2009/08/27


ten blog. a ten nie.


2009/08/25

tak jest











Kryzys, bezrobocie, dewaluacja wartości. Fotografowanie telefonem lub dzwonienie aparatem. Wyjazd na festyn lub festiwal w telewizorze.

2009/08/23

o 22:44 mogę powiedzieć: to był piękny dzień

Od dawna nie byłem sam z Żoną na zwykłej niedzielnej wycieczce za miasto. To tym bardziej jest smutne, że w mniej niż godzinę jazdy autem (nie łamiąc przepisów) jesteśmy w Górach Sowich. Dzisiaj pierwszy chyba raz nie byliśmy świadkami załamania pogody...

...przez co cały czas mieliśmy widok na Wielką Sowę...

...a idąc po łąkach i pastwiskach udało się znaleźć istne "gniazdo" z tą chronioną (i piękną) rośliną. To dziewięćsił bezłodygowy. Jak nie z tego świata.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się z Łagiewnikach, ale nieco się zawiedliśmy. Ot, był metalizowany grób.

Ale bliżej domu piękny kościół, w pięknym otoczeniu. I z chodnikami zrobionymi ze starych, poniemieckich grobów. Brawo. A Strzelin i granit za pół ceny tuż obok. I nie ma w dzisiejszym wpisie nic nadzwyczajnego. Ani nic super dla sztuki, ani opowiadania, ani super przekazu. Nic chodliwego w tych czasach - zwykłość.

2009/08/22


mój ulubiony budynek we Wrocławiu

2009/08/21

Jest takie pojęcie jak życiowa prawda. Życiową prawdą jest na przykład powiedzenie (dość kolokwialne i na wskroś wulgarne) o takiej treści: Kto się chujem urodził, skowronkiem nie umrze. Albo: biednemu zawsze wiatr w oczy. Taka mądrość.

Inną życiową prawdą jest to, że można być reporterem, albo można mieć być reporterem z szalem niezależnie od pogody. Szal gwarantuje dobry wizerunek. Szal pięknie się rozwija do słowa szalony. Szalony nie w złym słowa znaczeniu. Szalona może być miłość, szalone życie, porywające. Takie ma znaczenie szal.

Ze zjazdu na zjazd szkoły, przybywa noszących szal. W mediach co więcej informacji o fotografach, to nie mieć szalu staje się obciachem. Jak przyjechał na spotkanie jedyny czeski członek agencji VII, to miał szal i co chwilę wtrącał: you know..., a czasem ...anyway. Wielka postać, a skończyło się tak, że ludzie wyszli z żalem ze spotkania. W kiblu zawisła fotka (taka tradycja wernisażu jednego zdjęcia) wykonana temuż bohaterowi w czasie, gdy w nim był. Z podpisem: XX (tu imię i nazwisko bohatera), world famous photographer got his fucking piss here.

Życie jest tak urządzone, że na olimpiadach czasem sędziowie mają wątpliwości, czy biegaczka bijąca rekord nie jest facetem. W Polsce akcja taka się zdarzyła w latach sześćdziesiątych. Medal chyba cofnięto o ile pamiętam, a lekkoatletka okazała się być obojnakiem.

Feministki żądają równych praw. Dobra. Niech kobiety biegają razem z facetami. Albo mieszane drużyny futbolowe. Absurd. Stąd moim zdaniem feminizm jest idiotyzmem. Prosta logika może zabić każdą wzniosłą ideę. Tym bardziej, gdy od środka zaczyna w tej idei działać. Stąd bycie feministką budzi teraz uśmiech. Podobnie jak być artystą.

Życie też doprowadziło, że więcej zarabia fotograf ślubny w jeden weekend niż reporter wojenny po powrocie z rejonu konfliktu i sprzedanym materiałem. Gazety publikują (wyszło mi przez pomyłkę: bublikują - błąd, a jaki prawdziwy) dużo kiepskich fot. Dużo jest fotografów. Dużo jest szkół. Po szkole dużo jest artystów w szalach. A jak jest duża podaż, a popyt maleje - ceny spadają. Duża podaż w teorii ma doprowadzić do podnoszenia jakości przez wzrost konkurencji. Życie pokazuje, że czasem prosta logika zawodzi.

Nawet mnie.

