2008/09/29

Pozdrowienia z Czech. Sobotnie.

Dzisiejszy post to jak najbardziej post sobotni, bo o sobotnich wydarzeniach. Jednak nałożyły się na sobotę aż dwa ważne wydarzenia i jedno z nich miało pierwszeństwo prze drugim. Drugim, czyli tym. Ale zdjęcie z tego wydarzenia tu i teraz opisywanego (no ja opisuję, ale Ty czytasz, więc: teraz czytanego) zostało użyte do ilustracji wydarzeń sobotnich opisanych w sobotę.

W każdym razie dzisiaj jest poniedziałek i po prostu w końcu mam chwilę czasu i mogę opisać, co było w sobotę. Było niesamowicie. Tuż przed południem zapakowaliśmy się z Gosią do auta wraz z naszą Sunią i kilkoma torbami mojego sprzętu. Przed wyjściem na na google wyznaczyliśmy sobie trasę, by była maksymalnie widokowa z auta, bo Gosi już ciężko chodzić (no, jej w górach co by nie było to jest ciężko chodzić). Nie chcieliśmy jechać znowu tylko w Góry Sowie, bo już przejechaliśmy je na wiele sposobów. Wybraliśmy Brumow (Broumov) jako cel podróży. No, dla mnie to ważne miasto, tam zakończył się pierwszy tom Trylogii Husyckiej Sapkowskiego. Jednak mi widok, jaki ukazał się Reynevanowi przyćmiło co innego:


To może zabrzmieć dziwacznie, że umieszczam jako pierwsze zdjęcie z wystawy sklepowej, ale chyba ludzie mojego pokolenia rozumieją, ile te postacie mogą znaczyć. Nie mogłem ich nabyć, bo sklep był już zamknięty. Można go znaleźć na północnej pierzei Broumov'skiego rynku po drodze do klasztoru. Klasztoru nie zwiedziłem, bo już było dość późno, ale co ma wisieć - nie utonie. Za tydzień lub dwa wpadniemy tam z Olejniczakiem i to będzie tak ważne wydarzenie na trzecie tysiąclecie, jak najazd husytów w trzeciej dekadzie XV w. No, nie będziemy nabijać opatów na pal.

Jak przystało na odwiedziny w Republice Czeskiej, musiałem zauważyć coś, co w naszym, polskim kraju się rzadko zdarza. Pierwsze to krasnal na wieży kościoła Piotra i Pawła:


Nie wiem jak to skomentować, ale poszukam w sieci, o co chodzi. No nigdy czegoś podobnego nie widziałem. Nie pokażę póki co jak wyglądało wejście do klasztoru, bo nie zrobiłem zdjęcie, które by to dobrze pokazało. Może kolejnym razem. W każdym razie warto zobaczyć, jednak może ktoś zrobi z tego miejsca lepsze fotografie. Takie wiecie, jak z pleneru szkolnego. Łażąc po rynku Broumova (jak trzeci raz przechodziłem koło sklepu z sąsiadami) spotkałem panią prowadzoną przed dwa szpice. Trzymały ją na smyczy za rękę, a w drugą wsadziły jej klatkę ze swoimi czterema szczeniakami. Psy mnie chciały zjeść. Pani nie.


Po drodze do Broumova minęliśmy tak piękne miejsca, że zapierało dech w piersiach. Widać było Góry Stołowe, klasztor z daleka też robi niesamowite wrażenie i gdyby nie słupy energetyczne, to może mógłbym widzieć to, co wspomniany wczęśniej Raimar von Bielau. Wcześniej w Nowej Rudzie zafundowaliśmy sobie mały spacer. Byłem tam pierwszy raz, ale też polecam. Jest tam biednie, ale tak pięknie. Nie udało mi się zobaczyć wiaduktu kolejowego (jeden też piękny jest tuż przy przejściu granicznym w Tłumaczowie). Ale udało mi się streścić, co się dzieje w Nowej Rudzie na jednej fotce.


