mam to gdzieś. Jak ktoś po tym tekście przyczepi się do ortografii, to niech poczyta sobie coś innego.

plus dłuższych nocy


Plus dłuższych nocy polega na minusie długości dnia. Teraz, by zobaczyć wschód Słońca nie trzeba zrywać się z łóżka w trakcie fazy REM snu, można się po protu obudzić i stanąć w oknie. To tymbardziej dobre, że planowany (już rozpoczęty) cykl chcę towrzyć w czasie małego natężenia ruchu w świetle pochodzącym od nieboskłonu, z czystym niebem i włączonymi światłami ulicznymi (reklamowymi - o ile jest taki termin). Tylko po co jestem chory...

2010/09/12

podsumowanie lata


Dzisiaj oficjalnie zakończyłem lato. Wodospad kataru i kolczaste łodygi jerzyn w gardle to znak, że nadeszła jesienna niedyspozycja. Syn chory, żona chora, Olejniczak chory. Wszyscy chorzy. To dobry moment na wyszukanie widoków po lecie.

2010/09/11



Taki dzień. Dolnośląskie - Opolskie - Górnośląskie - Małopolskie. I vice versa.

2010/09/09

bechelor




Od wczoraj wolno mi więcej. Zakończyłem w pełni studia licencjackie na ITF. Stres nie poddał się do końca, dopiero dzisiaj odpuszcza pozostawiając po sobie pustkę, ale dość przyjemną. Kiedyś dawno w programie "Kino Oko" widziałem, jak z ciała jakiegoś niewinnego człowieka (żywego) wyciągają takiego czerwia. Niby obrzydliwe, ale dobrze, że już go nie ma w ciele, choć dziura po nim zostaje.

2010/09/07

jutro obrona





Mam stres dalej. Pomimo ogłoszenia o jego oddaniu - a teraz nawet propozycji, że zapłacę za jego odebranie - stres się zagnieździł i właśnie muszę go ogłuszyć. Nie wiem czym. Może myślą, że jutro będzie mi źle, jak dam ciała na obronie. Nie, nie, trzeba myśleć pozytywnie: przecież świat się nie zawali, jak się nie obronię. Nie kurwa! P O Z Y T Y W N I E ! Aha, no dobra. Przecież jutro o tej porze już będę po. Tylko czy aby na pewno?

AAAAabsolutnie stres sprzedam/oddam



AAA Absolutnie zdecydowanie STRES sprzedam
lub oddam w dobre lub złe ręce!!!


Witam, mam do sprzedania lub oddania własny, przepracowany, ale wciąż silny i zdający się umacniać STRES! Stres nie jest najmłodszy, ma około 31 lat przebiegu, ale był cały czas dobrze pielęgnowany. Choć wielokrotnie w użyciu na długich dystansach czasu, to nie wykazuje oznak zużycia, wręcz jest jak wino - z czasem staje się mocniejszy. Po długotrwałym używaniu gwarantuje silny "zjazd" z efektami kaca i dezorientacji.

Jego historia i skuteczność gwarantuje dysfunkcję organizmu w ważnych momentach życia, takich jak (chronologicznie):
- pierwszy dzień w szkole
- pobyty w szpitalu
- kartkówki i sprawdziany
- powroty rodziców z wywiadówek
- wszelkie egzaminy wstępne i kończące naukę
- sprawy urzędowe
- dyskoteki z dużą ilością głośnej muzyki
- niebezpieczne sytuacje dla życia własnego lub bliskich
- niektóre sprawy rodzinne

Stres jest cały czas na chodzie, aktualnie bardzo skuteczny i z wielką siłą blokujący mnie przed jutrzejszą obroną dyplomu. Nie pozwala na skupienie, przyjęcie wiedzy na egzamin z historii fotografii czy panowanie nad czkawką. Zdecydowanie oddam go bez wielkich negocjacji.

2010/09/05

zupa krem z borowików pochyl czoło/kapelusz



Foty może nie najwyższych lotów w temacie fotografii spożywczej, ale nie o to chodzi. Moim niespełnionym marzeniem jest być szefem kuchni jak Ramsay i Blumenthal w jednym - kląć jak szewc i tworzyć magię wbrew utartym szlakom. Ponieważ moi teściowie przywieźli dzisiaj 8 kg prawdziwków, pachnących lasem no i prawdziwkami, więc nastała idealna chwila, by napisać przepis na idealny krem. Ale taki idealny, a nie jak w serwisach kulinarnych.