Wpadliśmy wczoraj z kolegą na pomysł, by zrobić olimpiadę taką wszechsportową. Wszystkie dyscypliny na jednej płycie boiska. Każdy z każdym w swojej specjalizacji. Mecz absolutny. Piłkarze, szachiści, dżokeje, ciężarowcy, judocy, biatloniści, a z autów wyrzucają łucznicy i szermierze. Wygrywa trzech, którzy przeżyją. Włącznie z końmi. Równość, to równość.

A na trybunach jedwabne szaliki powiewające nad rzędem białych elek.

2009/08/20

śmierć balona. zwłoki na stacji kolejowej. tak się kończy patos.

2009/08/18

mam boskie oczy

Dostałem dzisiaj prezent. Ciemne okulary, tzw lennonki. Mają ciemne szkła, a w nich metodą jakąś nowoczesną (hologramową??) narysowana postać Chrystusa. Chciało by się rzec: Rany Boskie!. Tak, tak nawet powinno się rzec. Zapytałem, jak prezentująca mi je osoba stała się ich posiadaczem. Odpowiedź bardzo adekwatna do powyższego zawołania. Otóż na jednej z podwrocławskich wsi do szkoły ksiądz przyniósł tych bryli pewną ilość. Chciał, by trafiły one do dzieci. Dyrektorka nie zgodziła się na to i jakoś te wzorowane na Lennonie oprawki dla świętych obrazków wypłynęły i jedne z nich mam ja. Dzisiaj na onecie czytałem, że Kościół liczy ilość strat. Że i tak na tle Zachodniej Europy jest super (bo np. Niemcy mogą o takim procencie wiernych pomarzyć), ale sumarycznie jest tragicznie. Z tymi brylami było by jeszcze bardziej, bo dzieci wpadały by pod auta. W tych brylach nic nie widać. Tak nawracane dziatki cierpiały by też na poważne wady wzroku, bo nie da się zakomodować oczu w jednym punkcie. Ale za to wiem już jak świat widzi osoba po kwasie, bo nigdy go nie brałem, ale tak z opisów to wyglądało dość blisko.

Ile w tym symboliki. Ksiądz do szkoły niesie bryle. Ciemne bryle - bo to lans (przed 1998 rokiem nazywano to szpanem). Bryle w formie nawiązują do ikony Lennona, a jednocześnie do Chrystusa - podstawy wiary. Połączone razem dają efekt jak po kwasie.

Szanowny anonimowy księże, to chyba nie jest najlepszy sposób na wzrost ilości powołań czy obniżenie średniej wieku wiernych.

Przeczytałem też na onecie coś, o czym myślę od dawna. Otóż Polacy stają się wierni wtedy, gdy wszystko inne zawodzi. Zabór, okupacja, komuna. Niemoc daje moc Bogu. Kończy się zniewolenie, Bóg idzie w kąt. Dlatego w Czechosłowacji kościoły były zabite deskami. U nas, gdyby tak zrobiło SB, to 1989 rok zdarzyłby się w dwa dni po takiej akcji.

Na prawdę, jesteśmy wielce dziwnym narodem.

Ale jeszcze dziwniejsze mamy lipy na wioskach.


Tak koledzy od piwa pod sklepem urządzili swojego piwnego kompana. To ładny obrazek.

2009/08/17


Wymyśliłem dzisiaj nazwę dla swojej firmy, którą jak dobrze będzie - to odpalę w połowie września. Nazwę znalazłem po dobrych dwóch godzinach walki w poszukiwaniu wolnej domeny.

Obrazek z kategorii trudnych landszaftów wykonany wczoraj na rewerowym spacerze. Rower teraz traktuję jako nagrodę za codzinne bieganie. Od poniedziałku do soboty biegam, w niedzielę - rower.

Słowem na dzisiaj jest wyraz "dystans". Dystans jest bardzo ważny i widzę po odbiorze trudnego landszaftu, jak mało go jest w narodzie (dystansu). Oby było więcej.

W ramach uśmiercania Lokalnego Artysty poprosiłem kilku zaprzyjaźniony... muszę kończyć. Burza.

2009/08/14

Drezno | Dresden | foty z 2005 roku.