W Nowej Rudzie trzeba chodzić powoli i mieć oczy dookoła głowy. Piękne rzeczy kryją się na fasadach budynków w najmniej spodziewanych momentach. Zobaczysz dziwną klamkę w bramie lub dziwną bramę - zobacz na portal nad wejściem. Może zobaczysz taką piękną historię zaklętą w kamieniu:


A może nie. Może w poszukiwaniu pięknych historii wcale nie trzeba oddalać się od domu? Może piękne historie są tuż obok? Owszem są, ale czasem potrzeba dystansu, by dostrzec wyjątkowość codzienności obok siebie.

Na koniec Gosia. Jakoś wytrzymała mimo powiększającego się brzucha z prędkością rozszerzającego się Wszechświata. W sumie to w środku rodzi się - tworzy i kształtuje taki mały Wszechświat. Nasz taki. Jeszcze cztery miesiące do Wielkiego Wybuchu.


Nie cierpię tego D700. Ten obiektyw w nim jest straszny. Może gdyby był inny, jakieś 35/2 albo 50 jasna, to by było milej. Ale tak to jest padaka. Na prawdę, nie wierzę, że ktoś w ogóle podczas projektowania tego korpusu brał pod uwagę ergonomię. Fakt, że ma świetne ustawienie ostrości. Ale czy to ma być plus wśród aparatów z automatycznym ustawieniem ostrości?

Polecam Broumov i okolice. Polecam małą wycieczkę przez Nową Rudę i na koniec pstrąg w Lasocinie. Taki dzień jest po prostu dobrą sobotą. Z dobrym planem, w świetnym towarzystwie i z miłym zakończeniem.

2008/09/27

W powietrzu

Minęły cztery lata gdy cztery lata młodszy niż dzisiaj dwudziestopięciolatek wsiadł na dworcu głównym we Wrocławiu do autobusu, który miał go zawieźć do Namysłowa. Niecały tydzień dzielił do go ślubu, na który czekał od ponad roku. To Oławianin. Dlaczego jedzie więc do Namysłowa przez Wrocław? To nie największy problem tego dnia. Większym było to, że rano nie zdążył - bo i nie miał możliwości - odwiedzić mamy w szpitalu, która znacznie gorzej czuła się po ostatniej chemii. Sam jechał do szpitala - bo znajomy lekarz mu pomógł - dowiedzieć się, co się dzieje w jego głowie, która rzuca nim co chwilę. To był piękny słoneczny dzień początku jesieni. Autobus jechał bocznymi drogami i Oławianin po prostu chwilami nie myślał oślepiany przez nisko wiszące nad horyzontem wrześniowe słońce, co było dla niego zbawienne, bo myśli kotłowały się wokół strachów. Na oddziale w Namysłowie tuż po tym, jak dowiedział się, że musi jechać na tomograf, by zaglądnąć do jego głowy zadzwonił telefon, po którym - choć bardzo chciał i zawsze myślał, że inaczej nie zareaguje - nie rozpłakał się. To był jeden dzień kiedy nie mógł odwiedzić mamy. I to mógł być ostatni, kiedy mógł ją zobaczyć.

Minęły cztery lata i Oławianin wie, że czas wcale nie leczy ran. Czas tylko maskuje blizny.

Dzisiaj Oławianin był w pięknym miejscu. Lokalny Artysta i Wojtek Sienkiewicz też. I żona, i syn, który wkrótce przyjdzie na świat. I Sunia. Mama też gdzieś tam była. W każdym żółtym liściu połyskującym w promieniach słońca, w każdym głębokim wdechu 1000 m n.p.m., w każdym ciasnym zakręcie, za każdym zaułkiem w Broumovie.

2008/09/24

Poland Only - Dramat.




Bohaterowie dramatu:
1. Lokalny Artysta - Wojtek Sienkiewicz
2. Urzędnik z Opola - Edyta B.
3. Ciało konkursu fotograficznego Domu Europejskiego - Regionalnego Centrum Informacji Europejskiej przy Fundacji Rozwoju Śląska oraz Wspierania Inicjatyw Lokalnych w Opolu

Miejsce dramatu: Poczta Google - Gmail.