Serwisy proponują używanie też suszonych grzybów, bulionu grzybowego w kostce czy jakiejś dziwnej pseudośmietany. Nic z tych rzeczy. Krem ma być delikatny, a nie wściekle grzybowy. Ma pachnąć lasem, runem leśnym, butwiejącymi liśćmi, korą i dojrzałymi borówkami. Oczywiście borówek nie dałem, ale konotacje na podniebieniu są oczywiste. To tak jak z fotografią. Nie musi być Słońca w kadrze, żeby było oczywiste, że w danym momencie ono świeciło:).

Ingrediencje na 7 akuratnych porcji, które użyłem, zalecam modyfikacje wg uznania (to taki przepis na krem wg GNU:
- prawdziwki prosto z lasu ok. 400g
- cebula taka jak pięść
- dwie marchewki wielkości cienkich parówek (w sensie jedna marchewka objętościowo jak jedna parówka)
- dwa korzenie pietruszki wielkości takiej jak wyżej
- szklanka mleka (procentaż obojętny)
- pół szklanki śmietany (ja mam wioskową taką, że łyżka w niej stoi, ale 18% może być, byle nie kwaśna bardzo!
- 4 łyżki masła i troszkę oliwy
- 2 łyżki mąki (robiłem dla mojej żony, która jest na diecie bezglutenowej i jej mąka też się nadaje)
- 4 ziarenka angielskiego ziela, pieprz w młynku i sól. Nic więcej.
- aha! i jakieś pieczywo na grzanki, polecam wczorajszą bagietkę lub ciemny chleb.

Grzyby mają aromat, który idealnie rozpuszcza się w wodzie, stąd należy jak najlepiej oczyścić je mechanicznie, a myć krótko, bo cały ich ziemisty aromat trafi do odpływu zlewu. Pracę po kolei wykonałem tak:
1. do garnka nalałem 1.5 litra wody i wstawiłem na gaz. Wrzuciłem warzywa pokrojone jakoś nie bardzo drobno i 1/3 grzybów pokrojonych w takie grubsze paski (plastry). Dodałem za mało soli, ale myślę, że 1 łyżeczka na całość wystarczy (płaska). Dodałem od razu ziele angielskie i młynkiem pokręciłem kilka razy (z pieprzem). Gotować to należy 30 minut.
2. w tym czasie cebulę należy pokroić w kostkę i rzucić na roztopioną na patelni 1 łyżkę masła i mniej więcej tyle samo oliwy z oliwek. Na cichym ogniu zeszklić cebulę i dodać pocięte w paski pozostałe grzyby, razem podsmażyć to tak, aż grzyby staną się takie sflaczałe, ale nic nie może się przyrumienić! zniszczy to aromat grzybów, ostrożnie z gazem (w sensie zawsze i tu konkretnie).
3. Ponieważ gdy podsmażone grzyby już będą ok, a do końca pierwszego gotowania wywaru zostanie jeszcze z 5-7 minut, trzeba przygotować sobie grzanki, zapomnij o groszku ptysiowym, to dla troglodytów, którzy myślą, że jedzą wykwintnie. Grzanki robi się łatwo, ale też na małym ogniu i niewielkiej ilości oleju/oliwy. Nie na maśle, bo będzie miało zbyt intensywny aromat, jak się przypali.
4. Po 30 minutach gotowania wywaru można wyłowić same grzyby z wody, a do gotującego się wywaru dodać z patelni podsmażoną cebulkę z grzybami, gotować dalej.
5. Na uwolnionej od grzybów patelni (wytartej ręcznikiem papierowym) rozpuścić pozostałe masło, dodać odrobinę oliwy (wtedy masło nie przypali się od razu) i jak już się wszystko połączy i będzie jednorodne (oczywiście to nie apteka, nie musi być homogeniczne jak gliceryna) dodać mąkę i rozmieszać, wszystko delikatnie, byle nie zbrązowieć mąki (w sumie zasmażki). Gdy już mąka zacznie puchnąć, powoli dolać mleka i stale mieszać, zrobi się lekka zawiesina, którą należy wlać do gotującej się zupy i mieszać!
6. Wygląda na to, że masz taki stan rzeczy:
- zupa się gotuje i nie zostało już nic innych składników, z wyjątkiem śmietany
- na pierwszej patelni robią się grzanki
- druga jest już wolna od zasmażki
- masz gdzieś odłożone grzyby z gotowania wywaru
7. do końca gotowania masz jeszcze chwilę, przygotuj miejsce na postawienie garnka blisko ręcznego blendera. Obok postaw sobie szklankę ze śmietaną, przygotuj łyżkę czystą.
8. Jeśli minęło już 10 minut od dodania smażonych grzybów z cebulą to zdejmij zupę z ognia, zmiksuj wszystko w niej, powinna mieć beżowy kolor z ciemnymi centkami grzybów, konsystencję ciasta na naleśniki.
9. Teraz do szklanki ze śmietaną dodajesz 2 łyżki zupy, mieszasz w szklance i dodajesz znowu i dwie lub trzy łyżki i mieszasz i tak jeszcze ze 3 razy, i powoli już zahartowaną śmietanę dodajesz do gorącego kremu. Wrzucasz wyjęte wcześniej grzyby, zamieszasz parę razy i podajesz w ładnej zastawie udekorowane zieloną pietruszką, o której nie napisałem powyżej. Po mniej więcej 60 minutach od rozpoczęcia myślenia o tej zupie możesz już ją spożywać z grzankami.