...w którym chciałbym na stałe żyć. to nie kwestia lepszych perspektyw, lepszych ludzi itp. po prostu jest dla mnie doskonałe. czyste. jest duże, a nie ma w nim ludzi. jest podobne do Wrocławia, ale czyste ma lepsze drogi. jest Zachodnie, a jakoś czuć w nim jeszcze Wschód. dawno temu z Andrzejem Marczukiem rozmawialiśmy, że gdzie się nie wyjedzie z Polski, to światło jest ciekawsze, niż to w kraju. zauważyłem nie raz. do Drezna (bo o nim mowa) mam trzy godziny jazdy autem. żal mi być tam tak rzadko. ale to pozwala zauważyć lawinowe zmiany. kiedyś, w czasach DDR'u żyło tam 700 tyś. mieszkańców. teraz jest ponad połowa mniej. blokowiska i osiedla (tzw Nowe Budownictwo) zamiast się rozrastać, są wyburzane. jaka piękna alegoria do Einstuerzenden Neubauten? i masa zabytków, architektury godnej stolicy jak Budapeszt czy Praga. magia na każdym kroku. ja lubię stare willowe dzielnice. takie podobne jeszcze do Ołtaszyna czy Krzyków. część domów opuszczona i zarośnięte parcele i dizajnerskie budki telefoniczne T-Online. Mury rodem z sowieckich koszar jako tło dla Bentley'ów czy Phaeton'ów, produkowanych tu w szklanej fabryce, która powstała chyba dlatego, że Ferdynandowi Piechowi spodobał się film Charlie i fabryka czekolady. Parowce na rzece i piękne okolice. to chyba miejsce dla mnie. i antykwariat z dwoma egzemplarzami Unformen... Blossfeldta.

2009/08/13

objawienie na mieście


Nie, nie w kubku kawy z makdonaldsa. Nie w rozsypanych kryształach cukru, nie w plamie z kapiącego gorącego nadzienia ciastka jabłkowego. Dzisiejszy wpis nie ma nic wspólnego z cynizmem, dowcipem, drwiną. Jest po prostu o egzystencji i nowej formie jej określenia.

Olśnienie zdarzyło się na jednym z przystanków tramwajowych na ulicy Stawowej we Wrocławiu. We wbudowanym w wiatę city-light'cie umieszczono plakat reklamujący nowy telefon telekomunikacyjnego giganta ze Skandynawii. No i wyszła z tego plakatu prawda, napisana i stworzona przez nie rozumiejącego tego co pisze copywritera i art directora, nie rozumiejącego tego co czyta klienta, dla nie rozumiejącego w dużej mierze konsumenta (targetu).

Objawione hasło brzmi: Życie toczy się w sieci.

Poszukiwania moje, a przede mną całej ludzkości, pytanie o sens, a przy jego braku zasłanianie się pierwiastkiem Boskości - spłonęły. Na nic Epikur, Kant, Kołakowski. Na nic poszukiwania - choć to brzmi pompatycznie - samego siebie. Na nic Obrazowy Terroryzm.

Kiedyś Efa napisała do mnie coś, co brzmiało mnie więcej tak (w wolnym tłumaczeniu z czeskiego): "Wiesz, my przyjaźnimy się tylko na Facebook'u, a w rzeczywistości nie zamieniliśmy ze sobą słowa i nie powiedzieliśmy sobie cześć." A znamy się z widzenia w szkole. To pierwsze potwierdzenie powyższego hasła, chociaż już tak nie jest i teraz się z tego śmiejemy. Ale cała masa wydarzeń potwierdza to, że niektórzy są aktywni lub wyszczekani w sieci, a gapowaci i zamknięci w Rzeczywistości i nie mogą nawiązać lub utrzymać rozmowy.

Innym razem na tymże Facebook'u poprosił mnie o włączenie do swoich kontaktów pewien człowiek, Tomasz Jakub Jakoś Dalej Nie Pamiętam. W życiu go nie widziałem na oczy. W życiu o nim wcześniej nie słyszałem. Po co? Nie wiem.

Doszło do takiego etapu, że nie odosobnione są przypadki posiadania na koncie 1000 znajomych, albo i pewnie więcej. Ale to w sieci. Ilu w rzeczywistości ich masz? Ale po co Rzeczywistość, skoro "życie toczy się w sieci", w której ma się ileś żyć (lives) lub określoną "strenght" lub "shield". Możesz wpisać kod lub wysłać sms i masz tryb "Godlike". Sieć upraszcza, bo mimo całej masy informacji, w sieci nie ma Śmierci. Sieć odwraca uwagę (mimo tysięcy stron o tym) od umierania, od tego, że każdy bez wyjątku ma skończony czas. I po napisie Game Over nie będzie możliwości Recovery. Nie będzie Start New Game.