Temat: Wiele kultur - jedna Europa

Lokalny Artysta, Wojtek Sienkiewicz wyczytał gdzieś w sieci o konkursie "Wiele kultur - jedna Europa" i od razu zakminił, że jego cykl realizowany wespół z kilkoma pomocnikami oświetlenia i mentalnymi wspieraczami, spełnia idealnie wymogi ww konkursu. Co jest jego tematem, to wydaje się być jasne już z samego tytułu, więc nie będziemy niepotrzebnie wydłużać wpisu. Poszły zdjęcia z cyklu Autobiografia - Ludzie po drodze, które jak większość z Was wie funkcjonują wyłącznie z odręcznymi podpisami - inaczej jest w sieci ze względu na ograniczenia techniczne - jednak jak każdy niemal mój czytelnik wie, cykl Autobiografia to zestaw obrazów składających się z fotografii i odręcznego opisu. Tak jak obraz olejny składa się z płótna, gruntu, podkładu, farby olejnej.

Wczoraj zadzwoniła pani z instytucji organizującej konkurs i powiedziała do L.A., że wygrał. Fajnie, nawet mimo tego, że to konkurs bez nagród, ale fajnie. Poprosiła też o to, by zdjęcia przygotować bez ramek i opisów(!). L.A odpisał jej via e-mail, ze to niemożliwe, że są pewne założenia itp.

Dzisiaj rano Lokalny odebrał maila od p. Edyty:

[...]Jeżeli to nie zakłóci proporcji i nie zniszczy zdjęcia, to zostaną one wycięte z przygotowanych przez Pana ramek. Opis zostanie dołączony w konwencji takiej samej, jak w całej wystawie. Przykro mi, ale z formalnego punktu widzenia Pana zdjęcia miały być wykluczone z konkursu właśnie z powodu niespełnienia wymogów (pisałam już o tym wcześniej do Pana). Jednak zdjęcia bardzo mi się podobały i wycięłam jej do prezentacji pokazywanej jurorom. Teraz też tak muszę zrobić. Jeżeli Pan się nie zgadza, to nie będziemy po prostu prezentować Pana zdjęć.[...]

Czy ktoś ma jakieś uwagi?

Nie chodzi mi już o to, że p. B. ingerowała w prace. Jestem tylko ciekaw - nie porównując oczywiście rangi LA do np. Giacomettiego, ale czy jakby przyszły jego rzeźby na konkurs, to może by je na szybko spolerowała, bo jakieś takie one są niegładkie...

Przydatne linki:
Strona konkursu tu.
Przykładowa realizacja tu.

No i chyba jasne jest, że L.A. nie weźmie udziału w dekonstrukcji własnej pracy. A była szansa pokazać zwykłym ludziom, jak wyglądają inni zwykli ludzie. A tak dalej żyją w świadomości mając Kasię Cichopek za swoją dawno niewidzianą kuzynkę.

2008/09/23

Poland Only


Nie ma jak niedziela pod komisariatem Policji w Oławie w ubiegłą niedzielę w porze obiadowej. Fota umieszczona powyżej oczywiście obiegła światowe zasoby sieciowe prędkością błyskawicy i siłą rażenia gromu (Gromu?). Nie ma się więc co dziwić, że wraz za nią rozeszły się w świat oświadczenia MSW, których fragment cytowany jest poniżej.

-------------------------------------------------------------------------------

OŚWIADCZENIE*

Rzecznik prasowy Komendy Powiatowej Policji w Oławie oświadcza, iż bijące rekordy popularności zdjęcie mężczyzny w stanie wskazującym na spożycie alkoholu nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. W wybitnie jasny sposób ukazana jest na nim stronniczość przypadkowego przychodnia wyposażonego w aparat Nikon D700, który, jak donosi blog Lokalnego Artysty, jest zbyt skomplikowanym w obsłudze narzędziem, by rejestrować rzeczywistość w sposób bezpośredni. Na podstawie wyspecjalizowanych for fotograficznych wiemy, że ta sytuacja mogła się nigdy nie wydarzyć, a Nikon D700 mógł mieć wadliwe oprogramowanie typu FIRMWARE, które dokonało ingerencji w plik obrazowy dając w efekcie obraz rzeczywistości, która nie miała i nie mogła mieć miejsca.