W trakcie gotowania myślałem o vegecie, ale nie miałem jej w wersji bezglutenowej, więc dodałem pół łyżeczki pieprzu ziołowego. Nie polecam żadnych gotowych przypraw ogólnego zastosowania.

Potrawa jest bardzo delikatna w smaku, za dużo soli zabije jej aromat, więc dobrze jest uważać. Prawdziwki są na tyle szlachetne, że warto skupić się na tym, by jak najwięcej aromatu przekazały na podniebienie.

Miłego gotowania, bo sezon w pełni. Potrawa jest banalnie prosta, tylko opis jakiś taki strasznie długi, by dramatyzmu dodać.


wszystko, tylko nie nauka




Na finiszu mojej pracy dyplomowej, która jedna część już jest niemal gotowa, a druga prawie całkowicie wykończona, siedzę nad kartkami z historii fotografii i staram się coś wpakować do mojej głowy, ale nie mam na to już siły. Pogoda ładna, więc dużo z Synkiem bawimy się na dworze. Wczoraj byliśmy w ładnym miejscu w Oławie, chciałem mu (jako sympatykowi wielkich maszyn) pokazać barki pływające po Odrze, ale wysoki stan wody spowodował, że nic nie pływa. To przez moją ignorancję wobec serwisów informacyjnych i gazet. Mam za swoje. Skończyło się na pokazaniu elektrowni wodnej, kilku kanałów Odry i poszliśmy na "Piaski", staw po dawnej cegielni, gdzie często łowilem ryby czy po prostu z kuyznami jechaliśmy rowerami w spokoju zapalić papierocha i wypić piwo. Dawno to musiało być, bo wszystko pozarastane, a ścieżki, którymi chodziliśmy zarosłu całkiem niemałe dęby.

Dzisiaj rano byliśmy zrobić fotografię. Nie lubię pełnego słońca, ale jakoś tak ciekawie było. Synek w wózku, w koszyku synkowa torba z zapasową pieluchą, kremem, chusteczkami i buteką soku. No i statyw wystający dość mocno. Na ramieniu torba z aparatem. Obraz na matówce 4x5 cala robi na dziecku wrażenie. Odwrócony, wszystko nie tak, jak mu podpowiada rozum, ale widzi, że tu jest dźwig, to auto. Oczywiście w jego słowach to wszystko to "kombajn". Chyba podobają mu się te czary, szmata na głowie i kierowcy, którzy bojąc się, że to radar, jadą nagle bardzo przepisowo. Albo bardziej.

2010/09/02

dzień z tych dziwnych

Na trójkącie we Wro dalej jest dziwnie. Aż głupio zapisywać foty z małą kompresją.

Nie miałem pewności, czy to chudy bullmastiff, czy gruby amstaf. A to była suczka.

Soczek z rurką plastikową do picia i szklane rurki do palenia. Telefony na kartę i Rewia na ladzie. To zalążek hiphopu.

Takie miasto kontrastów.

Dzisiaj wydarzyła się bardzo ważna rzecz. Mój Syn nauczył się myć zęby. Tylko zaimast płukać buzię, połyka popłuczyny:). Wczoraj to była ciężka walka, z potem i łzami, dzisiaj czysta przyjeność. Odnoszę to do obrony mojego dyplomu. Do środy będzie pot i łzy (lub zły). Jestem ostro poddenerwowany. foty się podklejają, 5 wymaganych egzemplarzy teorii się oprawia. Wszystko się. Oby się obroniło.