Okazało się, że forma, jaką obrałem tu, nie ma racji bytu. Nie mam zamiaru wywarzać otwartych (choćby nieświadomie) drzwi.

2009/08/12



Taki trybjut dla Rogera Ballena:>

2009/08/11

Castle Party 2009 - vol. I
















Taki mały upload. Wielką było przyjemnością tam być, ale nie uda mi się już stworzyć takiego materiały, jaki zrealizowałem tam dwa lata wcześniej. Dość kontrowersyjnego, przez jednych uznawanego za słaby, a przez drugi za odkrywczy. Ja miałem w nosie to, czy on będzie taki czy taki. Po prostu chciałem odrobić zadanie domowe, a że wyszło coś, co moim zdaniem jest dobre i łączące kilka rzeczy w jednej, to nawet lepiej dla mnie.

W tym roku było dla mnie mniej egzotycznie. Pogoda oczywiście nie zawiodła, czyli była do dupy. Z domu wyjechałem w sandałach i spodenkach, na miejscu bardziej w cenie były drelichy i wodery.

Co do samych obrazów, łapałem i pracowałem na nieco "na siłę" inaczej niż wcześniej. Nie zrobiłem nic super wielkiego, ale parę fajnych detali, które "rzuciły mnie się na oczy".

To dopiero połowa negatywów zeskanowana (bo połowa wywołana, czyli dwa "małe obrazki"), w poczekalni jeszcze kilka filmów z eRBe.

2009/08/10

wywołanie

To były bardzo dobre dwa tygodnie.

Trwa wywoływanie materiału z Castle Party, zajmuje mi to dość sporo czasu, nie mogę się zebrać i tego zrobić za jednym posiedzeniem. Wydaje mi się, że to jest dość męczące, to wywoływanie. Chyba potrzebuję się odchamić i posiedzieć w ciemni. Wczoraj pierwszy raz od dawna przewołałem film. Jest do skopiowania, ale nie jest taki idealny, jak wszystkie pozostałe.

Odkryłem niedawno, dlaczego niektórzy, mimo nowych technologii dalej grzebią się w E-6 czy C-41. Proste. Bo nad fotami z cyfry też trzeba posiedzieć, a jak ma się wywołany slajd, to co się pozmienia? Nic. Rzeczywistość jest taka, że ma się niepodatny na manipulacje obraz rzeczywistości, która się zarejestrowała, a nie rzeczywistości, która była w tym momencie przed obiektywem. Cyfrak robi to samo, ale kręcąc suwaczkami i manipulując pokrętłami nigdy nie wiem, czy ta Rzeczywistość już jest Rzeczywistością, czy jeszcze nie, bo oczy już dawno nie pamiętają tamtej Rzeczywistości.

2009/08/07

dzisiaj

dzisiaj zrobiłem trzy zdjęcia. wczoraj zrobiłem ich siedem. trzy plus siedem daje dziesięć. nie pokażę żadnego [zdjęcia], bo musi zostać wywołany film. film będzie wywołany w poniedziałek. we wtorek go zeskanuję. wcześniej będę walczyć, bo nie mogę od dziesięciu lat przekonać pana od wywoływania filmów, by te z nich, które są naświetlone w formacie sześć na siedem lub sześć na osiem były cięte w dwuobrazowe odcinki. zawsze tnie w kolejności "dwa" "trzy" "trzy" "dwa", a ja muszę to rozcinać, bo ramki skanera - czy to nikon czy epson - przyjmują w tym formacie tylko po dwie klatki. nie mam już siły. chyba postawię sprawę jakoś jasno. na przykład dopłacę do tego jakbym wywoływał push plus jeden, czyli plus pięćdziesiąt procent ceny regularnej.

fotografowałem na działkach. był już zimowy film pierwszego lutego tego roku. był set wiosenny pod koniec kwietnia. teraz był set letni.

chciałem napisać dzisiejszy wpis bez użycia samogłosek, ale to trudniejsze niż pisanie z nimi, więc napisałem jak jest. ale tak się dzisiaj właśnie czuję. taki bez samogłosek. ale i bez wielkich liter. skoro dochodzi do uproszczeń, że przestaje się używać regionalnej diakrytyki, to dlaczego by nie wywalić z użycia samogłosek? ile by to przyniosło oszczędności w każdej dziedzinie życia.