Porucznik Roman
-------------------------------------------------------------------------------

Jednak nie minęło kilka kwadransów, a w sieci pojawiło się kolejne oświadczenie, które odwołało poprzednie. Okazało się, że pomimo tego, że Nikon D700 na prawdę jest w stanie rejestrować rzeczywistość nieistniejącą, to tym razem tego nie zrobił. Porucznik Roman (Marek Roman) tłumaczy w nim, iż bohater powyższej fotografii zasłabł, gdyż ze skrzynki z zaworem gazu ulatniał się właśnie gaz, który doprowadził do chwilowej utraty przytomności przypadkowego przechodnia.

* Cała sytuacja opisana w poście została wymyślona. Wszelka zbieżność nazwisk jest przypadkowa. Bardzo szanują Oławską Policję, która wiele razy już mi pomogła. Na prawdę, to złoci ludzie. Muszę pisać powoli gwiazdki, bo nigdy nie wiadomo, kto co wpisze w google i potem nie doczyta reszty podniesie raban.

2008/09/22

Będzie syn - jest problem.


Będzie syn. W sobotę byliśmy na USG, pan Doktor-Operator stwierdził, że to chłop się rozwija w brzuchu mojej żony. Czy mnie to bardziej cieszy? Nie. Czy mnie to smuci? Nie. Cieszy mnie to, że jest zdrowe i mam nadzieję, że tak będzie. Problem jest innej natury. Otóż dla dziewuchy mieliśmy już gotowe imię (po 483545 wieczorach spędzonych na szukaniu kompromisu). Miała być Paulina. Teraz Gosia chce Mikołaja. Ja średnio. Ma ktoś lepszy pomysł? A może umysł mojego syna już dawno siedzi na bloggerze i może sam coś wpisze?

2008/09/19

Fotograf nerwicowiec na dogoterapii


Lokalny Artysta w czwartkowe popołudnie zapakował się do muchowozu* po pracy i przeleciał koło Mostu Trzebnickiego przez zakorkowaną Kurkową na focenie kolejnej imprezy fundacji Dogolandia. Tylko L.A. ma na tyle zrytą głowę, by pojechać na zlecone prace ze sprzętem którego nie zna, ale dzięki temu, że nie jest w stanie skupić się na temacie, tylko na rozpoznaniu sprzętu, zrobił kilka dobrych fot. Lokalny jak za dużo myśli, to potem nie ma zdjęć.

Ponieważ wszystkie serwisy fotograficzne poświęciły bardzo dużo miejsca dla recenzji sprzętu, jakim posługiwał się Lokalny Artysta - t.j. Nikonie D700 - także i tu na blogu postanowiono nie być w tyle za innymi, znacznie mniej poczytnymi miejscami w sieci, niż to, które właśnie przeglądasz.

Z Lokalnym Artystą rozmawiał jeden z przedstawicieli handlowych dystrybutora sprzętu fotograficznego, Jan Zych**:

J.Z.: W tzw. środowisku znane są pańskie reportaże z punktowo świecącą lampą umieszczoną w stopce aparatu. Dlaczego po kilkunastu minutach fotografowania - co zaobserwowałem - zdjął pan lampę z sanek?

L.A.: No nie wiem, przestała mrugać, to zdjąłem...

J.Z.: Jak to przestała? SB-800? To jedna z naszych najlepiej sprzedających się lamp!?
L.A.: No może i tak, ale szkoda, że baterie o dużej pojemności skończyły się po jakichś 80 ekspozycjach.

J.Z.: To pewnie akumulatory były niezgodne ze specyfikacją producenta.
L.A.: Na pewno. Tak samo jak menu tej lampy, bateria aparatu i wszystko inne. Straszna kicha, panie... jak pan się nazywa? Bo niedosłyszałem?
J.Z.: Jan Zych.
L.A.: No właśnie, panie Zychu. Janie, przecież to niesamowity badziew. Gdzie to urządzenie było projektowane? Dlaczego, żeby cokolwiek zmienić w menu trzeba przejść dwa lewele, zabić bossa przez fatality i rozwiązać sudoku?