2009/08/06

pierwsza ofiara śmertelna momentu przejścia

dzisiaj z wujkiem, który zna się na zwierzętach, ostrzykiwaliśmy prosię. Prosię będzie skonsumowane po upieczeniu w sobotę. W sobotę mój Syn stanie się Chrześcijaninem. Taka tradycja. Ponieważ Chrześcijaństwo lubi krwawe jatki (po inkwizycji, wojnach krzyżowych, paleniu czarownic itd), my upieczemy prosię. Jestem krok bliżej stania się trawożercą. Krok wstecz jednak wywołuje wspomnienie vege-żarcia na Beczwie.

2009/08/05

prawdy nie da się zamalować


Pierwszy po wojnie zakład fotograficzny. Człowiek historia. Pan Silski. Moja mama opowiadała mi, że robił dużo zdjęć Oławian. Portretów. Ale nie miał chyba ambicji, by istnieć w tzw. świecie. Po prostu robił swoje. Zawsze chciałem przejąć taki zakład z historią i tradycjami. Zanim się zorientowałem, zmienił się w lodziarnię. Ale jak to już kilka razy dowodziłem, prawdy nie da się zamalować (za Mariuszem Piesiewiczem).


2009/08/03

Oder oder Odra

W duszną niedzielę (2.8.2009) byliśmy popływać statkiem po Odrze i z tej perspektywy poznawać dawno już znane miejsca. Bilet może zmylić, nie płynęliśmy z Gliwic, a szkoda. Statek ruszył o 16.00 z przystani przy Moście Zwierzynieckim w kurs trwający 75 minut, z czego 25 minut spędził w śluzie. Dopłynął do Hali Targowej i zawrócił. Byłem bardziej zawiedziony niż wszystkie dzieci na pokładzie. Mikołaj nie był zawiedziony, ale podrywał dwa razy od siebie starsze dziewczyny, już takie chodzące dwunastomiesięczne.

Upał był cięższy od najcięższego jaki poznałem z życiu (Serbia, sierpień 2003 rok, godzina 12.00 - 20.00 na zablokowanej rolniczym protestem autostradzie).

Zrobiłem zdjęcie, które spokojnie można by opisać w nowym numerze jakiejś prasy dla sprzętowców. Zawsze chciałem je zrobić, ale krzaki mi nie pozwalały. A ze statku pełen luz. Jeśli w trakcie rejsu ktoś liczy na większe atrakcje, to może się zawieźć. Fajne jest to, że ludzie, którzy jadąc na przystań pokazują sobie faki na skrzyżowaniach, to jak się mijają na statkach to machają do siebie z pełnym szczerości oddaniem. To takie... morskie.

Dwu-zdjęciowa montowana panorama.
Nie ma ładniejszego widoku na Ostrów Tumski od tego.

Zrobiłem też kilka innych fotek, takich ambitnych, ale ich nie wrzucę. W niedzielę było tak duszno i gorąco, a obok mnie były takie dyskusje o wyższości aparatów analogowych nad cyfrowymi (i odwrotnie), że mnie to odmóżdżyło i nie jestem od tamtej pory w stanie wspiąć się wyżej. Kurwa, komu chce się o takich rzeczach gadać, w taki upał przez 75 minut rejsu trzech mostów... Pewnie jeden to jakiś XxxXxx_86 a drugi am_nachtwey1978 z pl.rec.foto.

2009/08/02

Turawa upada

Antoninek.

Pirat.

Uduszone młode sandacze.

Drzewo i polipropylen albo polietylen.

Jelenie.

Poranek.

Zoo.

Od lat ta sama świetlica.

Od lat ta sama tabliczka.

Wojskowy.

Druga strona.

Zoo.

Bardzo ważne drzewo.

Mały kuter rocznik 2008.

Martwa.

Harcerski.

Kucharz.

Na drzewie recepta na długie życie.

Relaks(x).

Sikdrzewo.

W piątek wróciłem po raz już chyba trzydziesty z Turawy. Nie ma roku na przestrzeni ostatniej dekady, by mnie tam nie było choć na chwilę, tak jak to było w 2008 roku. Wtedy miałem wrażenie, że ten turystyczny moloch opolszczyzny zaczyna odżywać, że coś się dzieje za tą zasłoną ze smrodu gnijących glonów, zarastającej plaży i butwiejących ośrodków.

Turawa to dla mnie miejsce sentymentalne, pierwsze wakacje w życiu. 1981 rok, 1982 rok, 1983 rok, potem 1992 rok, 1993 rok, 1994 rok, 1995 rok - przerwa - i dwa razy 1999 rok, 2000 rok, 2001 rok - też dwa razy, 2002 rok, 2003 rok, 2004 rok, 2006 rok, 2007 rok, 2008 rok, 2009 rok. Znam każdy kąt, każdy zakamarek. Za każdym razem od kilku lat widzę, jak umiera. Najpierw stołówka, która później zamieniła się z dyskotekę, potem Ośrodek Wojskowy, który zawsze tętnił życiem, a teraz AMW chce go sprzedać po tym, jak stał nieużywany kilka lat. W całości. A my tam przez płot zaglądaliśmy, jakie tam mieli imprezy i możliwości. Półwysep Harcerski też szlag trafił. Najpierw około 1999 roku zawaliły się schody do wody (takie szerokie na 10 metrów), a teraz stoi już pusty. Nie wiem co stało się z wielkim (jak na jezioro) żaglowcem, ale też go nie ma. Knajpy zawsze pełne ludzi jakieś takie zabiedzone. Gruby niesympatyczny właściciel jednej z nich zrobił się chudy u skromny. Zawsze miał sezonowo bandę pracowników, teraz chyba ze 3 osoby w sumie mu pomagały. Wczasowej nie ma i nie ma pierwszego baru, w którym w 1993 roku można było zjeść gyros. Na drugą stronę (na brzeg południowy) bałem się jechać, by nie przekonać się, co tam się stało gorszego. W tym dziwnym smutku jeden dzień spędziliśmy w opolskim zoo, ale nastrój ciągnął się za mną dalej.

Chciałem spędzić cichy urlop, wesoły, pierwszy z moim synem. Koło się niemal zamknęło. A dokładniej wyobrażam sobie, że zamknie się wtedy, gdy tak jak ja wysika się pod pewnym drzewem na plaży. Drzewo jak pomnik, nie zmieniło się prawie nic. To to tuż nad tekstem, takie rozłożyste.

I doszliśmy do wniosku, że już nie mamy jak kiedyś, że było nam obojętne, w jakim śpimy ośrodku, jakie jest łóżko, jak wygląda łazienka itd. Teraz już nam się chce normalnych, czyli dobrych warunków. Nad jeziorem, w którym jest zakaz kąpieli, a woda śmierdzi - trzeba płacić 40 zł za osobodobę bez jedzenia i to w kiepskim standardzie. W wysokim z kolei w górach Kotliny Kłodzkiej wychodzi po 45 zł za osobodobę, a jest oberdobrze. Można powiedzieć, że nad martwym jeziorem jest cisza, ale nie różni się ona od tej w tej chwili za oknem, gdzie temperatura sięga już 33 stopni. To martwa cisza. Chyba czas odciąć się od Turawy, przynajmniej na jakiś czas.


Aparat ukradłem Gosi i co dzień rano tłukłem nim foty. Jestem uzależniony. Wojciech Bruszewski pisał w swojej książce, że są dwa rodzaje fotografowania: do aparatu i do mózgu. U mnie nie ma możliwości rozerwania jednego
od drugiego.

Przy okazji przemyśliwałem, jak dobrze mieć aparat taki, który daje się idealnie połączyć z mózgiem. Na minionym Castle Party fociłem pożyczonym Nikonem F4. To właśnie taki ideał, zapominałem, że mam ręce na drodze mózg-aparat. Po prostu maszyna idealna. Miałem swojego F3, miałem F5 i F100 z wysokich półek, ale nie miałem swojego F4, a to na prawdę najlepszy mały obrazek, jakim fotografowałem. Jutro wywołam filmy z imprezy. W takiej aurze szybko wyschnął. :)

Ale koniec końców i tak było dobrze. Pierwszy urlop, na który nie zabrałem swoich aparatów, ani roweru. Choć tylko pięciodniowy, ale przeczytałem dobrą książkę i poznałem egzotyczne relacje partnerskie obywateli innych krajów Europy.

A wczoraj zadzwonił do mnie mój przyjaciel i zaczął mówić, że "kiedyś po pijaku gadaliśmy o tym, i ty się zgodziłeś" itd. Na początku bylem nieco zmnieszany, ale okazało się, że będę świadkiem na hipotetycznym ślubie. Ale nia ma jeszcze daty. To miłe, bo nigdy nie byłem świadkiem ani ojcem chrzestnym (krzestnym).