J.Z.: No wie pan, przecież to wszystko jest w instrukcji...
L.A.: Widział Pan kiedyś kogoś, kto czyta instrukcję? Obsługa aparatu powinna być intuicyjna. Tu nie jest. Dlaczego nie można lampy ustawić jednym przyciskiem na zwykły TTL albo tyrystor? Dlaczego mimo zadanych prześwietleń/niedoświetleń aparat wciąż na drabinkach pokazywał mi jakieś inne zmieniające się parametry? E, jakiś skandal. No szybki jest, to fakt, ale nie kosztem prądu.

J.Z.: Ale to pierwszy taki aparat, z takimi innowacyjnymi funkcjami? Z takimi prędkościami, z Live View...
L.A.: Z czym? Jakim Live? Na żywo to znaczy od razu, ale nie że obraz ma sekundowe opóźnienie, a ekspozycję robi po kolejnej sekundzie. Lepiej było tego nie dawać w ogóle...

J.Z.: Ale to przecież się przydaje, rzesze fotografujących zgłaszały producentowi poprzez siec handlową potrzebę takiej technologii...
L.A.: Jasne. trzeba było lepiej peryskop dołożyć. Fakt faktem jakość obrazu i ustawienie ostrości jest genialne, ale szkoda, że nie da się tego obsłużyć...

J.Z.: No, ja się z panem nie zgodzę...
L.A.: No ma pan prawo, w końcu pan tego nie używa, tylko sprzedaje.

J.Z.: To jak pan taki "artysta" ot co byś pan polecił, no?
L.A.: Nic. Nie ma już fajnych aparatów, od kiedy skończyli produkować F3.

J.Z.: No i masz, kolejny outsider.
L.A.: Troglodyta.

J.Z.: Dupek.
L.A.: Chujek

J.Z.: Ciota.
L.A.: Chujek.

J.Z.: Cipek.
L.A.: Co by pan nie wymyślił, to D700 fajny nie jest, a to i tak nie zmienia faktu, żeś chujek.

* Muchowóz: Opel Astra moich teściów, rok temu jak z Katką, Michałem i Anką L.A. jechał na Becvę, to w drodze wylęgły sie w nij muchy z białych robaków, które uciekły z pudełka, które szwagier L.A. zabierał na ryby.

** Imię i nazwisko zostało zmienione. Wszelka zbieżność imienia i nazwiska do kogokolwiek z rzeczywistości jest przypadkowa.


2008/09/14

Wspominek

Fot. Kryśka Sobiecka (od tygodnia Sobiecka-Nawrot)
Na zdjęciu: Leży Piotr Komorowski, w tle Wojtek Sienkiewicz (ja).
Maciejowiec, maj 2003 r.


Sprzątając w domu znalazłem w końcu pamiątkę z pierwszego szkolnego pleneru w afie. W drugi dzień ja, Kamil i Kryśka (te dwie ostatnie postacie właśnie przed tygodniem się ożeniły) oraz Piotr Komorowski pojechaliśmy do Maciejowca, na północ od Jeleniej Góry (za Jeżowem Sudeckim i Pilchowicami). Tak teraz z perspektywy czasu patrząc to to by chyba - a może nawet na pewno - najfajniejszy plener w życiu. Fotografia dla samej przyjemności fotografii, widoki dla samych widoków. Nie robiliśmy tam landszaftów, tylko fociliśmy najzwyczajniej to, co było ciekawe i inne. No, co ambitniejsi (m.in. ten na zdjęciu po prawej przy statywie - LA) starali się zrobić coś, co później w innej szkle nazywa się "emotivne". Było po prostu fajnie. Szokujące jest to, że to fotografia sprzed nieco ponad pięciu lat, a ile się zmieniło w samej fotografii. Wtedy nikt nie miał cyfraka poważniejszego na plenerze. 90% miało małoobrazkowe aparaty, kilka osób pentaconsixy, ja miałem mamiyę. Teraz? Teraz plener wygląda inaczej. W lesie nie jest cicho, tylko bezkarnie trzaska migawka. Wtedy było to niewyobrażalne. Teraz na plenerach po foceniu ludzie piją z oczami wlepionymi w ekrany laptopów, wtedy piliśmy po prostu by pogadać. I ja wolę takie plenery, gdzie nie ma laptopów.

Małe porównanie z tamtego czasu vs dzisiaj:
Mamiya 645 proTL zestaw - 15.000 zł ----- EOS 5D + dobry kit - 8.000 zł
Wtedy dSLR powyżej 14.000zł (6mpix) ---- Dzisiaj Mamiya w secie - 4.000 zł
Laptop jakiś na pentiumie 4 - 5000zł ---- jakikolwiek silny z 4GB ramu i C2D - 2500zł
Lech puszka 0.5 litra - 2.3 zł (2003 r.) ---- Lech puszka 0.5 litra - 2.5 zł (2008 r.)

Ot takie czasy. Piwo w takim razie jedyne ani się nie rozwija, ani nie starzeje, bo trzyma cenę najlepiej ze wszystkich. Pointa? Taka jak zwykle: dawniej było lepiej. Jak dalece lepiej? Czy bardziej "lepiej" niż tylko to lepiej, które wynika z nostalgicznego rachunku o przemijaniu? Niech na to pytanie odpowie fragment wspomnień z dziennika prowadzonego przez dziennikarza lokalnej gazety:

Czekałem na przystanku autobusowym tym co zwykle w Maciejowcu, gdzie na rogu stoi krzyż, na górce pałac, a na parkingu zawsze to samo auto z plandeką AscoRutiCal'u od Jelfy. Wiedziałem, że nie zdążę do redakcji bo jak zwykle ten jedyny tu autobus do Jeleniej spóźni się o właśnie te kilka minut. Zbliża się zamknięcie tygodnika, a ja jestem kolejny raz bez tekstu i znowu w moją szpaltę wcisną reklamy. Nie wiadomo skąd zza krzaków wyskoczył facet, tak koło 25 lat z wielką torbą na ramieniu, statywem, który raczej przypominał jakąś nieokreśloną bliżej broń i aparatem wielkości kamery. Obcy sam nieco przestraszył się mnie, bo chyba nie spodziewał się zastać kogokolwiek przy wyjściu z gęstych krzaków leszczyny.

Zagadałem: Rany, ależ mnie pan wystraszył z tym ustrojstwem.
Obcy: Ja Pana? Chyba tym zielonym polarem straszyć mogę.

Ja: E tam, tu wszyscy chodzą w polarach.
Obcy: Zauważyłem.

Ja: Wtapia się Pan w tłum?
Obcy spojrzał na wielką torbę, na statyw, na aparat, na mnie i mówi: No, o ile u Was tu wszyscy obwieszeni jak japońscy turyści, to chyba wyglądam jak tubylec...

Obcy zrzucił z ramienia torbę, statyw z aparatem, zdjął polar i zaczął kląć pod nosem:
- Cholerne kleszcze, całą radość ze spacerów po lesie niszczą - i siadł na starym kamiennym drogowskazie postawionym tu jeszcze przez Niemców i zaczął dokładnie przeglądać spodnie, wspomniany zielony polar, buty. Po chwili otworzył torbę, wyciągnął z niej metalowy termos i nalał parujący napój do postawionego na asfalcie kubka. Z bocznej kieszeni torby wyjął zawiniętą w foliową torebkę bułkę. Rozwinął szeleszczące opakowanie i zaczął jeść popijając herbatą.

- Od dawna tu pan siedzi?
- Nie, jakoś od godziny, może ciut dłużej. Chcieliśmy robić zdjęcia o świcie, ale mieliśmy problemy ze wczesnym wstaniem - tu się uśmiechnął lekko, jakby porozumiewawczo.

- To jest tu "was" więcej?
- Jak "nas"?

- No fotografów?
- No tak, jak to na plenerze.

- Ahhhh.. To plener tu jest. Tej szkoły z JCK z Jeleniej?
- Nie, Wrocław.

Wtem z rykiem zza zakrętu za dębem wyjechał autobus PKS Wleń i zatrzymał się niemal oponą na kubku fotografa. Już chciałem wejść gdy drzwi otworzyły się w z nich wyleciał kierowca z dość nerwowym stanie, zmarszczył czoło, wydął policzki zaciągając się jednocześnie papierosem, który już dawno zaczął trawić filtr. Kierowca podszedł do fotografa i zaczął krzyczeć:
- Kurwa, z wami chujami. Co sobie kurwa myślicie?
- Ale, że co?
- Jebane pedały!
Obcy fotograf spojrzał w moim kierunku, na twarzy malował mu się i niepokój, i zdziwienie. Mimo sapiącego szalejącego kierowcy PKSu ugryzł kolejny raz bułkę z makiem i sięgnął po stojący obok opony autokaru kubek. Nie zdążył się napić, bo kierowca wytrącił mu go z rąk. Sapał jeszcze głośniej, a łyse czoło stało się już purpurowe.

- Panie kierowco, ale o co panu chodzi? Rozumiem, że chce pan sobie pokrzyczeć, ale wytrącanie komuś kubka z herbatą to już nie jest fajne - odezwał się obcy, opluwając nieco kierowcę resztkami bułki.
- I co? I tak gadać będziesz cioto? Na tyle tylko cię stać?
- No było by mnie stać na więcej gdyby wyartykułował pan swoje pretensje do mnie, choć pojęcia nie mam jakie by one mogły być?
- Nie wiesz? Kurwa nie wiesz? Teraz nie wiesz? Będzie mi tu bufon pierdzielił, że nie wie?!!? Ja wam pokażę, kurwa, o co mam pretensje. Kuuuurwaaaa, wszystkim Wam pokażę. i Chuj.

Kierowca odwrócił się na pięcie i wsiadł do steranego pomarańczowego autosana PKS Wleń. Odpalił silnik, zawył starą turbiną i ruszył wzniecając równie obfite tumany kurzu, w jakich się tu pojawił. Zniknął za zakrętem i po chwili już nie było go nawet słychać. Znowu jedynymi dźwiękami były świerszcze budzące się do życia po tym, jak słońce oświetliło ich łąkę.

Fotograf z pytającym wyrazem twarzy patrzył na mnie, ja chyba na niego też, bo odpowiedzi w moim obliczu nie znalazł.
- Tu tak wszyscy?
- Nie, tzn do tej pory nie widziałem czegoś takiego.
- Może mu córa z tego Wlenia poszła w długą... z fotografem - i zaczął się gromko śmiać.
- Ta, albo syn...
- Hehe - śmialiśmy się obaj, wymyślając co jeszcze mogło spotkać znerwicowanego kierowcę autobusu.
- Ja wiem, pewnie córa poszła z fotografem gejem w długą, a on potem znalazł ją na rozkładówce Młodych i Mokrych", he he he... Śmichy hihy, a mi została jedna bułka.
- Śmichy hihy, a to był jednyn autobus, jakim mogłem dojechać do pracy.
- No to, masz pan dzisiaj wakacje. Ja nie mam, Słońce nie słup, stać w miejscu nie będzie.

Obcy fotograf założył brzydki polar - zielonkawy w sumie, zauważyłem, bo słońce zdążyło się przesunąć i cień już na nas nie padał, na ramieniu zawiesił wielką torbę na pasku, wcześniej schowawszy do niej pozostałości po torebkach z bułkami z makiem i termos. chwycił statyw, aparat powiesił na szyję. Wyglądał z tym już nie jak człowiek, ale raczej jak cybernetyczny organizm złożony przez nieutalentowanego plastyka i genetyka hobbystę w jednym. Machnął ręką i zniknął w krzakach.

Na miejscu gdzie się pakował znalazłem jakąś karteluchę, pomiętą, zapisaną ołówkiem i obdartą z jednej strony. Z jednej strony można było rozczytać: Lokalny Artysta, Wojtek Sien..... i kropki i szlaczki, jakie zwykle rysuje się z nudów w zeszytach, gdy nie ma co zrobić z rękami na nudnym wykładzie. Po drugiej stronie fragment listy zakupów:
- Warzywa od Rosiaka:
- marchew 1 kg,
- nać pietruszki,
- seler,
- makaron Goliard
- reszta w Rondzie:
- bułki małe 10 szt
- makar.....

Koniec. A, zatrzymam, może się kiedyś okaże, że to ktoś znany i sławny, a ja będę mieć fragment jego zapisków. Może to mi wynagrodzi to, że mnie dzisiaj wywalą z pracy.

* To wyimaginownaa historia, więc oczywiście nie można mieć pretensji do PKS Wleń, który na pewno świadczy usługi na wysokim poziomie i pracujacy dlań kierowcy są zdrowi i zrównoważeni i można mieć do nich pełne zaufanie.

2008/09/04

Nuda w pracy


Tak się dzisiaj nic nie dzieje, że nic mi się nie chce. Senna atmosfera udzieliła się mojej Suni, która - jak większość znających mnie wie - jeździ ze mną do pracy. Normalnie nie jest jakaś nadpobudliwa (w sensie nie bardziej niż inne fox terriery).

Miałem zmontować i wrzucić film, który miał być recenzją innego filmu. Dupa, nie wyszło, produkt Microsoftu uniemożliwił mi to zadanie. Może lepiej opowiem? Nie, nawet nie. Nigdy w życiu, nawet jeśli nic nie będzie do roboty, a macie wrażenie, że kolejna minuta nic nierobienia odbierze Wam życie, nigdy - powtarzam - NIGDY - nigdy nie oglądajcie filmu Bad Company. Niech nie skusi Was Antony Hopkins jaks w drugoplanowej roli. Niech nie skusi Was Jole Schumacher w roli reżysera. Ten film jest tak durny, że bardziej się nie da. Przyznam, ja go oglądałem, za darmo na kanale AleKino! ale żałuję. Choć Wy możecie być mi wdzięczni. Ja wiem, podniosą się głosy, że każdy by chciał zobaczyć szczyt takiego upodlenia. Niemniej jednak skoro ja sprawdziłem, musicie mi wierzyć. Przecież wystarczy raz powiedzieć, że: nie wolno wylewać stężonego kwasy fosforowego na twarz. I nikt nie wyleje. Skoro raz się zdarzyło komuś i była fota na rotten.com. Tu jest podobnie. Myślę, że gdyby ktoś zrobił mi zdjęcie w czasie "seansu" to na Rotten była by rekordy drastyczności.

Nigdy nie oglądajcie filmu Bad Company. To nie jest podobny w klimacie film do Anger Managment z Nicholsonem i Sandlerem (w sensie aktor od poważnego kina i rozrywkowego). AM to majstersztyk. BC to głupota bez miary.

Sunia całe szczęście spała. Tak jak teraz.

2008/09/01

Takie o własnej Babci...


...i odporności na życie.

Czasami wydaje się, że wszystko ma swoje strony dobre i złe, a do tego daje się to rozróżnić tak łatwo, że dziecko sobie z tym poradzi. Niedawno dowiedziałem się, że wszystko ma swoje plusy dodatnie i plusy ujemne. Mamy dwie strony medalu i dwa końce każdego kija. Babcia ma 87 lat i ma jedno zdanie: Wszystko dobrze, dopóki głowa zdrowa.

Ale czy głowa jest aby zdrowa? Nie wydaje mi się. A żeby tego dowieść, zobaczymy, jak na te dwa podwójne zdjęcia zareaguje portal fotograficzny plfoto.com.

Fotki są tu i tu. Kto stawia na jaką ocenę? Będzie z 6.5 czy nie będzie? Dostanę ze dwie dobre rady czy nie? A może cztery? Niebawem trafią nowe fotki z cyklu Autobiografia, muszę wywołać negatywy.